Q & A

Która z odmian jazzu jest najlepsza dla początkujących słuchaczy? Czy w Polsce istnieją / istniały dobre zespoły rockowe? Co sądzę o The Moody Blues i The Alan Parsons Project? Odpowiedzi na te pytania znajdziesz w poniższych dyskusjach.

43 komentarze:

  1. Wyślę komentarz tutaj, miał iść pod postem Filipa. Mam nadzieję, że to nie problem. :P

    Jeśli płyta jest dobra i niepodobna do tego, co się słyszało wcześniej, to jeden odsłuch to zazwyczaj za mało, żeby porządnie ją przetrawić. Nie wiem, czy po 5 odsłuchach nadal całkowicie zrozumiałem muzyczną zawartość "Bitches Brew". Co innego jakaś pięciotysięczna pop punkowa płyta, którą można po pół godziny ocenić, ale po co słuchać czegoś takiego? ;)

    A co do list rocznikowych - czas na głosowanie, czy w ogóle ilość czasu na dzień jest ograniczona, nikt nigdy nie przesłucha wszystkiego, więc automatycznie płyty one hit wonderów, jeśli nikt ich nie poleca, przepadają w odsłuchach. Akurat ta płyta The Mamas & the Papas ma ocenę 3.0/5 z 5 ocen moich znajomych (w tym jedno zaskakujące 4/5, ale temu użytkownikowi coraz mniej wierzę), więc wątpię, żeby tam było coś ciekawego poza singlami (z których jeden i tak każdy zna).

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie wyżej został poruszony temat Bitches Brew, więc i ja nawiążę do tego albumu, bo od ostatnich kilku dni chodzi mi po głowie jedno pytanie.
    Kto posłuchał tej płyty i stwierdził "tak, to jest dobry punkt żeby zainteresować się jazzem"? Trudno mi powiedzieć jakie były doświadczenia innych osób z tym albumem, ale ja poczułem, że jestem w stanie go docenić dopiero po mniej więcej roku relatywnie intensywnego słuchania jazzu. A zresztą, nawet nie chodzi o to, że ta płyta garściami bierze z free jazzowych zagrywek, ale po prostu popatrzmy się na długość utworów - toż standardowy słuchacz muzyki rockowej się przerazi, jak zobaczy, że utwór tytułowy trwa 26 minut! Myślę, że to, że BB jest powszechnie uznawane za album od którego warto "zacząć" jest jednym z powodów, dla których obecnie jazz ma bardzo mało miejsca w mainstreamie. Myślę, że jeśli chce się zacząć to lepiej wziąć się za, nie wiem, Somethin Else Addreleya czy nawet Jacka Johnsona. Znacznie mniej przytłaczające i bardziej zjadliwe dla większości ludzi. A co ty o tym sądzisz, bo w sumie ciekawi mnie twoje zdanie na ten temat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio ktoś poleca "Bitches Brew" na początek słuchania jazzu? Nigdy się z takim twierdzeniem nie spotkałem.

      Choć z drugiej strony, album w chwili wydania był prawdziwym bestsellerem, a zachwycali się nim raczej słuchacza rocka, zaś krytykowali jazzowi ortodoksi. I nie mam pojęcia, czy to dlatego, że wówczas ludzie byli bardziej otwarci na niekonwencjonalną muzykę, czy po prostu mniej trzeźwi ;)

      Usuń
    2. Jak słuchałem tylko rocka i chciałem wyjść poza rock do muzyki ambitnej to pewien jazzman który uczył mnie wówczas gry na gitarze polecił mi właśnie "Bitches Brew"

      więc nie jest to takie rzadkie.

      Usuń
    3. Z dżezowych płyt na RYM "Kind of Blue" i "A Love Supreme" mają najwięcej ocen, więc wydawało mi się, że to to są dwie najoczywistsze płyty do poznania. Raczej kto jest zainteresowany muzyką, powinien korzystać z RYM, bo lepszych rankingów nigdzie nie ma (może na forum jazz'n'Magma).
      Ale w sumie na dobre do jazzu przekonał mnie raczej konglomerat "Hot Rats"-Mahawiśnu-"Head Hunters"-Komeda-"Ascension"-"Out to Lunch"-"Get Up With It", więc ja to już nie wiem, jak to jest z tą przystępnością.

      Usuń
    4. Mnie się zawsze wydawało, że dla rockowego słuchacza najbardziej przystępny z jazzu jest fusion - ale nie takie pokręcone, jak "Bitches Brew", tylko takie bliskie rocka, z dużą ilością gitary i ciężkim brzmieniem. A więc przede wszystkim "Jack Johnson", Mahavishnu Orchestra, Billy Cobham, "Mind Transplant" Alphonse'a Mouzona, Return to Forever od trzeciego albumu, itd. A na drugim miejscu spiritual, ze względu na podobny klimat do rocka psychodelicznego. Ale raczej Pharoah Sanders i Alice Coltrane, niż John Coltrane.

      Dla słuchaczy elektroniki z kolei najbardziej przystępne wydają się albumy Hancocka (te bardziej eksperymentalne z czasów Mwandishi, i te funkowe z Head Hunters), "On the Corner", tego typu albumy.

      A cały akustyczny jazz (tym bardziej free jazz) wydaje się czymś, do czego trzeba jednak dłużej dojrzewać, oswajać z zupełnie innymi środkami artystycznego wyrazu.

      Usuń
    5. Ja do tego free jazz'u jeszcze nie dojrzałem wiadomo, ale zauważyłem że uwielbiam atonalne partie saxofonu ogólnie lubię ten instrument. Zacząłem lubić ten gatunek za to że jest ciekawy, improwizację są ciekawe a sztampowy rock nie mówiąc o popie już mnie nudzi bo nic mnie w nim nie zaskakuję. I ogólnie brzmienie prawie całego gatunku jazz jest takie klarowne, po prostu to brzmi tak świetnie, podobny efekt jest na ciemnej stronie księżyca ta płyta brzmi genialnie mam wrażenie że tam muzyka przepływa przez moje uszy. Nie wiem jak oni to zrobili.

      Usuń
    6. Szczerze mówiąc, nie do końca zgadzam się z twoim zdaniem na temat akustycznego jazzu. Myślę, że słuchacze zespołów pokroju Cream czy Grateful Dead nie mieliby większych problemów z wejściem w bardziej przystępne i energiczne płyty z jazzem akustycznym. Mam na myśli tutaj coś w stylu A Night In Tunisia Blakleya czy Speak No Evil Shortera. To całkiem przystępne i łatwe dla ucha, a jednocześnie bardzo mocne granie.

      Usuń
    7. Teoretycznie tak powinno być. Jednak wydaje mi się, że dla większości słuchaczy rocka - nawet tego nieco ambitniejszego, jak wspomniane zespoły - barierą nie do przeskoczenia są:

      - brak gitary,
      - brak wokalu,
      - subtelniejsze brzmienie sekcji rytmicznej,
      - brak piosenkowych struktur.

      Usuń
  3. Co sądzisz o....

    O płycie z orkiestrą symfoniczną Mudy Bluesa? Poza tym, że to łgarze, bo blues to jest tylko z nazwy, to mi się wybitnie nie spodobało robienie pseudoambitnych kawałków przez łączenie prostych piosenek pop folkowych w większe całości przez wypełnianie tła orkiestracją. Taki "Nights In White Satin" byłby niezłym utworem, gdyby poskromili swoje zapędy i zrobili po prostu z tego akustycnzy kawałek z dyskretnym melotronem i solo na flecie, a nie siedmiominutowy kolos otoczony patosem.

    staty na dziś: przesłuchałem 7 płyt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony podejście Moody Blues do łączenia rocka z muzyką poważną było bardzo naiwne, niedopracowane i niezamierzenie pretensjonalne. Szczególnie słychać to w porównaniu z tym, co później robiła Magma i inni wykonawcy avant-progowi, ale przecież także King Crimson czy Gentle Giant. Jednak z drugiej strony trzeba pamiętać, że właśnie te pierwsze próby MB, Procol Harum i The Nice przyczyniły się istotnie do powstania rocka progresywnego. Na debiucie Crimson (i wielu innych albumach różnych wykonawców) ewidentnie słychać wpływ "Days of Future Passed". Tylko u Fripp a i spółki było to zrealizowane już dużo lepiej, z podniosłymi partiami melotronu i fletem zamiast pretensjonalnej orkiestry, muzycy posiadali też zdecydowanie większe umiejętności kompozytorskie, wykonawcze, aranżacyjne. Niemniej jednak MB, PH i TN całkowicie zasłużyły sobie na miano proto-proga i choć ich muzyka jest daleka od doskonałości, to właśnie tam pojawiły się pewne idee, więc wypada to znać i (w granicach rozsądku) cenić.

      Usuń
    2. Są szanse na recenzję w przyszłości? ;)

      Z TMB mogę polecić albumy od "Days Of Future Passed" do "Seventh Sojourn" choć za wybitne uznałbym tylko te dwa. "In Search Of The Lost Chord", "A Question OF Balance" i "Everu Good Boy Deserve's A Favour" za bardzo dobre. Natomiast "On The Threshold Of A Dream" i "To Our Children's Children's Children" za dobre.

      Jeśli chodzi o Procol Harum to polecam koniecznie pierwsze cztery, "Grand Hotel" i może "Exotic Birds And Fruit". Chociaż takie "Novum" też jest bardzo dobre. ;)

      The Nice nie miałem okazji poznać.

      Usuń
  4. "A Rainbow In A Curved Air" Rileya - polecam posłuchać.
    Te syntezatorowe i saksofonowe przeplatanki - coś niesamowitego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspomniałeś kiedyś, że masz zamiar zrecenzować też zespoły "odchodzące od" Gong. Jakie, poza Paragong, byś polecił?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na myśli miałem przede wszystkim Pierre Moerlen's Gong, czyli właściwie bezpośrednią kontynuację głównego wcielenia zespołu (niestety, bez humoru i "kosmosu", to jest taki bardziej konwencjonalny jazz rock). Jest jeszcze np. New York Gong, czyli Daevid Allen + muzycy, którzy potem założyli post-punkowy Material (m.in. Bill Laswell).

      Usuń
    2. Właśnie z tych "okołogongów" słuchałem Planet Gong (które w całkiem interesujący sposób przedłuża wizję Allena, dodając do tego punkowe elementy), Paragong i New York Gong (które chyba jest bardziej wpływowe niż dobre). Nie brałem się za Moerlena, warto?

      Usuń
    3. Na RYM widzę, że już słuchałeś "Shamal" i "Gazeuse!". Gong Moerlena to kontynuacja tego stylu, więc już wiesz, czego się spodziewać. Możesz sprawdzić "Downwind", a jak nie podejdzie, to raczej nie ma sensu brnąć dalej.

      Usuń
    4. Koncertówka Planet Gong w sumie potwierdza to, co pisałem niedawno o "You" pod recenzją "Fish Rising". Pomysł Allena na zespół się wyczerpał, a bez kreatywnych współpracowników brzmi to jak słabsza wersja "Flying Teapot". Ale momenty są super (szczególnie ostatni utwór - to byłby mocny punkt na każdej części trylogii) i ogólnie przyjemnie się tego słuchało.

      Teraz natomiast słucham albumu "Vibrarock" wibrafonisty Roberta Wooda, nagranego z pomocą paru muzyków Gong (Moerlen, Howlett, Malherbe) i jest to jedna z ciekawszych około-gongowych rzeczy. Z kolei "Clearlight Symphony" grupy Clearlight (z udziałem Hillage'a, Malherbe'a i Blake'a) raczej nie polecam. To taka symofoniczno-progowa wersja "Tubular Bells" Oldfielda. Niby nie było jakieś złe (dałem 6/10), ale w pewnym momencie zacząłem coraz częściej zerkać ile jeszcze zostało do końca.

      Usuń
  6. Czy istniały jakieś polskie dobre zespoły rock'owe. Wiem że mamy dobre płyty jazz'owe ale coś z rocka jest?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Breakout, Niemen, SBB, może Nurt, jeśli chodzi o "klasyczne" dekady.

      Usuń
    2. Wiem, że to pytanie nie do mnie, ale pozwolę sobie odpowiedzieć. ;) Z lat 60/70 polecam jeszcze zespół Skaldowie i Budkę Suflera. Choć w przypadku tego drugiego głównie pierwsze dwa albumy, ewentualnie okres Romualdem Czystawem (bez albumu olimpijskiego) choć to już był zwrot w kierunku pop-rocka.

      Usuń
    3. Pierwsze albumy Budki Suflera to coś, czego niby da się słuchać (a dałoby się nawet z przyjemnością, gdyby nie wokale), ale tak naprawdę, to nie ma po co tego słuchać. Wtórne to jak cholera względem zachodniej muzyki, przy czym jest od niej pod każdym względem gorsze. No właśnie... Przemek, na Twoim miejscu na razie w ogóle bym się nie brał za polski rock. Poznaj najpierw dobrze zagraniczną muzykę. Potem słuchając polskiej, będziesz słyszał, że to wszystko już było zrobione wcześniej, lepiej. Polscy wykonawcy rockowi byli kompletnie pozbawieni własnej tożsamości. No, pewnym wyjątkiem był Niemen, ale tylko czasami i tylko wtedy, gdy odchodził od rocka.

      Usuń
    4. W sumie lepiej zapoznać się ze współczesnymi wykonawcami, jak np. Alameda, Lonker See, Merkabah, Light Coorporation.

      Usuń
    5. Miałem dokładnie te same przemyślenia Pawle, właśnie że kiedy poznam muzykę zagraniczną i posłucham polskiej to zobaczę jak wtórna ona jest.

      Usuń
    6. No jeśli chodzi o polskiego rocka, to nasza scena post-punkowa akurat nie ma żadnego powodu do wstydu w porównaniu z Zachodem. Coldwave na RYM jest zdominowany przez Polaków, a Kult naprawdę nie brzmi jak żaden inny zespół (zuy_pan dobrze to wyjaśnił na forum ani o rocku ani o metalu). Oczywiście nie zastąpi to poznania wielkiej dziewiątki post-punku (Gang of Four, Joy Division, New Order, Public Image Ltd, Talking Heads, Television, The Cure, Tuxedomoon, Wire), bo potem ludzie się rozpływają nad geniuszem Republiki, a nie mają jakiegokolwiek porównania z ich bezpośrednimi inspiracjami.

      Usuń


    7. Z polskiej zimnej fali trzeba też wspomnieć o Siekiera - Nowa Aleksandria. Teoretycznie jest to trochę zrzyna z debiutu Killing Joke, ale jak dla mnie nawet lepsza od oryginału, tak klimatyczna to płyta.

      Usuń
    8. Warto jeszcze wspomnieć o zespole Klan. Płyta Mrowisko to kawał porządnego w sumie progresywnego grania:)

      Usuń
    9. Klan to kolejny epigon, a ich "Mrowisko" to jeden z mnóstwa zupełnie nieistotnych dla muzyki albumów. Gdyby ukazał się na zachodzie, to mało kto w ogóle zwróciłby na niego uwagę, bo grających w podobnym stylu i na takim poziomie kapel było wtedy pełno i nie robiły kariery. Ale ukazał się w Polsce, gdzie był kiepski dostęp do zachodniej muzyki, więc zrobiono tu z niego jakieś arcydzieło, którym nie jest. A progresywne jest to tylko w takim sensie, że stylistycznie nawiązuje do progresywnie grających zespołów.

      Usuń
    10. Ja powiem tak, może i te wszystkie polskie zespoły typu Klan, Breakout, Budka Suflera, Perfect itd były wtórne względem zagranicy, ale to jednak klasyka polskiej muzyki. Dlatego uważam, że jak się jest Polakiem i się interesuje taką muzyką to warto to znać i docenić, że w Polsce też powstawała muzyka na poziomie, nawet jeżeli nie była odkrywcza względem zagranicznej. Sytuacja była jaka była wtedy, słaby dostęp do zagranicznych wykonawców, pewnie też sami polscy muzycy nie mieli łatwo w funkcjonowaniu.
      Można po prostu nie porównywać polskiej muzyki z zagraniczną, ja tak robię i nie mam problemu z tym żeby jej słuchać i cieszyć się nią. :) Na pewno nie zamieniłbym czasu który poświęciłem na jej słuchanie, na czas spędzony z nawet lepszymi zagranicznymi wykonawcami.

      Usuń
    11. Arcydziełem z pewnością nie jest. Ale jest to po prostu dobry rockowy album, do tego polski nagrany w 1970 roku... Słychać na niej wiele wpływów zachodniej muzyki ale czy to źle?

      Usuń
    12. @Piotr, Łukasz - problem z taką polską muzyką polega nie tylko na tym, że jest wtórna i spóźniona względem zachodniej, ale przede wszystkim na tym, że wyraźnie ustępuje temu, czym jest inspirowana. Rozumiem, że mogła robić wrażenie w czasach, gdy nie było jak jej porównać z zagraniczną, że (jeśli się jej wtedy słuchało) można mieć do niej sentyment, a nawet, że można po nią sięgnąć, gdy tak bardzo lubi się jakąś stylistykę, że chłonie się dosłownie wszystko. Ale kompletnie nie widzę sensu w polecaniu jej kolejnym pokoleniom, które mają dostęp do praktycznie całej istniejącej muzyki.

      Usuń
  7. Co pan myśli o The Alan Parsons Project "Eye in the Sky"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszne badziewie. Banalny pop udający coś ambitniejszego, mnóstwo kiczu, żenujących melodii i już na szczęście nie pamiętam co jeszcze.

      Usuń
    2. Z tym Alanem Parsonsem to jest o tyle ciekawe że ja się spotkałem z informacją że to "mistrz rocka progresywnego". Ja się ubawiłem. ;) Nawet nie nazwałbym tego neo-progiem, po prostu to pop-rock, soft-rock itp.
      Co do muzyki to przesłuchałem całą dyskografię i podobały mi się takie albumy jak "Eye In The Sky", "Gaudi" czy "The Turn Of A Friendly Card". Szczególnie na tym drugim jest utwór "La Sagrada Familia", jak dla mnie wielkie dzieło (oczywiście według subiektywnego odbioru). ;)

      Usuń
    3. Jednak jest to muzyka ewidentnie kierowana do tej samej publiczności, co neo-prog. "Eye in the Sky" i "Misplaced Childhood" to właściwie ta sama stylistyka.

      Usuń
    4. Nie no, pierwsza płyta Alana Parsonsa to był jakiś koncept album z jednym dość rozbudowanym kawałkiem na drugiej stronie (choć szczerze kompletnie nie pamiętam, co tam było, poza tym, że koszmarna nuda). "Eye..." za to było tak progrockowe, jak późne Genesis.

      Usuń
    5. Nie no, późne Genesis miało jakieś przebłyski i momentami jest to naprawdę dobry pop rock. A "Eye..." to takie nie wiadomo co.

      Usuń
    6. No Genesis lepsze, chodziło tylko o to, że nieprogowe. Uładnione 2.5-minutowe piosenki pop to nie prog. :P

      Usuń
    7. Moim zdaniem nie jest to jednak trafione porównanie, bo Genesis po odejściu Hacketta nie tylko nie jest progowe, ale też nie próbuje być czy udawać, że jest (może poza paroma kawałkami z ostatnich dwóch albumów z Collinsem). Gdyby zespół zaczął karierę od "Abacab", czy nawet "Duke", to raczej nikomu nie przyszłoby nawet na myśl, żeby doszukiwać się w jego twórczości jakiś związków z rockiem progresywnym. Natomiast "Eye in the Sky" nie będąc progiem, bywa za niego brany. Dlatego bardziej pasuje porównanie z "Misplaced Childhood". Zabawne zresztą, że nie brakuje słuchaczy, którzy krytykując Genesis z lat 80. za sprzedanie się i nie granie już proga, jednocześnie uważają APP i Marillion za najwybitniejszych przedstawicieli proga wspomnianej wyżej dekady.

      Usuń
    8. "Misplaced..." jednak bardziej jest progiem "formalnie", tj. długie, wieloczęściowe utwory i forma albumu koncepcyjnego (choć znana również poza progiem). "Eye" to same "zwykłe" piosenki i zresztą nie spotkałem się z zaliczaniem tego do proga (jeśli już to ich wcześniejsze płyty)... choć z drugiej strony to w ogóle rzadko się gdziekolwiek spotykam z tą nazwą.

      Usuń
    9. Tak samo "długie, wieloczęściowe utwory" występują tez w innych stylach, a w samym progu nie są regułą. Więc na "Misplaced Childhood" nie ma tak naprawdę nic progowego, ale jednak zawarta na nim muzyka budzi ewidentne skojarzenia z wczesnym Genesis. "Eye in the Sky" wzbudza zachwyt tych samych słuchaczy, co Marillion - nazwijmy ich fanami trójkowego proga.

      Usuń