Posty

Wyświetlam posty z etykietą pearl jam

[Recenzja] Neil Young - "Mirror Ball" (1995)

Obraz
Nie jest to może współpraca, do jakiej koniecznie musiało dojść, ale też chyba nikogo ta kooperacja nie zdumiała i nie powinna dziwić. Bez Neila Younga, nazwanego przez media ojcem chrzestnym grunge'u  - z pewnością nie byłoby Pearl Jam jaki znamy. Muzycy zespołu wielokrotnie zresztą podkreślali swoje uwielbienie dla Kanadyjczyka, a inspirację tę doskonale słychać w ich twórczości. Natomiast bez Pearl Jam - czy też ogólnie sceny grunge - Young mógłby dalej błądzić muzycznie, jak miało to miejsce w poprzedniej dekadzie. Nagranie przez nich wspólnego albumu należy uznać za całkiem logiczny, naturalny krok. I co więcej, "Mirror Ball" jest jedną z bardziej udanych pozycji w ich dyskografiach. W przypadku Pearl Jam może to być nawet podium, u Younga - raczej druga połowa Top 10. Neil Young i Pearl Jam poznali się już na początku dekady. W 1992 roku po raz pierwszy wystąpili na jednej scenie, choć osobno, podczas koncertu z okazji 30-lecia kariery Boba Dylana. Kanadyjczyk był p...

[Recenzja] Pearl Jam - "Dark Matter" (2024)

Obraz
Jeśli nowy album takiego  zespołu nie dostaje w "Teraz Rocku" kompletu gwiazdek, to coś musi być na rzeczy. Teoretycznie wszystko jest tu jednak na miejscu. Pearl Jam na "Dark Matter" uparcie trzyma się stylistyki dziaderskiego rocka, ale wróciła tu energia - może z wyjątkiem coraz bardziej niedomagającego wokalnie Veddera - i radość z grania, jakich nie było chyba aż od czasu "Backspacer" sprzed lat piętnastu, a i wcześniej już zdarzało się jej brakować. Ta zmiana jest zapewne zasługą dość spontanicznego podejścia do prac nad płytą - pisanie materiału i nagranie go zajęło ponoć około miesiąca. W całym tym procesie wspierał grupę młody producent, kompozytor (współautor wszystkich kawałków) oraz multiinstrumentalista Andrew Watt - w ostatnim czasie główny specjalista od reanimowania podstarzałych gwiazd rocka,  vide  zeszłoroczne albumy The Rolling Stones i Iggy'ego Popa. Tyle tylko, że sam entuzjazm, jaki pojawił się podczas sesji, to trochę za mało, ż...

[Przegląd] Nowości płytowe 2020 (część 2/4)

Obraz
W drugiej części przeglądu tegorocznych płyt, które z różnych powodów nie dostaną pełnych recenzji - choć często powinny! - skupię się tych wydawnictwach, które faktycznie zasługują na polecenie. Wybrałem dziesięć najciekawszych tytułów. Niektóre z nich ukazały się już dość dawno temu, ale nie znałem ich jeszcze w chwili tworzenia poprzedniego przeglądu. Nie zasługują jednak na przeoczenie, dlatego musiały znaleźć się na tej liście. Wiem też, że niektórzy Czytelnicy czekają przede wszystkim na krytyczne opisy nowych popłuczyn powszechnie cenionych wykonawców, dlatego na końcu umieściłem też album, który należy omijać szerokim łukiem. Jeśli właśnie dla takich tekstów tu weszliście, możecie od razu przewinąć stronę do dołu. Wszystkich pozostałych, których interesuje poznanie ciekawych przykładów współczesnej muzyki, zachęcam do przeczytania całości. Rozrzut stylistyczny jest spory, bo obejmuje różne odmiany rocka, jazzu, muzyki elektronicznej, popu, a nawet hip hopu. Aksak Mabou...

[Recenzja] Pearl Jam - "Lightning Bolt" (2013)

Obraz
Najnowszy album Pearl Jam brzmi jak zbiór odrzutów z kilku poprzednich wydawnictw. Nie tworzą one spójnej całości. Ale i żaden kawałek nie broni się samodzielnie. Wszystkie sprawiają wrażenie tak samo wymęczonych, bez względu na to, czy zespół stawia na wesoły banał (np. "Getaway", "Swallowed Whole", "Let the Records Play"), pseudo-punkowy brud ("Mind Your Manners"), balladowe smęcenie (np. "Sirens", "Yellow Moon", "Future Days"). Zabrakło tu chociaż jednej zapamiętywanej melodii, gitarowej zagrywki czy solówki. Choćby jednej przyciągającej uwagę aranżacji. Czegokolwiek, co wyróżniałoby te nagrania od dziesiątek innych, jakie zespół do tamtej pory wydał. O braku pomysłów świadczy też sięgnięcie po "Sleeping By Myself", nagrany już wcześniej przez Eddiego Veddera na solowy album "Ukulele Songs". I bez niego całość byłaby za długa. Tak naprawdę nie ma jednak żadnego powodu, by męczyć się słuc...

[Recenzja] Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)

Obraz
Nie sposób pisać o tym albumie z pominięciem wydarzenia z 5 kwietnia 1994 roku. Samobójcza śmierć Kurta Cobaina znacząco odbiła się na charakterze powstającego wówczas materiału na trzecie długogrające wydawnictwo Pearl Jam. "Vitalogy" to najbardziej gorzka, przepełniona złością oraz poczuciem beznadzieji płyta zespołu. Znalazły się tu zarówno jedne z najbardziej agresywnych kawałków grupy, jak i jej najbardziej poruszające ballady. Sporo tu też dziwnych eksperymentów, a mniej przymilania się do stacji radiowych, jakby muzykom faktycznie było już wszystko jedno, jak zareaguje prasa i fani. A może po prostu zdawali sobie sprawę, że cokolwiek nagrają, będzie się to świetnie sprzedawać, więc nie muszą narzucać sobie żadnych ograniczeń. Ostatecznie powstał album nieco chaotyczny, choć na tle calej dyskografii Pearl Jamu można go postawić w ścisłej czołówce. A na pewno jest najładniej wydanym - kompakt umieszczono nie w standardowym pudełku z plastiku, lecz w digipaku stylizow...

[Recenzja] Pearl Jam - "Vs." (1993)

Obraz
Drugi album Pearl Jam jest zarazem jego drugim najbardziej cenionym. Choć komercyjnie był potężnym sukcesem, nie dorobił się aż tak kultowego statusu, jak debiutancki "Ten". Cóż, nie ma tu wielkich przebojów na miarę "Jeremy" czy "Even Flow", nie wspominając już o będącym niemalże pokoleniowym hymnem "Alive". Pod każdym innym względem jest to jednak płyta lepsza od poprzednika. Udało się tu zresztą uniknąć jego dwóch największych problemów. Znacznie poprawiło się brzmienie, stając się bardziej klarowne, jednocześnie zachowując odpowiedni ciężar oraz grunge'ową surowość. To zasługa nowego producenta i inżyniera dźwięku, Brendana O'Brien, współpracującego zresztą z zespołem do dzisiaj. Druga różnica, a zarazem istotny postęp, to bardziej wyrównany poziom utworów. Album początkowo miał nosić tytuł "Five Against One" - identyczny wers pojawia się w utworze "Animal" - jednak w ostatniej chwili zmieniono go na krótsze, a ...

[Recenzja] Pearl Jam - "Ten" (1991)

Obraz
"Ten", debiutancki album Pearl Jam, to jedna z najpopularniejszych i najbardziej cenionych płyt swojej dekady, niemal obowiązkowo pojawiająca się też na wszelkich listach płyt wszech czasów. Czy zasłużenie? Cóż, chyba jednak nie do końca. Nie jest to zbyt odkrywcze granie. Wprawdzie album wpisuje się w bardzo popularny wówczas grunge - a wręcz istotnie pomógł w ukształtowaniu oraz spopularyzowaniu tej rockowej sceny - jednak nawiązania do przeszłości są bardzo namacalne i oczywiste. Pearl Jam ze wszystkich grunge'owych kapel najbliżej było do klasycznego rocka z okolic Led Zeppelin, Neila Younga, Jimiego Hendrixa czy The Who. Przede wszystkim jednak "Ten" cierpi na przypadłość dotyczącą znacznej części popularnych płyt. Swój sukces zawdzięcza singlom, ale reszta repertuaru nie zawsze jest tak samo wyrazista. Single są naprawdę mocarne. Energetyczny "Even Flow" to świetny riff i zapamiętywalny refren z natchnionym śpiewem Eddiego Veddera. Wolniejszy...