3 listopada 2017

[Recenzja] Camel - "The Snow Goose" (1975)



W połowie lat 70. większość czołowych grup progrockowych miała już na koncie album koncepcyjny. Wiele z nich - żeby wspomnieć tylko o "Dark Side of the Moon", "The Lamb Lies Down on Broadway" i "2112" - przyniosło ich twórcom spory sukces komercyjny. Nic dziwnego, że muzycy Camel postanowili stworzyć swoją własną muzyczną opowieść. Nie zamierzali jednak tworzyć zupełnie nowej historii. Sukces utworu "The White Rider" z albumu "Mirage" (inspirowanego twórczością J.R.R. Tolkiena) zachęcił ich do ponownego sięgnięcia po inspirację do literatury. Po rozważeniu kilku propozycji, wybór padł na nowelę "The Snow Goose" amerykańskiego pisarza Paula Gallico. Muzycy przygotowali materiał, jednak ostatecznie nie otrzymali zgody na wykorzystanie wybranej historii. Podobno jej autor był zagorzałym przeciwnikiem papierosów, co przełożyło się na jego niechęć do zespołu, który dopiero co współpracował z koncernem tytoniowym (i wciąż używał takiego samego logo). Ponieważ nie było już czasu na napisanie nowych tekstów, postanowiono wydać album w całości instrumentalny (nie licząc kilku wokaliz). Zmieniono też tytuł z "The Snow Goose" na "Music Inspired by the Snow Goose" (choć na niektórych wydaniach widnieje ten krótszy).

Longplay składa się z szesnastu krótkich, czasem wręcz miniaturowych utworów. Podział na ścieżki jest jednak czysto umowny, bowiem poszczególne kawałki płynnie w siebie przechodzą, tworząc bardzo spójną całość. Tak naprawdę jest to jedna (dwuczęściowa z powodu podzielenia materiału na dwie strony płyty winylowej) kompozycja, a nadanie tytułów poszczególnym fragmentom służy temu, aby słuchacz mógł śledzić historię opowiadaną przez muzyków za pomocą dźwięków. Zupełnie jak w klasycznej muzyce programowej. Forma całości i wiele rozwiązań również czerpie z klasyki. Zespół zatrudnił nawet prawdziwą orkiestrę na czas nagrań, choć jej partie pełnią tylko rolę tła. Niestety, ambicje muzyków znacznie przerosły ich możliwości, bo "The Snow Goose" wypada bardzo naiwnie w porównaniu z tym, czym się inspirowali. Dużo tutaj banalnych melodyjek, dość odpychające jest też brzmienie, strasznie przesłodzone, nie tylko za sprawą przeróżnych klawiszy i orkiestry. Słowem, które najtrafniej opisuje ten album, jest kicz. Mimo wszystko, jest to dość przyjemny kicz. Zdarzają się tu też naprawdę ładne momenty, do których zaliczyć można właściwie każdą gitarową solówkę Andy'ego Latimera. Ta najlepsza pojawia się we fragmencie zatytułowanym "Rhayader Goes to Town", z brzmiącą bardzo floydowo drugą połową. Sama solówka ewidentnie kojarzy się ze stylem Davida Gilmoura. Bardzo ładnie wypada też delikatny temat "Rhayader Alone". A na przeciwnym biegunie znajduje się chociażby pełniący rolę klamry "The Great Marsh", w którym naiwność spotyka się z patosem, co brzmi równie kuriozalnie, jak wygląda w piśmie.

"The Snow Goose" to z jednej strony ciekawa koncepcja, a z drugiej - średnio udane wykonanie. Całość jest zbyt ugrzeczniona brzmieniowo i nieporadnie skomponowana, przez co autentycznie ładne momenty przeplatają się z niezamierzonym banałem i kiczem. Na pewno nie tego oczekuję od rocka progresywnego. Jeśli jednak traktować ten album jako muzykę tła, to sprawdza się wyśmienicie - nie jest nachalny, nie odrywa od innych czynności. I taka muzyka jest czasem przydatna.

Ocena: 6/10



Camel - "Music Inspired by the Snow Goose" (1975)

1. The Great Marsh; 2. Rhayader; 3. Rhayader Goes to Town; 4. Sanctuary; 5. Fritha; 6. The Snow Goose; 7. Friendship; 8. Migration; 9. Rhayader Alone; 10. Flight of the Snow Goose; 11. Preparation; 12. Dunkirk; 13. Epitaph; 14. Fritha Alone; 15. La Princesse Perdue; 16. The Great Marsh

Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal; Peter Bardens - instr. klawiszowe; Doug Ferguson - bass; Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Bedford - aranżacja orkiestry
Producent: David Hitchcock


4 komentarze:

  1. Fajnie, że jeszcze zdarzają się takie 6-tkowe oceny. O co mi chodzi - albumy typu "nie do końca godne polecenia, ale z udanymi momentami" i wskazanie tych bardziej udanych fragmentów na które warto zwracać uwagę. Dlatego nieraz pytam w komentarzach czy jakiś utwór wybijał się na takim (bądź 5-tkowym) albumie, o którym nie ma jeszcze recenzji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jest to moja ulubiona płyta Camel, ale oczywiście słucham jej z dużą przyjemnością. Powszechnie ten album jest uważany za najlepszy w karierze grupy z czym absolutnie się nie zgodzę. Ale też nie zgadzam się z dość surową oceną Pawła. Aż tak źle to nie jest. Owszem, brzmienie jest bardzo delikatne ale Latimer chciał pewnie stworzyć taki baśniowy klimat co w sumie nawet mu sie udało. Jakby poprawić produkcję to wyszło by znacznie lepiej. Moja ocena to 7.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak "Mirage" jest najbardziej doceniany. I słusznie.

      Usuń
  3. A możliwe. Chociaż Snow Goose zawsze wymieniane jest w czołówce tych najlepszych.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.