[Recenzja] Captain Beefheart and His Magic Band - "Trout Mask Replica" (1969)
"Trout Mask Replica" to jeden z najdziwniejszych, ale i najbardziej genialnych albumów, jakie kiedykolwiek się ukazały. Równie interesująca, co zawarta na nim muzyka, jest sama historia jego powstania. Po problemach związanych z nagrywaniem poprzedniego albumu, "Strictly Personal", zespół pozostał bez wytwórni i producenta. Z pomocą przyszedł jednak Frank Zappa, który właśnie założył własną wytwórnię. Dzięki temu, muzycy otrzymali całkowitą wolność artystyczną. W drugiej połowie 1968 roku zamieszkali razem w wynajętym domu, w którym przez wiele miesięcy nie tylko tworzyli i szlifowali nowy materiał, ale także zorganizowali prowizoryczne studio nagraniowe. Początkowo longplay miał być w całości nagrany w takich warunkach, ale amatorska jakość nagrań pozostawiała wiele do życzenia. Muzycy mieli też poważniejsze problemy - funduszy ledwo wystarczało im na czynsz, więc żywili się głównie konserwami lub dokonywali kradzieży. Nie mogło się to dobrze skończyć - zostali w końcu przyłapani na obrabianiu sklepu i wylądowali w więzieniu. Ostatecznie nie ponieśli konsekwencji, ze względu na swój stan i okoliczności, w jakich się znaleźli.
W marcu 1969 roku postanowiono wynająć profesjonalne studio. Pieniędzy wystarczyło zaledwie na sześć godzin czasu nagraniowego. Zespół był jednak tak dobrze przygotowany, że zdążył w tym czasie zarejestrować około dwudziestu utworów (choć bez partii wokalnych). I to dwukrotnie - na nagranie drugiej wersji nalegał Zappa, który towarzyszył grupie jako producent, na wypadek, gdyby się okazało, że za pierwszym podejściem coś poszło nie tak (podobno w jego trakcie Frank zasnął za stołem mikserskim). Ponoć drugie podejścia okazały się praktycznie identyczne. Wokal został dograny w ciągu kilku kolejnych dni. Ostatecznie, na dwupłytowym albumie znalazły się zarówno utwory z marcowej sesji, kilka domowych nagrań, a także dwie kompozycje ("Moonlight on Vermont" i "Veteran's Day Poppy") zarejestrowane nieco wcześniej, w sierpniu 1968 roku, w trochę innym składzie. Podczas tej najstarszej sesji, Beefheartowi towarzyszył zespół złożony z gitarzystów Billa Harkleroada i Jeffa Cottona, perkusisty Johna Frencha, oraz basisty Gary'ego Markera. Wkrótce potem miejsce tego ostatniego zajął Mark Boston, ponadto dołączył Victor Hayden, grający na klarnecie basowym. Sam Beefheart, poza śpiewem i grą na harmonijce, zagrał także na różnych instrumentach dętych.
Muzyka zawarta na "Trout Mask Replica" to niezwykłe i bardzo oryginalne połączenie korzennego bluesa, bluesa chicagowskiego, oraz free jazzu. Utwory są totalnie nieprzewidywalne, z często zmieniającymi się melodiami, pozbawione wyraźnych struktur (brak refrenów) i powtarzających się motywów, przez co brzmią jak spontaniczne improwizacje. W rzeczywistości zostały jednak w całości skomponowane, z tymi wszystkimi polirytmicznymi, dysonansowymi i atonalnymi partiami, które często brzmią, jakby instrumentaliści nie potrafili się ze sobą zgrać. To jednak tylko pozory, w rzeczywistości wszystko jest tutaj dokładnie przemyślane. Może z wyjątkiem tekstów - te faktycznie były czasem wymyślane na bieżąco, podczas nagrywania. Warto w tym miejscu wspomnieć o często abstrakcyjnych i absurdalnych tekstach, które doskonale dopełniają się ze zwariowaną, pokręconą warstwą instrumentalną. Nie mniej istotnym elementem całości jest surowe, brudne brzmienie, podkreślające dzikość tej muzyki. W tym kontekście nie powinna przeszkadzać amatorska jakość niektórych nagrań z domowej sesji, jak śpiewane a capella "The Dust Blows Forward 'n the Dust Blows Back" i "Orange Claw Hammer", w których słychać odgłosy magnetofonu, czy brzmiący jak autentyczny blues z Delty Missisipi "China Pig". Choć już taki "Hair Pie: Bake 1", również zarejestrowany w domu, nie różni się mocno od nagrań z marcowej sesji studyjnej - wystarczy porównać z "Hair Pie: Bake 2". Za to w "Moonlight on Vermont" i "Veteran's Day Poppy" ewidentnie słychać, że powstały wcześniej - nie tylko ze względu na bardziej wygładzone brzmienie, ale również ich mniej szalony charakter. Obie są jednak świetnymi kompozycjami, w których słychać rozwój i dojrzałość zespołu.
"Trout Mask Replica" jest bez wątpienia albumem kontrowersyjnym, do dziś wywołującym u słuchaczy mieszane odczucia, choć trudno to porównywać z szokiem, jaki taka muzyka musiała budzić w chwili wydania. Nikt wcześniej tak nie grał, a przynajmniej nie zostało to zarejestrowane na taśmę. Później też nikomu nie udało się stworzyć niczego choćby trochę podobnego, choć wielu inspirowało się dokonaniami Captaina Beefhearta i tym albumem w szczególności. "Trout Mask Replica" to dzieło niepowtarzalne. Dziwne, nieprzewidywalne, trudne w odbiorze, ale zarazem wspaniałe i na swój sposób piękne. A do tego bardzo ważne i wpływowe. Wstyd nie znać.
W marcu 1969 roku postanowiono wynająć profesjonalne studio. Pieniędzy wystarczyło zaledwie na sześć godzin czasu nagraniowego. Zespół był jednak tak dobrze przygotowany, że zdążył w tym czasie zarejestrować około dwudziestu utworów (choć bez partii wokalnych). I to dwukrotnie - na nagranie drugiej wersji nalegał Zappa, który towarzyszył grupie jako producent, na wypadek, gdyby się okazało, że za pierwszym podejściem coś poszło nie tak (podobno w jego trakcie Frank zasnął za stołem mikserskim). Ponoć drugie podejścia okazały się praktycznie identyczne. Wokal został dograny w ciągu kilku kolejnych dni. Ostatecznie, na dwupłytowym albumie znalazły się zarówno utwory z marcowej sesji, kilka domowych nagrań, a także dwie kompozycje ("Moonlight on Vermont" i "Veteran's Day Poppy") zarejestrowane nieco wcześniej, w sierpniu 1968 roku, w trochę innym składzie. Podczas tej najstarszej sesji, Beefheartowi towarzyszył zespół złożony z gitarzystów Billa Harkleroada i Jeffa Cottona, perkusisty Johna Frencha, oraz basisty Gary'ego Markera. Wkrótce potem miejsce tego ostatniego zajął Mark Boston, ponadto dołączył Victor Hayden, grający na klarnecie basowym. Sam Beefheart, poza śpiewem i grą na harmonijce, zagrał także na różnych instrumentach dętych.
Muzyka zawarta na "Trout Mask Replica" to niezwykłe i bardzo oryginalne połączenie korzennego bluesa, bluesa chicagowskiego, oraz free jazzu. Utwory są totalnie nieprzewidywalne, z często zmieniającymi się melodiami, pozbawione wyraźnych struktur (brak refrenów) i powtarzających się motywów, przez co brzmią jak spontaniczne improwizacje. W rzeczywistości zostały jednak w całości skomponowane, z tymi wszystkimi polirytmicznymi, dysonansowymi i atonalnymi partiami, które często brzmią, jakby instrumentaliści nie potrafili się ze sobą zgrać. To jednak tylko pozory, w rzeczywistości wszystko jest tutaj dokładnie przemyślane. Może z wyjątkiem tekstów - te faktycznie były czasem wymyślane na bieżąco, podczas nagrywania. Warto w tym miejscu wspomnieć o często abstrakcyjnych i absurdalnych tekstach, które doskonale dopełniają się ze zwariowaną, pokręconą warstwą instrumentalną. Nie mniej istotnym elementem całości jest surowe, brudne brzmienie, podkreślające dzikość tej muzyki. W tym kontekście nie powinna przeszkadzać amatorska jakość niektórych nagrań z domowej sesji, jak śpiewane a capella "The Dust Blows Forward 'n the Dust Blows Back" i "Orange Claw Hammer", w których słychać odgłosy magnetofonu, czy brzmiący jak autentyczny blues z Delty Missisipi "China Pig". Choć już taki "Hair Pie: Bake 1", również zarejestrowany w domu, nie różni się mocno od nagrań z marcowej sesji studyjnej - wystarczy porównać z "Hair Pie: Bake 2". Za to w "Moonlight on Vermont" i "Veteran's Day Poppy" ewidentnie słychać, że powstały wcześniej - nie tylko ze względu na bardziej wygładzone brzmienie, ale również ich mniej szalony charakter. Obie są jednak świetnymi kompozycjami, w których słychać rozwój i dojrzałość zespołu.
"Trout Mask Replica" jest bez wątpienia albumem kontrowersyjnym, do dziś wywołującym u słuchaczy mieszane odczucia, choć trudno to porównywać z szokiem, jaki taka muzyka musiała budzić w chwili wydania. Nikt wcześniej tak nie grał, a przynajmniej nie zostało to zarejestrowane na taśmę. Później też nikomu nie udało się stworzyć niczego choćby trochę podobnego, choć wielu inspirowało się dokonaniami Captaina Beefhearta i tym albumem w szczególności. "Trout Mask Replica" to dzieło niepowtarzalne. Dziwne, nieprzewidywalne, trudne w odbiorze, ale zarazem wspaniałe i na swój sposób piękne. A do tego bardzo ważne i wpływowe. Wstyd nie znać.
Ocena: 10/10
Captain Beefheart and His Magic Band - "Trout Mask Replica" (1969)
LP1: 1. Frownland; 2. The Dust Blows Forward 'n the Dust Blows Back; 3. Dachau Blues; 4. Ella Guru; 5. Hair Pie: Bake 1; 6. Moonlight on Vermont; 7. Pachuco Cadaver; 8. Bills Corpse; 9. Sweet Sweet Bulbs; 10. Neon Meate Dream of a Octafish; 11. China Pig; 12. My Human Gets Me Blues; 13. Dali's Car
LP2: 1. Hair Pie: Bake 2; 2. Pena; 3. Well; 4. When Big Joan Sets Up; 5. Fallin' Ditch; 6. Sugar 'n Spikes; 7. Ant Man Bee; 8. Orange Claw Hammer; 9. Wild Life; 10. She's Too Much for My Mirror; 11. Hobo Chang Ba; 12. The Blimp (Mousetrapreplica); 13. Steal Softly thru Snow; 14. Old Fart at Play; 15. Veteran's Day Poppy
Skład: Captain Beefheart (Don Van Vliet) - wokal, saksofon, klarnet basowy, obój, shehnai, róg; Antennae Jimmy Semens (Jeff Cotton) - gitara, wokal; Zoot Horn Rollo (Bill Harkleroad) - gitara, flet; Rockette Morton (Mark Boston) - gitara basowa, narracja; Drumbo (John French) - perkusja i instr. perkusyjne; The Mascara Snake (Victor Hayden) - klarnet basowy, dodatkowy wokal
Gościnnie: Gary Marker - gitara basowa (LP1:6, LP2:15); Doug Moon - gitara (LP1:11); Frank Zappa - głos (LP2:2,12); Richard Kunc - głos (LP2:10); Roy Estrada - gitara basowa (LP2:12); Arthur Tripp III - perkusja i instr. perkusyjne (LP2:12); Don Preston - pianino (LP2:12); Ian Underwood - saksofon (LP2:12); Bunk Gardner - saksofon (LP2:12); Buzz Gardner - trąbka (LP2:12)
Producent: Frank Zappa i Captain Beefheart
Captain Beefheart and His Magic Band - "Trout Mask Replica" (1969)
LP1: 1. Frownland; 2. The Dust Blows Forward 'n the Dust Blows Back; 3. Dachau Blues; 4. Ella Guru; 5. Hair Pie: Bake 1; 6. Moonlight on Vermont; 7. Pachuco Cadaver; 8. Bills Corpse; 9. Sweet Sweet Bulbs; 10. Neon Meate Dream of a Octafish; 11. China Pig; 12. My Human Gets Me Blues; 13. Dali's Car
LP2: 1. Hair Pie: Bake 2; 2. Pena; 3. Well; 4. When Big Joan Sets Up; 5. Fallin' Ditch; 6. Sugar 'n Spikes; 7. Ant Man Bee; 8. Orange Claw Hammer; 9. Wild Life; 10. She's Too Much for My Mirror; 11. Hobo Chang Ba; 12. The Blimp (Mousetrapreplica); 13. Steal Softly thru Snow; 14. Old Fart at Play; 15. Veteran's Day Poppy
Skład: Captain Beefheart (Don Van Vliet) - wokal, saksofon, klarnet basowy, obój, shehnai, róg; Antennae Jimmy Semens (Jeff Cotton) - gitara, wokal; Zoot Horn Rollo (Bill Harkleroad) - gitara, flet; Rockette Morton (Mark Boston) - gitara basowa, narracja; Drumbo (John French) - perkusja i instr. perkusyjne; The Mascara Snake (Victor Hayden) - klarnet basowy, dodatkowy wokal
Gościnnie: Gary Marker - gitara basowa (LP1:6, LP2:15); Doug Moon - gitara (LP1:11); Frank Zappa - głos (LP2:2,12); Richard Kunc - głos (LP2:10); Roy Estrada - gitara basowa (LP2:12); Arthur Tripp III - perkusja i instr. perkusyjne (LP2:12); Don Preston - pianino (LP2:12); Ian Underwood - saksofon (LP2:12); Bunk Gardner - saksofon (LP2:12); Buzz Gardner - trąbka (LP2:12)
Producent: Frank Zappa i Captain Beefheart

Oooooo, jednak udało Ci się przebrnąć przez ten album, pamięta, że jeszcze nie tak dawno miałeś o nim nieco inne zdanie. Ale i trudno się dziwić, niełatwo jest to ugryźć.
OdpowiedzUsuńW ramach ciekawostki: Czytałem, że Beefheart nie używał słuchawek podczas nagrywania wokali (co chyba nie było zbyt często praktyką) i stąd w pewnym stopniu wynika "dziwność" jego śpiewu - po prostu nie nadążał za muzyką i linią melodyczną, a czasami praktycznie jej nie słyszał :D
Tak jest z większością tych najbardziej wartościowych albumów - docenia się je dopiero po którymś przesłuchaniu, a przy kolejnych wciąż zyskują, bo odkrywa się na nich kolejne smaczki ;)
OdpowiedzUsuńWidzę, że im dziwniejsza muzyka, tym wyższa ocena (wcześniej np VU & Nico, Gentle Giant, Comus, różne dżezy, teraz ten Capitan), a jak płyta jest też ważna, ale miła i przyjemna, to nie może dostać wysokiej oceny (Pet Sounds).
OdpowiedzUsuńPrzecież "Pet Sounds" nie ma niższej oceny dlatego, że nie jest dziwny (nawiasem mówiąc, w chwili wydania był nieco dziwny), tylko dlatego, że się bardzo zestarzał i brzmi bardzo naiwnie. A te "dziwne" albumy nie mają wysokich ocen dlatego, że są dziwne, a ponieważ z biegiem lat nic nie straciły ze swojej atrakcyjności.
UsuńZ pewnością świetny album, nie spodziewałem się że tak panu podejdzie. Osobiście wolę nagrania do poprzedniej płyty (nie samą płytę), jednak i te utwory to po prostu arcydzieła!
OdpowiedzUsuńale co jest takiego wybitnego w tej muzyce ??
OdpowiedzUsuńrozumiem że utwory takie jak "Moonlight on Vermont" albo "Veteran's Day Poppy" to taki blues rock z odrobiną szaleństwa, ale dla mnie reszta muzyki jest kompletnie niestrawna
Pozostałe utwory to dokładnie to samo, tylko ze znacznie większą dawką szaleństwa (lub w ogóle bez szaleństwa - vide tradycyjnie bluesowy "China Pig" i kawałki śpiewane a capella, nawiązujące do spirituals, czyli pieśni czarnych niewolników). Właśnie to szaleństwo, nieprzewidywalność, sam pomysł połączenia bluesa i free jazzu, czyni "Trout Mask Replica" tak niepowtarzalnym i genialnym albumem. Trzeba jednak pamiętać, że pomimo wyraźnie bluesowych korzeni jest to awangarda.
Usuńeh, dla mnie ta płyta to nadal w większości muzyka dla jakiś freaków, a szkoda bo pierwszy krążek i pierwszy singiel Beefharta były na prawdę w porządku
Usuńa przy okazji: co sądzisz o albumach Captaina z lat 70
W porządku, nie każdemu musi się taka muzyka podobać. A może w przyszłości się jednak do niej przekonasz.
UsuńNastępne albumy też będę recenzował, więc na razie nie chcę o nich nic pisać.
osobiście uważam, że Beefheart swój szczyt jako artysta osiągnął na samym końcu, jego trzy ostatnie płyty to ogromne arcydzieła. połączył dziwaczność Trout Mask Replica i Lick My Decals Off... z przystępnością debiutu w tylko sobie znany sposób i efekty były dosyć niesamowite
OdpowiedzUsuńNie będę owijał w bawełnę – nienawidzę tego albumu. Nienawidzę go za to czym jest, za to, na co został wykreowany, za to, jaka jest większość jego fanów i za to, za jaką wartość uznano cenienie go. Poznałem go zanim jeszcze wszedłem na tego bloga, przez film, który był typowym wyjaśnieniem w stylu „w X sekund jest aż Y nut!”. O wiele za wcześnie.
OdpowiedzUsuńPo pierwszym utworze można powiedzieć, że przesłuchało się większość płyty. Motywy i tempa zmieniają się na inne, zanim na dobre wybrzmią, przy czym nie wynikają one z poprzednich, są całkowicie losowe, co sprawia, że płyta zlewa się w jedną całość, trudno zapamiętać, z którego utworu pochodzi dany fragment i płyta brzmi jak dzieło słabego zespołu metalowego, nie skupiającego się na jakości grania tylko ilości riffów w utworze.
Co sądzę o wokalu Beefhearta, napisałem pod "Hot Rats". Tu dopiszę tylko, że szczyt okropności jest osiągnięty w refrenie „Ella Guru”, kiedy zaczyna on jednocześnie piszczeć i wyć. W dodatku większość nagrań brzmi jakby były nagrywane jakimś tanim dyktafonem. Chyba najgorsze pod tym względem jest „Neon Mate Dream Octafish”. Brzmi tam, jakby „śpiewał” zza jakiejś szyby. Naprawdę nie pojmuję, jak coś, co jest raczej obiektywnie złe (wydaje mi się, że kiedy wymieniałeś czynniki będące obiektywną częścią oceny, jakość nagrań tam była). Może każdy album powinien być wydawany w wersji demo, żeby brzmieć bardziej naturalnie?
Teksty piosenek to też wyższa szkoła żenady. Czytając je nasunęło mi się podobieństwo do innego, równie przecenianego albumu nagranego przez równie przecenianych muzyków (przepraszam fanów tego zespołu, jeśli jacyś tu są, to nie tak, że chcę mu jak najbardziej dokopać, po prostu są dla mnie dobrym przykładem gówna sprzedawanego jako sztuka). Można znaleźć nawet analogiczne wersy, „I don’t wanna kill my china pig” to odpowiednik „Now I Wanna Sniff Some Glue”, „I cannot go back to your frownland” – „I Don't Wanna Go Down to your Basement" itp. A cytat z Twojej recenzji Ramones „Nawet jeśli jest w tekstach jakieś przesłanie, to napisane są bardzo nieporadnie, w infantylny sposób”, idealnie pasuje też do TMR.
Te mniej szalone piosenki są nieco lepsze od reszty płyty, ale też nie są wielkimi dziełami – „China Pig” i „Moonlight on Vermont” to dość prosty, generyczny blues rock z dobrymi partiami gitary, niestety zagłuszonymi wokalem, a w „Veteran’s Day Poppy” są fajne przejścia i zmiany tempa, ale ostatnie 2/3 kawałka to ogrywanie w kółko tego samego riffu. Kawałki a cappella to coś okropnego - „podziwianie” nieporadnego, jąkającego się, fałszującego wokalu mogłoby być torturą w Guantanamo - czy naprawdę samo nawiązywanie do dalekich od doskonałości korzeni bluesa jest powodem, żeby ponad 5 minut zapełniać czymś takim?
Po zalecanym przez Ciebie pod różnymi albumami poznaniu kontekstu, doszedłem do wniosku, że informacje o rzekomym wpływie TMR można podzielić na dwie grupy:
a) wypisywanie ogólnych nazw gatunków, takich jak experimental rock (to jeszcze mogę zrozumieć, choć już wcześniej eksperymentowano z atonalnością i łączeniem gatunków), new wave (xD) albo punk (XDDD), bez dokładnych informacji, jak wpłynął i na jakich artystów;
b) cytaty różnych poważanych muzyków, wychwalających album, których muzyka zazwyczaj nie ma żadnego związku z tą zawartą na TMR. Moje ulubione przykłady to Vai, Lydon i Frusciante.
Poza tym to, jak tworzone były motywy do poszczególnych utworów utwierdziło mnie w pewności o ignoranckim podejściu muzyków do tworzonych utworów – Beefheart po prostu stukał w pianino, póki nie ułożył się akord.
Istnieją jednak zalety, których TMR nie można odmówić. Największe to oryginalność i kreatywność. Pomysł połączenia gatunków tak bardzo od siebie odległych, choć kuriozalny, musiał wymagać od twórców dużej odwagi. Poza tym, chyba nigdy nie powstał już album zbliżony muzycznie (poza Lick My Decals Off, Baby).
Może kiedyś zmienię zdanie, ale na razie z czystym sercem oceniłem na 2/10. Bo o ile w „Ascension” mogę zrozumieć, że coś się za tym kryje, tak tu słyszę tylko bandę pajaców chcących brzmieć awangardowo.
Warto było tracić tyle czasu i energii na napisanie tak długiego komentarza tylko o tym, że album Ci się nie podoba? Po prostu nie załapałeś takiej konwencji i tyle. Charakter tego albumu nie wynika z tego, że muzycy nie umieją grać (możesz to sprawdzić na innych albumach), tylko ze świadomego stosowania polirytmii, przypadkowych dźwięków i innych zabiegów, co nie jest żadnym pajacowaniem, tylko technikami wcale nie rzadkimi w poważnej awangardzie (i nie tylko). Co do wpływu to wcale nie musi on polegać na tym, że ktoś będzie grał tak samo. To nawet lepiej, jeśli coś kogoś inspiruje do własnego eksperymentowania. Nie wiem po co ktoś miałby się powoływać na Beefhearta, gdyby nie był pod jego wpływem. W przypadku Lydona akurat łatwo doszukać się podobieństw w sposobie śpiewania. A Fruscinate to nie tylko RHCP, bo solowo nagrywał różne dziwne rzeczy.
UsuńCzy warto było? Wolę robić to, niż kolejny raz masochistycznie słuchać "TMR". Poza tym uważam, że komentarz kwestionujący ocenę lub przynajmniej szczegóły jest dużo bardziej warty napisania niż zwykłe przytaknięcie na zalety/wady wypisane w recenzji. No i nie użyłem tego tekstu tylko tutaj, ale to nie jest dyskusja o mnie. Nie umiałem tego streścić w kilku zdaniach, i tak już musiałem co nieco usunąć przez ten głupi limit.
UsuńNie załapałem konwencji? Pewnie tak. Większość pozytywnych recenzji tego albumu mówi: „Nienawidziłem go na początku, ale po kilku słuchaniach się to zmieniło”, jednak ani jedna z tych recenzji nie mówi nam, co takiego się zauważa.
Nie napisałem nigdzie, że oni nie umieją grać (z pajacami może rzeczywiście przesadziłem). Pozostałe albumy Beefhearta są moim zdaniem dużo lepsze, nawet wokal brzmi znośnie.
Owszem, takie elementy występują na wielu awangardowych albumach (choć czy dobra muzyka może zawierać coś takiego, jak "przypadkowe dźwięki"?), jednak tam całość jest przemyślana, poukładana, nawet jeśli atonalna. A to brzmi, jak kompletnie losowe ścieżki posklejane w całość. I moim zdaniem to, że utwory były komponowane nic w tej kwestii nie zmienia.
Przecież nie chodzi mi o to, że oni grają tak samo, bo jak napisałem, nigdy nie powstało już nic podobnego, a przynajmniej nic takiego nie znam. Osobiście nie słyszę w ich twórczości żadnych nawiązań, Lydon też śpiewał cieńko (przynajmniej w Pistols, w PIL o dziwo dojrzał), ale jedyne co jest podobne do wokalu Beefhearta to straszna niedbałość.
Kurde, znowu wyszedł długi.
Zapewne wiele muzyki, która znasz i lubisz, powstała właśnie z przypadkowo odkrytego zestawienia dźwięków. Tak więc liczy się nie metoda, lecz efekt. Tutaj akurat te przypadkowe dźwięki brzmią właśnie jak przypadkowe, ale to własnie dobrze pasuje do takiej zwariowanej, nieprzewidywalnej muzyki.
UsuńDość wyraźne podobieństwa można znaleźć w niektórych nagraniach Toma Waitsa - tak sobie teraz przypomniałem.
W sumie, to ze wszystkich artystów, o których przeczytałem, że fascynuje ich "Trout Mask Replica", największy wpływ widzę u... Davida Lyncha.
UsuńMasz na winylu czy tylko na yt słuchałeś?
OdpowiedzUsuńMam winyl, ale tylko współczesną reedycję.
UsuńZdecydowanie wokal na tym albumie wpasowuję się w pojęcie "Menelski jazgot".
OdpowiedzUsuńWokal jest silnie zakorzeniony w bluesowym sposobie śpiewania. Beefheart brzmi jak Howlin' Wolf na haju ;)
UsuńNiestety nie dla mnie, dalej jest to menelski jazgot.
UsuńTo nie jest kwestia indywidualnego odbioru. Posłuchaj np. "The Howlin' Wolf London Session" (spoko album z udziałem m.in. Claptona, Winwooda i sekcji rytmicznej Stonesów), to usłyszysz o czym piszę.
UsuńJeśli ktoś chce się rozwijać jako słuchacz, poszerzać swoje muzyczne horyzonty, to nie może oczekiwać od nowo poznawanej muzyki, że będzie ona spełniać jego oczekiwania. Musi się wysilić i odnaleźć w niej wartość.
Ponoć arcydzieło. Postanowiłem rozglądnąć się, aby kupić ten album - i co widzę? Ostatnie, remasterowane wydanie (Zappa Records, ZR 20014 z 2013) jest wyprzedane i właściwie nieosiągalne na rynku wtórnym. Szkoda...
OdpowiedzUsuńW końcu coś, do czego można potańczyć a nie jakieś dżezy
OdpowiedzUsuńTen album jest absolutnie genialny, uwielbiam go od momentu pierwszego przesłuchania
OdpowiedzUsuńNigdy nie słyszałem czegoś takiego i za pewne nie usłyszę
Ten album brzmi jak coś, co zagrane od tyłu brzmiałoby tak samo
Chciałbym zrozumieć i przekonać się do tego albumu, ale jednak nie potrafię go zrozumieć. Może jest to kwestia niedostatecznego osłuchania z awangardą. Trudno mi zauważyć wartość i głębszy zamysł w czymś co brzmi jak kompletna kakofonia i brak zgrania. Wiem, że jest to zaplanowane, skomponowane i nieprzypadkowe. Tylko po co? Mam wrażenie, że jakby te utwory nie były skomponowane tylko faktycznie każdy zagrał swoją partię, które następnie nieskładnie zlepiono w całość efekt brzmiałby podobnie. Rozumiem kiedy dysonanse dodają napięcia, atmosfery, albo kiedy kakofonia sprzyja oddaniu tekstu czy emocji, wtedy kiedy zespół stopniowo do niej przechodzi. Tutaj niczego takiego nie słyszę - słyszę tylko muzyków, z których każdy brzmi jakby grał inny utwór. Byłbym wdzięczny za wyjaśnienie albo odesłania do tekstów na temat tej płyty, która by mi to wyjaśniła. Nie chcę krytykować Beefhearta, tylko zrozumieć i dostrzec ten geniusz, ale nie wiem czym ta muzyka różni się od przypadkowego hałasu, oprócz tego, że została skomponowana
OdpowiedzUsuńO co chodzi w "Trout Mask Replica"? O kreatywne, nowatorskie i - nawet po tych 55 latach od wydania - unikalne przeniesienie na grunt rocka / bluesa rozwiązań stosowanych we free jazzie czy przez niektórych poważnych kompozytorów XX-wiecznych. Myślę, że aby załapać ten album Beefhearta, trzeba być dobrze osłuchanym z jazzem free i muzyką poważną, ale też należy słuchać tego wszystkiego z odpowiednim nastawieniem, będąć otwartym na nowe muzyczne doznania, a nie oczekiwać, że wpisze się to w konwencję, do jakiej jest się przyzwyczajonym.
UsuńTa przypadkowość jest tutaj nie tylko zamierzonym efektem, ale też jest mniej lub bardziej pozorna. Nie jest prawdą, że muzycy cały czas grają niezależnie od siebie - ich partie na przemian zbliżają się, krzyżują i oddalają od siebie, ewidentnie słychać więc w tym wzajemne oddziaływanie. Pewnie dałoby się nagrać coś podobnego bez tak starannego rozpisania wszystkich dźwięków, jednak muzycy wciąż musieliby trzymać się pewnych ustaleń i uważnie się wzajemnie słuchać.
Dziękuję za odpowiedź, na pewno mam teraz lepszy drogowskaz, żeby załapać ten album. Oczywiście poznając nową muzykę jestem otwarty na nowe doznania, w tym eksperymenty. Mam jednak problem z tego rodzaju dysonansami czy zaplanowaną kakofonią - rozumiem, że jest to technika stosowana przez uzdolnionych kompozytorów, ale trudno mi zrozumieć cel i wielkość czegoś co brzmi jak hałas
UsuńCelem jest po prostu poszerzanie granic muzyki (w tym konkretnym przypadku blues rocka, bo ogólnie w muzyce takie techniki były już stosowane), a wielkość wynika z tego unikalnego i spójnego w swojej koncepcji połączenia różnych gatunków. Jedyny naprawdę podobny album do "Trout Mask Replica", biorąc pod uwage całą istniejącą muzykę, to kolejna płyta Beefhearta, "Lick My Decals Off, Baby". Może jeszcze wcześniejszy (znaczy wydany póżniej, ale nagrany przed Repliką maski pstrąga) "Mirror Man", gdzie ten styl się krystalizował. Reszta płyt Kapitana to już normalniejsze granie i ogólnie lepiej od nich zaczynać poznawanie tego artysty.
UsuńJeśli o mnie chodzi, to "Trout Mask Replica" jest albumem, który doceniam, który autentycznie mi imponuje, ale niekoniecznie chcę do niego wracać. Chyba że do pojedynczych kawałków, jak "Frownland", "Dachau Blues", "Ella Guru", "Moonlight on Vermont" czy "Veteran's Day Poppy". Całości na pewno można zarzucić, że jest za długa, a większość utworów nic do niej nie wnosi, ale z drugiej strony ten nadmiar materiału potęguje przytłaczający charakter albumu. Bo ta muzyka ma przytłaczać, a nie być neutralnym tłem do niedzielnego obiadu.
Przyznam, że mam z tą płytą problem. Od czego by tu zacząć... Sztuka ogólnie nie jest obiektywną dziedziną, dlatego można się spierać co nią jest, a co nią nie jest. Ta płyta jest taka jak obrazy Beefhearta, szalona, pozornie losowa i... no właśnie, nie spełniająca żadnych obiektywnych (o ile w przypadku sztuki możemy mówić o obiektywizmie) warunków by uznać ją za dobrą. Ona nie jest "trudna w odbiorze", ona jest asłuchalna, i to jest fakt. Nie ma znaczenia, że wszystkie dysonanse są zaplanowane, że "ona ma przytłaczać", że płyta to "nieprzewidywalne połączenie bluesa chicagowskiego i free jazzu", to jest po prostu płyta, która nie brzmi dobrze, teksty to w większości bełkot, nie niesie to ze sobą takiego ładunku emocjonalnego jak np. bardziej awangardowe dzieła Pendereckiego. Kompletnie nie rozumiem podniecania się krytyków tą płytą, oprócz oryginalności albumu i wirtuozerii muzyków, która jest marnowana na granie tego czegoś nie ma nic za co można ją pochwalić. Uważam, że to już o krok za daleko, że to ANTY-muzyka, a jedyne jej walory wmówiliśmy sobie sami. Może zamiast podchodzić do tego albumu jako do czegoś z góry niesamowitego, spójrzmy obiektywnie na to jak złe to jest. Obiektywnie, czyli analizując to co możemy przy ocenianiu dzieła muzycznego. Widziałem, że odpowiadałeś na niektóre komentarze frazą "to po prostu nie jest twój typ muzyki, ok", ale pomijasz meritum tych komentarzy: asłuchalność i zero artystycznej wartości.
OdpowiedzUsuńPiszesz o obiektywnym analizowaniu, ale głównym zarzutem czynisz rzekomą asłuchalność, czyli posługujesz się argumentem z kategorii tych najbardziej subiektywnych. Dla mnie i wielu innych osób jest to jak najbardziej słuchalna muzyka, więc twierdząc, że taka nie jest, prezentujesz własną opinię, a nie fakt.
UsuńArtystyczną wartością tego albumu jest celowe zerwanie z przyjętymi konwencjami, poszerzanie granic muzyki, oryginalne i chyba nie powtórzone przez nikogo połączenie bluesa z jazzem free. To akurat obiektywne walory tej muzyki, niezależnie od subiektywnego odbioru efektu tych poszukiwań.
Brak ładunku emocjonalnego to znów w znacznej mierze kwestia indywidualnego odbioru. Ale abstrahując od tego, muzyka i sztuka ogólnie może wywoływać różnego rodzaju emocje, także negatywne, wybijać odbiorcę z komfortu. Sam przywołujesz tu Pendereckiego, którego muzyka (z wczesnego okresu) dla słuchaczy również była takim szokiem, dla wielu jest to właśnie hałas, przypadkowe dźwięki, krok za daleko, asłuchalna twórczość. Beefheart z tego albumu to takie samo przesuwanie granic muzyki, do punktu, którego spora część słuchaczy nie będzie w stanie zaakceptować. A wracając do emocjonalności, powyższy komentarz pokazuje jednak bardzo duże emocje wywołane przez "Trout Mask Replica".
Inna kwestia, gdzie przeczysz sam sobie, to twierdzenie, że album nie spełnia żadnych obiektywnych warunków by uznać go za dobry, przy jednoczesnym zwróceniu uwagi na jej innowacyjność, wykonawczą wirtuozerię czy przyznanie, że chaos jest tu pozorny, ściśle zaplanowany. Ta precyzja muzyków, których partie raz się ze sobą rozłażą, by potem w wyznaczonych miejscach się spotykać, jak najbardziej może imponować słuchaczowi i być jednym z powodów, aby uznać to za dobrą muzykę, która w oryginalny, ale całkowicie sensowny, wewnętrznie spójny sposób łamie przyjęte konwencje. Po prostu trzeba opuścić swoją estetyczną strefę komfortu i nie zrażać się tylko dlatego, że to coś zupełnie innego, niż by się chciało.
"Piszesz o obiektywnym analizowaniu, ale głównym zarzutem czynisz rzekomą asłuchalność, czyli posługujesz się argumentem z kategorii tych najbardziej subiektywnych. Dla mnie i wielu innych osób jest to jak najbardziej słuchalna muzyka, więc twierdząc, że taka nie jest, prezentujesz własną opinię, a nie fakt."
UsuńSam przyznajesz, że nie zamierzasz wracać do tej płyty, mowiąc o asłuchalności mam na myśli celowo robienie złej (bazującej na dysonansach, mających wprawić słuchacza w dyskomfort i nic więcej) muzyki. Na tym albumie nie ma dobrej melodii i harmonii. Pisząc to mam na myśli, że granice muzyki przez wieki obowiązywały nie bez powodu, że dzieła, które łamią jak w TAK RAŻACY sposób, melodycznie i harmonicznie mogą wobec obiektywnie panujących kryteriów (czyli wspomnianych granic muzyki) zostać uznane za złe. Ten akapit to jednak nie atak na free jazz ogólnie, bo łamanie granic muzyki może być w porządku, jeśli jest robione umiejętny sposób, jak to robił np. Ornette Coleman, ale Beefheart na tym albumie nie daje nam prawie nic w zamian, no może poza "urozmaicania tego" bluesem. Np. "Free jazz" Colemana słusznie zbiera wszystkie pochwały, nieco kontrastujące ze sobą dwa kanały słuchowe obfite są w solówki, czy innego rodzaju popisy instrumentalistów, a to wszystko łączy się w świetną całość. Jeśli chcemy oceniać łamanie granic muzyki, oceniajmy to jak "normalną" muzykę: uwzględniajmy wady i zalety albumu.
"Artystyczną wartością tego albumu jest celowe zerwanie z przyjętymi konwencjami, poszerzanie granic muzyki, oryginalne i chyba nie powtórzone przez nikogo połączenie bluesa z jazzem free. To akurat obiektywne walory tej muzyki, niezależnie od subiektywnego odbioru efektu tych poszukiwań."
I dobrze, ale to nie wystarczy by ten album był aż tak ceniony, musi być to robione w umiejętny sposób.
"Brak ładunku emocjonalnego to znów w znacznej mierze kwestia indywidualnego odbioru. Ale abstrahując od tego, muzyka i sztuka ogólnie może wywoływać różnego rodzaju emocje, także negatywne, wybijać odbiorcę z komfortu. Sam przywołujesz tu Pendereckiego, którego muzyka (z wczesnego okresu) dla słuchaczy również była takim szokiem, dla wielu jest to właśnie hałas, przypadkowe dźwięki, krok za daleko, asłuchalna twórczość. Beefheart z tego albumu to takie samo przesuwanie granic muzyki, do punktu, którego spora część słuchaczy nie będzie w stanie zaakceptować. A wracając do emocjonalności, powyższy komentarz pokazuje jednak bardzo duże emocje wywołane przez "Trout Mask Replica"."
To nie TMR wywołuje u mnie emocje, tylko reakcje między innymi krytyków, którzy uznają ten album za tak genialny i wspaniały. Moim zdaniem najbardzidj awangardowej twórczości Pendereckiego również nie nazwałbym dobrą muzyką, ale ona ma przynajmniej coś do przekazania, nawet jeśli to nie dobra muzyka, nadal czuć w tym jakąś sztukę, dlatego się na to powołuję.
"Inna kwestia, gdzie przeczysz sam sobie, to twierdzenie, że album nie spełnia żadnych obiektywnych warunków by uznać go za dobry, przy jednoczesnym zwróceniu uwagi na jej innowacyjność, wykonawczą wirtuozerię czy przyznanie, że chaos jest tu pozorny, ściśle zaplanowany. Ta precyzja muzyków, których partie raz się ze sobą rozłażą, by potem w wyznaczonych miejscach się spotykać, jak najbardziej może imponować słuchaczowi i być jednym z powodów, aby uznać to za dobrą muzykę, która w oryginalny, ale całkowicie sensowny, wewnętrznie spójny sposób łamie przyjęte konwencje. Po prostu trzeba opuścić swoją estetyczną strefę komfortu i nie zrażać się tylko dlatego, że to coś zupełnie innego, niż by się chciało."
Chodziło mi o to, że album nie spełnia obiektywnych kryteriów POZA wirtuozerią i oryginalnością. I co znaczy "całkowicie sensowny, wewnętrznie spójny"? Co jest w tym sensownego?
Sam przyznajesz, że nie zamierzasz wracać do tej płyty
UsuńAle my rozmawiamy w końcu o naszym subiektywnym podejściu, czy obiektywnych walorach albumu? Wielu płyt nie mam ochoty już słuchać, co nie przeszkadza mi ich doceniać, a z kolei zdarza mi się czasem z przyjemnością wrócić do czegoś, co przyjmując zobiektywizowane kryteria nie jest zbyt wartościowe.
mowiąc o asłuchalności mam na myśli celowo robienie złej (bazującej na dysonansach, mających wprawić słuchacza w dyskomfort i nic więcej) muzyki.
Używanie dysonansów i wywoływanie przy pomocy dźwięków dyskomfortu to nie jest celowe robienie złej muzyki. Za pomocą takich środków wyrazu można robić i złą, i dobrą muzykę, ale to tak samo, jak przy pomocy tych powszechnie akceptowanych środków.
Na tym albumie nie ma dobrej melodii i harmonii.
Czym jest dobra melodia? Zapewne oceniasz to subiektywnie - jak jakaś utkwi w pamięci, to jest dobra. No to ja tak mam choćby z "Frownland", "Moonlight on Vermont" czy "Ella Guru", to są jedne z najbardziej chwytliwych melodii w awangardzie. O harmoniach z tego albumu powiedziałbym natomiast, że one nie są proste ani oczywiste. Że nie są dobre, to już opinia, z którą nie mogę się zgodzić.
Pisząc to mam na myśli, że granice muzyki przez wieki obowiązywały nie bez powodu, że dzieła, które łamią jak w TAK RAŻACY sposób, melodycznie i harmonicznie mogą wobec obiektywnie panujących kryteriów (czyli wspomnianych granic muzyki) zostać uznane za złe.
Akurat na przestrzeni wieków granice muzyki były czas przesuwane. Jak średniowieczni, renesansowi czy barokowi kompozytorzy robili coś wbrew dotychczasowym założeniom, to też była spora grupa osób, dla których było to złe. W XX wieku to przesuwanie granic bardzo mocno przyspieszyło i co chwilę ktoś łamał kolejne reguły. Na tym polega postęp. Gdyby nie takie jednostki, jak Beefheart, Coleman czy Penderecki, także ci innowatorzy z dawnych i prehistorycznych epok, to dziś jak wyglądałaby muzyka? Sprowadzałaby się do uderzania w kamienie, drewno czy klaskania, bo wszystko inne uważano by za złe, czyli niedopuszczalne.
Ten akapit to jednak nie atak na free jazz ogólnie, bo łamanie granic muzyki może być w porządku, jeśli…
…obligatoryjnie stwierdzisz, co takie jest, a co nie jest? No sorry, ale to właśnie robisz. Zdajesz się uważać, że skoro jesteś nieco bardziej zaawansowanym słuchaczem - tzn. akceptujesz niektóre rzeczy, które dla innych już nie są muzyką - to możesz wyznaczać, gdzie ta granica muzyki przebiega. Tymczasem taka granica nie istnieje, a przeciwko "Trout Mask Replica" nie podałeś dotąd żadnego merytorycznego zarzutu, który nie wynikałby z subiektywnych wrażeń i przekonania, że każda muzyka musi posiadać jakieś określone cechy.
Jeśli chcemy oceniać łamanie granic muzyki, oceniajmy to jak "normalną" muzykę: uwzględniajmy wady i zalety albumu.
Dobrze, to jakie są te wady "Trout Mask Replica"? Tylko proszę bez argumentów, które można zastosować do Colemana, Pendereckiego i każdej innej postępowej muzyki.
I dobrze, ale to nie wystarczy by ten album był aż tak ceniony, musi być to robione w umiejętny sposób.
UsuńJest zrobione w umiejętny sposób. To po prostu blues zagrany zgodnie z regułami jazzu free, cały album konsekwentnie przestrzega tej konwencji, a muzycy stosują adekwatne środki wyrazu (właśnie to mam na myśli pisząc, że jest całkowicie sensowny, wewnętrznie spójny). Jest więc oryginalny pomysł i odpowiednia, konsekwentna realizacja. Istnieje tylko jeden podobny album i jest nim kolejna płyta Beefhearta. Jeżeli to nie wystarcza, by dane wydawnictwo było tak cenione, to chyba nic by nie wystarczyło.
To nie TMR wywołuje u mnie emocje, tylko reakcje między innymi krytyków
To by było prawdą, gdyby sam album pozostawiał po prostu obojętnym na zawartą na nim muzykę, a z tych komentarzy wynika co innego.
Moim zdaniem najbardzidj awangardowej twórczości Pendereckiego również nie nazwałbym dobrą muzyką, ale ona ma przynajmniej coś do przekazania, nawet jeśli to nie dobra muzyka, nadal czuć w tym jakąś sztukę, dlatego się na to powołuję.
Indywidualne odczucia nie decydują o tym, co jest dobrą muzyką.
Chodziło mi o to, że album nie spełnia obiektywnych kryteriów POZA wirtuozerią i oryginalnością.
Wcześniej napisałeś, że jest tu zero artystycznej wartości. To wszystko brzmi mniej więcej tak: album spełnia obiektywne kryteria [artystycznej wartości], ale akurat tych kryteriów nie wezmę w swojej ocenie pod uwagę, bo taki mam kaprys, i uznam go za obiektywnie złą muzykę, bo mnie się nie podoba.
"Czym jest dobra melodia? Zapewne oceniasz to subiektywnie - jak jakaś utkwi w pamięci, to jest dobra. No to ja tak mam choćby z "Frownland", "Moonlight on Vermont" czy "Ella Guru", to są jedne z najbardziej chwytliwych melodii w awangardzie. O harmoniach z tego albumu powiedziałbym natomiast, że one nie są proste ani oczywiste. Że nie są dobre, to już opinia, z którą nie mogę się zgodzić."
Usuń"…obligatoryjnie stwierdzisz, co takie jest, a co nie jest? No sorry, ale to właśnie robisz. Zdajesz się uważać, że skoro jesteś nieco bardziej zaawansowanym słuchaczem - tzn. akceptujesz niektóre rzeczy, które dla innych już nie są muzyką - to możesz wyznaczać, gdzie ta granica muzyki przebiega. Tymczasem taka granica nie istnieje, a przeciwko "Trout Mask Replica" nie podałeś dotąd żadnego merytorycznego zarzutu, który nie wynikałby z subiektywnych wrażeń i przekonania, że każda muzyka musi posiadać jakieś określone cechy."
Ja nie uważam, że wszystko co chce być sztuką jest sztuką. Nie wiem jakie są granice muzyki, trudno je wytoczyć, i nie uważam, że kategorycznie TMR nią nie jest, ale pomijając oryginalną formę tej płyty, nie ma zbyt wiele do zaoferowania chociażby melodycznie. Kilka linii melodycznych, które wpadły ucho z 28 utworów to nie aż taki sukces.
"Dobrze, to jakie są te wady "Trout Mask Replica"? Tylko proszę bez argumentów, które można zastosować do Colemana, Pendereckiego i każdej innej postępowej muzyki."
"Jest zrobione w umiejętny sposób. To po prostu blues zagrany zgodnie z regułami jazzu free, cały album konsekwentnie przestrzega tej konwencji, a muzycy stosują adekwatne środki wyrazu (właśnie to mam na myśli pisząc, że jest całkowicie sensowny, wewnętrznie spójny). Jest więc oryginalny pomysł i odpowiednia, konsekwentna realizacja. Istnieje tylko jeden podobny album i jest nim kolejna płyta Beefhearta. Jeżeli to nie wystarcza, by dane wydawnictwo było tak cenione, to chyba nic by nie wystarczyło"
Przerost formy nad treścią. Piszesz o tym jak oryginalne, niepowtarzalne i spójne to jest, ale w tym, co oceniamy przy płytach to po prostu leży, a przynajmniej nie zasługuje na tak wysokie uznanie.
"To by było prawdą, gdyby sam album pozostawiał po prostu obojętnym na zawartą na nim muzykę, a z tych komentarzy wynika co innego."
Jedyne odczucia jakie wywołuje we mnie sam album to śmiech, i to stanowczo nie tam gdzie powinien (piszę o Dachau Blues, który brzmi bardziej jak parodia i satyra niż rzeczywista refleksja nad potwornością holokaustu).
"Wcześniej napisałeś, że jest tu zero artystycznej wartości. To wszystko brzmi mniej więcej tak: album spełnia obiektywne kryteria [artystycznej wartości], ale akurat tych kryteriów nie wezmę w swojej ocenie pod uwagę, bo taki mam kaprys, i uznam go za obiektywnie złą muzykę, bo mnie się nie podoba."
Okej, to tak: album ma ciekawą formę, jest niepowtarzalny, przemyślany, a muzycy błyszczą na nim wirtuozerią, jednak z perpektywy jego treści, melodii, harmonii i innych elementów dzieła muzycznego jest bardzo zły i można o nim powiedzieć mało dobrego.
Dla Ciebie może to wystarczy by dać albumowi maksymalną ocenę, ja oceniając taką muzykę oprócz formy, bardziej lub przynajmniej podobnie zwracam uwagę na treść.
pomijając oryginalną formę tej płyty, nie ma zbyt wiele do zaoferowania chociażby melodycznie. Kilka linii melodycznych, które wpadły ucho z 28 utworów to nie aż taki sukces.
UsuńPiszesz o tym jak oryginalne, niepowtarzalne i spójne to jest, ale w tym, co oceniamy przy płytach to po prostu leży, a przynajmniej nie zasługuje na tak wysokie uznanie.
To tylko kilka przykładów pokazujących, że mam odmienne zdanie w kwestii dobrych melodii, ergo ocena ich jakości jest subiektywna, czyli kategoryczna teza, że nie są (obiektywnie) dobre, jest fałszywa. Obiektywnie można za to ocenić oryginalność tych melodii - a są bardzo oryginalne, niekonwencjonalne i inspirujące (powoływał się choćby John Lydon), co przemawia na korzyść.
Poza tym takie myślenie, że utwór muzyczny musi posiadać ładną, wyrazistą, konwencjonalną melodie, czy w ogóle jakąkolwiek melodię, jest bardzo ograniczające. Bo nie musi. Muzyka może robić na słuchaczu wrażenie na różne sposoby, za pomocą różnych elementów.
To, co oferuje "Trout Mask Replica" - niepowtarzalną mieszankę bluesa z jazzem free, bardzo oryginalne, unikalne podejście do właściwie każdego muzycznego aspektu (melodia, harmonia, rytm), ogólnie niepowtarzalne wrażenia, jakie daje słuchaczowi ta muzyka - to znacznie więcej, niż masa bardziej cenionych płyt, na których nie ma niczego unikalnego ani nowatorskiego. Więc o ile rozumiałbym, że po prostu nie trawisz tego albumu, to tego zdumienia, że jest doceniany, nie pojmuję.
Przerost formy nad treścią.
No błagam, serio? Jeden z najbardziej wyświechtanych zarzutów, będący takim argumentem-wytrychem, stosowanym gdy brak merytorycznych zarzutów, często bez zastanowienia, co właściwie jest formą, a co treścią?
W przypadku takiej awangardowej, eksperymentalnej muzyki granica między formą a treścią nie jest jednoznaczna. Można przyjąć, że forma to ogólny pomysł na dzieło, jego struktura, długość. A treść - środki muzyczne użyte do realizacji tego zamysłu. W przypadku "Trout Mask Replica” forma idzie w parze z treścią, jedno i drugie jest tak samo przytłaczające, dziwne, dyskomfortowe. Wiesz jaki album powinien być podawany za sztandarowy przykład przerostu formy nad treścią? "The Wall" Pink Floyd. Tam forma jest monumentalna, ale treść to proste, konwencjonalne piosenki; w jednym tylko "The Trial" treść próbuje dorównać do formy.
Ewentualnie można też przyjąć, że treścią jest to, co twórca chce przekazać swoim dziełem. No to Floydzi na wspomnianym albumie mówią nam, że życie muzyka jest ciężkie, zwłaszcza jak ma traumę związaną z tym, że w dzieciństwie stracił ojca na wojnie. Temat do zamknięcia w 1-2 piosenkach, brak uzasadnienia dla robienia z tego opery. Tymczasem Beefheart robi coś bardziej abstrakcyjnego, chce pokazać, jak bardzo można przesunąć granice muzyki, testuje wytrzymałość słuchacza. Gdyby to była 1-2 piosenki, nie osiągnąłby tak przytłaczającego efektu, nie osiągnął go też na swoim kolejnym albumie, to musiało być dwupłytowe wydawnictwo.
Ciekawe spostrzeżenia... Może i masz rację, spróbuję chyba jeszcze raz podejść do tej płyty, dzięki za dyskusję.
UsuńDachau Blues, który brzmi bardziej jak parodia i satyra niż rzeczywista refleksja nad potwornością holokaustu
UsuńNiby dlaczego dziwność, surowość, brud i ekspresyjność tego utworu, wywoływanie przez niego poczucia dyskomfortu oraz wrażenia chaosu, za którym kryje się zabójcza precyzja instrumentalistów, miałyby wykluczać się z okropnościami obozów zagłady? To bardziej adekwatne środki, niż zrobienie jakieś ckliwej ballady.
Okej, to tak: album ma ciekawą formę, jest niepowtarzalny, przemyślany, a muzycy błyszczą na nim wirtuozerią, jednak z perpektywy jego treści, melodii, harmonii i innych elementów dzieła muzycznego jest bardzo zły i można o nim powiedzieć mało dobrego.
Jakbyś nie zauważył, to napisałem już sporo dobrego o melodiach czy harmoniach (pisząc innych elementach masz coś konkretnego na myśli, czy tylko chciałeś wydłużyć listę zarzutów?), także o rytmie, doceniając ich innowacyjność, kreatywność, niepowtarzalność, niekonwencjonalny charakter czy wywoływaną ich dysonansowość przytłaczającą, dziwną atmosferę. Więc to nie jest tak, że te elementy są złe, że coś z nimi jest nie tak, tylko po prostu jesteś słuchaczem, który przyjmuje ograniczającą postawę, że utwór musi mieć ładne melodie i harmonie, zamiast cieszyć się różnorodnością muzyki i jedno dzieło doceniać za te elementy, a drugie - w których ich nie ma, bo chodzi w nim o coś kompletnie odmiennego - za coś zupełnie innego.
(Przypadkiem opublikowałem niedokończony komentarz, zignoruj)
UsuńW powyższej dyskusji pisałem, że ten album to chaos, pretensjonalizm i nie jest dobry z obiektywnego punktu widzenia, bo w nieodpowiedni sposób realizuje elementy dzieła muzycznego (jest hałaśliwy, atonalny itp.)
Zmieniłem swoje zdanie na jego temat; dziś uważam, że te wszystkie rzeczy, o których napisałeś są faktycznie mocnymi stronami tego albumu.
Nie ma więcej takiej muzyki, a słuchanie tego za każdym razem jest czymś wyjątkowym i wciągającym, te wszystkie zgrzyty tworzą tu spójną całość, a jak się w nią naprawdę wsłucha, to słychać, że to nie jest losowe i bezsensowne granie bez kontekstu.
Dziwny to album, niewątpliwie mało komu "wejdzie" za pierwszym razem. Po czasie uważam, że bardzo dobry, ale nie pozbawiony wad: przede wszystkim mógł zostać skrócony do jednej płyty i brzmienie jest tragiczne.