20 listopada 2017

[Recenzja] The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)



Tony Williams, a właściwie Anthony Tillmon Williams, to prawdziwa legenda. Jeden z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących perkusistów w historii. Profesjonalną karierę muzyka rozpoczął w bardzo młodym wieku, mając ledwie trzynaście (!) lat. Już wtedy przyciągał swoim talentem uwagę całego jazzowego świata. Zanim osiągnął pełnoletność, miał już za sobą sesje nagraniowe i występy w zespołach Sama Riversa, Jackiego McLeana, Erica Dolphy'ego, Grachana Moncura III, Herbiego Hancocka, oraz - czy też przede wszystkim - Milesa Davisa (w jego Drugim Wielkim Kwintecie). Williams słynął ze swojej energetycznej, bardzo intensywnej gry, lecz był także zdolnym kompozytorem, co udowodnił wydając w połowie lat 60. dwa albumy solowe: "Life Time" (1964) i "Spring" (1965). Obydwa zostały docenione przez krytykę.

Na początku 1969 roku Tony postanowił ściągnąć do Stanów brytyjskiego gitarzystę Johna McLaughlina, by wspólnie z nim i organistą Larrym Youngiem stworzyć prekursorskie trio The Tony Williams Lifetime - była to jedna z pierwszych grup grających tzw. fusion. W lutym Williams i McLaughlin wzięli udział w nagraniu przełomowego albumu Milesa Davisa, "In a Silent Way" (w sesji miał wziąć udział także Young, lecz po spontanicznym zaangażowaniu McLaughlina, sprzeciwił się temu Tony, który nie chciał dzielić się całym swoim zespołem), a w maju trio przystąpiło do realizacji swojego debiutu. Pomysłów wystarczyło im na album dwupłytowy. Tuż po premierze, "Emergency!" został zmiażdżony przez konserwatywnych krytyków, lecz doceniono go po latach, powszechnie uznając za jedną z pierwszych udanych fuzji jazzu i rocka (obok wydanych w tym samym roku "Hot Rats" Franka Zappy i "In a Silent Way"). Elementy obu gatunków są nim tak zgrabnie połączone, że ciężko stwierdzić który z nich dominuje.

Pierwsze, co zwraca uwagę na "Emergency!", to potężne brzmienie, mogące sugerować, że gra tu więcej niż trzech muzyków. Intensywność i energia, z jaką gra Williams, w połączeniu z ostrymi, przesterowanymi partiami McLaughlina i Younga (drugi z nich odpowiada także za linie basu), naprawdę robi wrażenie. Utwory są przeważnie długie (tylko dwa trwają poniżej sześciu minut, pozostałe są nawet ponad dwukrotnie dłuższe), ale na tyle zróżnicowane, że nie pozwalają się nudzić. Rozpoczynający całość tytułowy "Emergency" jest swego rodzaju kontynuacją pomysłów z "In a Silent Way", lecz z bardziej surowym, cięższym brzmieniem. Bardzo psychodelicznie wypadają natomiast dwie kolejne kompozycje, "Beyond Games" i "Where", z niemal hendrixowską (przynajmniej pod względem brzmienia) gitarą i... partiami wokalnymi Tony'ego (raczej mówionymi, niż śpiewanymi). Pierwszy z nich zachwyca swoją pozorną monotonią, a tak naprawdę rewelacyjnie budowanym napięciem, zaś drugi hipnotyzującą grą muzyków. Natomiast w przeróbce "Vashkar" (z repertuaru The Paul Bley Trio) można usłyszeć zalążek stylu późniejszej grupy McLaughlina, Mahavishnu Orchestra. Zaskoczeniem może być "Via the Spectrum Road", z niemal piosenkowymi fragmentami, w których pojawia się gitara akustyczna i melodyjny śpiew Williamsa - bardzo fajnie urozmaica to album, a dzięki jazzrockowym wstawkom utwór nie psuje spójności całości. Z kolei ekspresyjny "Spectrum" mógłby być typowym kawałkiem hardbopowym, lecz jego brzmienie jest zdecydowanie rockowe. Najdłuższy w zestawie "Sangria for Three" to kolejny rewelacyjny psychodeliczny jam, z momentami o wręcz hardrockowym ciężarze. Całość kończy nieco prostszy, dynamiczny "Something Spiritual", oparty na całkiem chwytliwym gitarowym motywie.

"Emergency!" to bez wątpienia jedno z największych arcydzieł muzyki fusion, album po prostu rewelacyjny. Ale, niestety, nie pozbawiony wad. Do nich zaliczyć należy nienajlepsze partie wokalne Williamsa, jak również brak gitary basowej lub kontrabasu (niskie dźwięki organów nie mają wystarczającej głębi). Poza tym ciężko do czegokolwiek się przyczepić - nawet do niedoskonałego brzmienia, gdyż idealnie pasuje ono do tej energetycznej, surowej muzyki. Ponadto, to bardzo ważny album, który wypada znać (niestety, zdecydowanie za mało i za rzadko się o nim mówi, nawet w kontekście muzyki fusion). Zawarta na nim muzyka może podobać się zarówno słuchaczom rocka (szczególnie tym lubiącym długie, instrumentalne jamy), jak i jazzu (o ile nie są tradycjonalistami nie uznającymi elektrycznego brzmienia).

Ocena: 9/10



The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)

LP1: 1. Emergency; 2. Beyond Games; 3. Where; 4. Vashkar
LP2: 1. Via the Spectrum Road; 2. Spectrum; 3. Sangria for Three; 4. Something Spiritual

Skład: Tony Williams - perkusja, wokal; John McLaughlin - gitara; Larry Young - organy
Producent: Monte Kay i Jack Lewis


2 komentarze:

  1. Jedna z najlepszych płyt nurtu fusion. Gdyby nie pojękiwanie Williamsa i brak Jacka Bruce'a na basie byłaby to pełna dziesiątka, jak dla mnie.

    A czemu album jest mniej popularny od Mahavishnu, RtF, czy nawet elektrycznych nagrań Davisa? Bo, nie ma co ukrywać, jest dosyć trudny. Zgrzytliwe, niemal noise'owe brzmienie, jakieś wycieczki prawie w kierunku free, to niesamowite mclaughlinowskie tempo - to wszystko razem sprawia, że bliżej "Emergency!" do japońskich noise'ów i free improwizacji, niż do jazz-rocka / fusion z pogranicza mainstreamowego proga tamtych lat. To jest zbyt nietypowa muzyka, żeby mogła być popularna. Ale jest świetna i trzeba hajpować ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. dla mnie brzmi to jak koncertowy Hendrix

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.