31 października 2017

[Recenzja] Truth and Janey - "No Rest for the Wicked" (1976)



Nie rozpieszczałem ostatnimi czasy hardrockowej frakcji Czytelników. Dziś jednak mam coś specjalnie dla Was: jedną z najlepszych, choć powszechnie nieznanych, amerykańskich grup hardrockowych. Zespół nazywa się Truth and Janey, a jego historia sięga końca lat 60., gdy trzech dzieciaków z amerykańskiej prowincji postanowiło stworzyć rockowe trio grające w stylu Cream, The Jimi Hendrix Experience, oraz The Jeff Beck Group. Nazwę zainspirował tytuł debiutanckiego albumu tej ostatniej grupy, "Truth", którym zafascynowany był gitarzysta Billy Janey. Oprócz niego, w składzie znaleźli się basista Steve Brock i perkusista John Fillingsworth, którego po około roku zastąpił Denis Bunce. Swój debiutancki album, "No Rest for the Wicked", muzycy zarejestrowali dopiero w 1976 roku, po blisko siedmiu latach działalności. Longplay rozszedł się w ilości tysiąca egzemplarzy. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że został wydany przez zespół własnym sumptem. Obecnie zakup tego pierwszego wydania to wydatek rzędu kilkuset dolarów. Na szczęście, dostępne są także współczesne wznowienia.

"No Rest for the Wicked" to jeden z najciężej, najbardziej surowo brzmiących amerykańskich albumów wydanych w latach 70. Nie jest to jednak bezmyślne, prostackie granie. Słychać, że zespół bezpośrednio inspirował się wspomnianymi we wstępie i innymi bluesrockowymi wykonawcami, choć przetwarza ich styl na swój własny sposób. Zwraca uwagę świetna współpraca muzyków, których partie doskonale się uzupełniają. Mnóstwo tutaj energii, kapitalnych riffów i świetnych solówek, żeby wspomnieć tylko o takich kawałkach, jak "Down the Road I Go", "Remember", "It's All Above Us", czy najbardziej porywającym "The Light" (który za sprawą chwytliwej melodii i sposobu grania gitarowych solówek przypomina nieco twórczość Thin Lizzy). Czasem rockowy czad dopełniany jest brzmieniami akustycznymi, jak ma to miejsce w utworze tytułowym lub "It's All Above Us", dzięki czemu album nie jest zbyt monotonny. Niestety, mamy tu też do czynienia z jedną ewidentną wpadką - przeróbka "I'm Ready" z repertuaru Muddy'ego Watersa wypada strasznie banalnie. A mogłoby się wydawać, że ciężko zepsuć dobry utwór bluesowy.

Trudno uwierzyć, że taki album mógł zostać nagrany w czasach, gdy amerykańska scena hardrockowa była całkowicie zdominowana przez różnych przebierańców, grających popowe przeboje z lekkimi przesterami. "No Rest for the Wicked" nie jest oczywiście albumem na miarę największych dokonań wspomnianych wyżej grup, jednak nie powinien rozczarować żadnego wielbiciela energetycznego hard rocka z bluesowym odcieniem.

Ocena: 8/10



Truth and Janey - "No Rest for the Wicked" (1976)

1. Down the Road I Go; 2. The Light; 3. I'm Ready; 4. Remember; 5. No Rest for the Wicked; 6. It's All Above Us; 8. Ain't No Tellin'; 9. My Mind

Skład: Billy Janey - gitara, wokal; Steve Bock - bass, wokal; Denis Bunce - perkusja, wokal
Producent: Steve Monroe


18 komentarzy:

  1. No wreszcie materiał z którym chcę się zapoznać :) Na podstawie przesłuchanych licznych fragmentów krążka wnioskuję, że to całkiem fajna i przemyślana rockowa jazda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z innymi opisywanymi albumami też polecam się zapoznać. Nie ma sensu uparcie tkwić w tej samej muzycznej niszy i nawet nie sprawdzać, czy poza nią nie ma czegoś interesującego.

      Usuń
    2. Czasem zdarza się sprawdzić coś innego (spoza obszaru hard-heavy-thrash-rock progresywny), ale z reguły okazuje się, że nie jest to dla mnie zbyt interesujące, a jeśli nawet jest to nie wracam do tego często.

      Usuń
    3. Większość wykonawców, o których teraz piszę, na każdym albumie brzmi trochę/bardzo inaczej, więc nawet jeśli jeden czy drugi album się nie spodoba, to trzeci lub czwarty może zachwycić.

      Usuń
    4. Nie wykluczam tego, w końcu w każdym gatunku oprócz disco polo można znaleźć coś przynajmniej dobrego :)

      Usuń
  2. Dzięki że pamiętasz o hardrockowej frakcji:) oczywiście postaram się dotrzeć do tego albumu bo recenzja bardzo jest zachęcająca. A skoro w obenym czasie kiedy raczej preferujesz jazz, dajesz płycie hardrockowej notę 8 to musi byc to dobra muza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie tak, że preferuję jazz. Z równą przyjemnością słucham dobrego rocka, bluesa lub jazzu. Po prostu większość dobrego rocka i bluesa już zrecenzowałem, a jazz ledwo nadgryzłem ;)

      Usuń
  3. A zostało coś jeszcze z dobrego hard rocka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może kilka, dosłownie kilka albumów, nawet nie kilkanaście i nie tak dobrych, jak T&J.

      Usuń
    2. Paweł, z takich hardrockowych wydawnictw przesłuchaj "Waitin' for the Night" albo "Queens of Noise" The Runaways, może znajdziesz tam coś dla siebie.

      Usuń
  4. Nie traćmy nadziei, może uda się jeszcze odkryć coś na miarę Warpig, Irish Coffee, T2, N0sferatu czy Lucifer Friend. Albo Page i Plant reaktywują Led Zeppelin lub Blackmore wróci do Deep Purple ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jest jeszcze jakaś nieodkryta perła. Ale osobiście nie bardzo w to wierzę, bo gdyby istniało coś naprawdę dobrego, to inni odkryliby to przede mną i wypromowali w Internecie. Tak, jak wymienionych przez Ciebie wykonawców - naprawdę nie jest trudno dowiedzieć się o ich istnieniu, jeśli szuka się muzyki na własną rękę.

      Powrót Led Zeppelin to najgorsze, co mogłoby się wydarzyć. To byłaby kompletna porażka, biorąc pod uwagę, że Page od jakiś 40 lat cierpi na kryzys twórczy (a od 20 w ogóle nic nie nagrywa), a Plant od tak samo dawna nie ma ochoty wykonywać ciężkiej muzyki (i raczej nie podołałby wokalnie).

      Natomiast Blackmore od 20 lat gra tak obciachową muzykę, że... w sumie pasowałby do obecnego Deep Purple. Tylko co by to miało wspólnego z dobrą muzyką? ;)

      Usuń
  5. Obciach to dla innych Jazz a dla innych folkrock w klimatach średniowiecza. Ale abstrahując - bardzo fajna kapele w stylu Sabbathow i nie tylko - Emerald.

    Polecam sprawdzić np. najnowsze Angels of Oblivion lub debiutancką płytę Metal Redemption. Dawno tak się nie ubawilem w temacie współczesnej muzyki rock/hardrock

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że nikt, kto się choć trochę zna na muzyce, nie powie, że jazz to obciach. Tak samo nikt obeznany nie będzie się zachwycał plastikowym folkiem granym przez Blackmore's Night. "Folkrock w klimatach średniowiecza" nie musi jednak być kiczowaty - polecam Fairport Convention ;)

      Usuń
  6. Ja pier....!!! Taka była moja reakcja po przesłuchaniy tej płyty. Jeszcze tego samego dnia w którym ukazała się recenzja dotarłem do tego albumu i do dziś słucham go praktycznie non stop. Ta muzyka wgniata w siedzenie. Ten ciężar gitary ale basu również jest zdumiewający jak na tamten czas. Genialne melodie, rewelacyjne solówki i riffy i fantastyczne kompozycje. Takie Rememer miażdży brzmieniem i niesamowitymi riffami. Partie gitary w podniosłym Down the Road I Go porywają. Natomiast najpiękniejsze jest Its All Above Us z cudowną melodią i rewelacyjną solówką i fajnymi wstawkami akustycznymi. Z kolei w My Mind słychać charakterystyczną galopadę, którą za kilka lat zacznie stosować regularnie Iron Maiden. Ogólnie album nie ma słabych momentów. Jestem w niezłym szoku po przesłuchaniu tej płyty. Dla mnie to odkrycie roku. Jasna cholera ale to jest świetne!

    OdpowiedzUsuń
  7. Dość dawno mnie tu nie było i widzę, że w końcu pojawił się jakiś konkret w postaci tego albumu. Bo nie oszukujmy się: w jazz trzeba się wkręcić i większości tutaj nie bardzo interesuje taka muzyka ;) Może dla ożywienia bloga zrecenzował byś np trzy płytki Audioslave lub czwartą płytę Black Country Communion.
    PS. Domyślam się, że o debiucie RATM mogę zapomnieć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Statystyki mówią co innego - jest spore zainteresowanie jazzowymi recenzjami. Nie ma czego "ożywiać", bo wszystko świetnie funkcjonuje i się rozwija. Liczba odwiedzin z roku na rok stale rośnie, nowe teksty są regularnie publikowane i odejmują coraz większy zakres gatunkowy. Pisanie teraz o takich drugoligowych, wtórnych kapelach rockowych, jak Audioslave czy BCC, byłoby sporym krokiem wstecz i nie sprawiłoby mi ani odrobiny przyjemności. RATM - no, to już prędzej mogłoby się pojawić. Tylko, że ja nie piszę tekstów na zamówienie. Znienawidziłbym pisania, gdybym musiał recenzować coś innego, niż to, na co sam mam ochotę.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.