29 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "World Record" (1976)



"World Record" to ostatni album klasycznego składu Van der Graaf Generator do czasu jego powrotu trzy dekad później. Longplay wyraźnie odstaje od poprzednich dzieł grupy, choć nie jest tak słaby, jak niektórzy twierdzą. Porównałbym go do "Interview" Gentle Giant. Na obu albumach wciąż są obecne wszystkie cechy stylu ich twórcy, nie dochodzi do żadnej drastycznej zmiany stylu, a wykonanie wciąż jest na wysokim poziomie, ale brakuje na nich świeżości, muzycy zaczynają popadać w schematy, rutyna zastępuje radość z grania. Różnica między tymi albumami polega też na tym, że o ile na "Interview" poziom poszczególnych utworów jest dość wyrównany, tak "World Record" jest pod tym względem bardziej zróżnicowany.

"When She Comes" to świetne otwarcie, łączące rockowy dynamizm, niepiosenkową strukturę i wyrazistą melodię. Wszystkie charakterystyczne elementy stylu Generatora są tu na swoim miejscu: ekspresyjne solówki saksofonu Davida Jacksona, majestatyczne organy Hugha Bantona, mocne uderzenia bębnów Guya Evansa i pełen pasji śpiew Petera Hammila. Zbudowany z tych samych elementów "A Place to Survive", mimo obiecującego początku, już tak bardzo nie zachwyca. Ten dziesięciominutowy utwór jest po prostu zbyt długi i w pewnym momencie robi się nieco monotonnie, a w długich solówkach brakuje pomysłu. Prawdziwe rozczarowanie przynosi jednak dopiero ballada "Masks" - saksofon i organy chyba nigdy wcześniej nie brzmiały u VdGG tak słodko, jak na początku i w końcówce tego utworu. Środek jest bardziej zadziorny (m.in. dzięki partiom gitary), pojawiają ciekawe fragmenty instrumentalne, ale jednak lekki niesmak pozostaje. Kompletną porażką jest natomiast druga ballada, finałowa "Wondering" - wyjątkowo smętna i nieznośnie pretensjonalna, z kiczowato brzmiącym melotronem. Wcześniej jednak pojawia się prawdziwa perła - dwudziestominutowy "Meurglys III (The Songwriter's Guild)". To nie tylko najlepszy utwór na tym albumie, ale jedno z najwspanialszych dzieł zespołu w ogóle. Interesująco rozbudowany, łączący ostrzejsze fragmenty (gitara nigdy wcześniej nie pełniła tak kluczowej roli w twórczości zespołu) z bardziej klimatycznymi (przywodzącymi na myśl Pink Floyd z późniejszego "Animals") i zaskakującymi eksperymentami (ostatnią część utworu oparto na rytmie... reggae). Na tej kompozycji album powinien się kończyć - byłoby to doskonałe zwieńczenie "złotej ery" Van der Graaf Generator.

"World Record" nie może się równać z poprzednimi albumami zespołu (choć gdyby nie ten nieszczęsny "Wondering", byłby niemal tak samo dobry, jak "Pawn Hearts" i "Still Life", a od "The Least We Can Do Is Wave to Each Other" może nawet lepszy; "Aerosol Grey Machine" nie liczę, bo de facto nie jest to album grupy), ale wciąż jest to wydawnictwo warte poznania. 

Ocena: 7/10



Van der Graaf Generator - "World Record" (1976)

1. When She Comes; 2. A Place to Survive; 3. Masks; 4. Meurglys III (The Songwriter's Guild); 5. Wondering

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - organy, melotron; Guy Evans - perkusja i instr, perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


17 komentarzy:

  1. Do którego albumu masz zamiar omawiać dyskografię Generatora?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Generatorem właśnie skończyłem. Ale są jeszcze dwa albumy wydane pod skróconym szyldem Van der Graff - przynajmniej ten studyjny opiszę.

      A czemu pytasz?

      Usuń
    2. Z ciekawości - sam przesłuchałem całą i o ile "The Quiet Zone..." niezbyt mi podszedł, to "Present" - nagrany już po reaktywacji grupy, ale w oryginalnym składzie - jest wg mnie całkiem dobry i zastanawiałem się, czy też go opiszesz. Ale może to wynika z mojej sympatii do tej grupy, której nabrałem, słuchając jej największych dzieł.

      Usuń
    3. Tych nagranych po "Present" raczej bym nikomu nie polecał do osłuchu. Tylko taki zwał jak ja, który zwykle bada dyskografie w całości, jest w stanie na coś takiego się zdobyć :D

      Usuń
    4. Nie słuchałem albumów po reaktywacji i nie bardzo mnie do tego ciągnie. Kiedyś też przesłuchiwałem (a potem recenzowałem) całe dyskografie, ale teraz szkoda mi na to czasu. To już nie te czasy, że słucham tylko kilku odmian rocka ;)

      Usuń
    5. Również nie mogę o sobie powiedzieć, że ograniczam się do paru gatunków muzyki :) Obecnie osłuchuję wszystko, co poznam i zdoła mnie zaciekawić. Odpuściłem sobie reggae, bo nie mogę zdzierżyć już tego rytmu, oraz punk i rock and roll, bo raczej mam za sobą wszystko, co w tych stylach jest warte poznania. Prawdę mówiąc, od kiedy odkryłem tego bloga (i parę innych), kompletnie przestałem nadążać, bo na jeden zespół przesłuchany na listę trafiają 2,3 nieprzesłuchane. Zaplanowanych mam chyba do 2022 roku :) A że każdego dnia staram się odłożyć czas na choc jeden album jazzowy, to mam go jeszcze mniej.

      Usuń
    6. Ja mam na YouTube porobione playlisty z albumami do przesłuchania, po jednej na dekadę od lat 50. do obecnej, oprócz lat 70., gdzie mam podzielone na poszczególne lata. I na każdej są setki albumów do przesłuchania!

      Usuń
  2. Pablo1371000
    jesteś całkiem normalny. a co można powiedzieć jak ja uwziàłem się by przesłuchać muzykę chronologicznie
    np. 121 płyt. z 1957 roku ;) itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? Po co? Chyba nawet biorąc pod uwagę całe lata 50. nie warto słuchać z tego okresu aż 120-tu albumów. Ówczesna muzyka nie była zbyt zróżnicowana, a wybitnych albumów ukazało się może z 20-30.

      Usuń
    2. noisre
      Też osłuchałem się mocno z muzyką z tamtych lat za swoich czasów, z kilkaset albumów :D Jako że prawie wszystkie są bardzo krótkie, słuchałem ich, jadąc autobusem, to tu, to tam i jakoś leciało. Takiej muzyki nie słucha się dla zróżnicowania, tylko dla tego fantastycznego nastroju, banana na twarzy :) Dyskografie najwybitniejszych muzyków tamtych lat same w sobie dają srogą liczbę płyt.

      Usuń
    3. ile albumów dziennie wchłaniasz?

      Usuń
    4. Zależy od dnia. Gdy mam wolne i siedzę sam w domu, to mogę przesłuchać nawet kilkanaście albumów, ale bywa i tak, że żadnego się nie udaje. Trzeba jednak pamiętać, że często jedno przesłuchanie to za mało, żeby poznać niektóre albumy. Może i wystarcza w przypadku prostszej muzyki, ale już np. jazzowe czy progresywne albumy wymagają więcej przesłuchań. Choć zwykle i tak to pierwsze odtworzenie decyduje o tym, czy będę wracał do danego wydawnictwa.

      A tak w ogóle, to całkiem już odeszliśmy od tematu VdGG. Dla takich pytań, jak powyższe, utworzyłem stronę Q & A. Tutaj wolałbym porozmawiać o "World Record".

      Usuń
  3. Paweł
    cenie bardzo Twoją opinię i może fajnie by było gdybyś w jakimś kąciku także chronologicznie (zaczynając np. od 1956 pierwszy LP Elvisa) max. 20-30 albumów do posłuchania zarekomendował. taka short lista to zawsze to byłoby coś fajnego
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro tak ładnie prosisz, to mogę w sumie wypisać tutaj taką listę. Od razu jednak zaznaczam, że nie będzie zbyt oryginalna.

      1. Frank Sinatra - In the Wee Small Hours
      2. Ravi Shankar - Music of India: Three Classical Rāgas
      3. Elvis Presley - Elvis Presley
      4. Sonny Rollins - Saxophone Colossus
      5. Miles Davis - Birth of the Cool
      6. Miles Davis - 'Round About Midnight
      7. The Miles Davis Quintet - Cookin' With the Miles Davis Quintet
      8. Miles Davis - Ascenseur pour l'échafaud
      9. John Coltrane - Blue Train
      10. Miles Davis Quintet - Relaxin' With the Miles Davis Quintet
      11. Cannonball Adderley - Somethin' Else
      12. Miles Davis - Milestones
      13. Art Blakey and The Jazz Messengers - Art Blakey and The Jazz Messengers [Moanin']
      14. Howlin' Wolf - Moanin' in the Moonlight
      15. John Lee Hooker - I'm John Lee Hooker
      16. Nina Simone - Little Girl Blue
      17. Miles Davis - Kind of Blue
      18. Charles Mingus - Mingus Ah Um
      19. Ornette Coleman - The Shape of Jazz to Come
      20. The Miles Davis Quintet - Workin' With the Miles Davis Quintet
      21. The Dave Brubeck Quartet - Time Out

      Ad1. / Ad3. Osobiście nie przepadam za tymi albumami, ale warto je przesłuchać, bo to ważne wydawnictwa. Są także reprezentatywne dla swoich stylistyk i właściwie nie trzeba słuchać z nich już nic więcej, żeby wiedzieć, co usłyszy się na wszystkich pozostałych ;)

      Ad2. Ten album znacznie się różni od innych z listy. To tradycyjna muzyka hindustańska - czyli taki odpowiednik naszej muzyki klasycznej, jeżeli w ogóle można użyć takiego porównania. Indyjskie ragi były jednak inspiracją dla wielu wykonawców jazzowych, ich wpływ słychać też w rocku psychodelicznym. Warto dowiedzieć się, skąd wzięły się pewne elementy tych stylów.

      Usuń
  4. pablo1371000
    fajny koment - mam tak samo
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Wracają do "World Record", zgodnie z tym, co napisałeś, to osobiście nie podzielam opinii na temat "Wondering". Dla mnie to przyjemna, subtelna balladka. Trochę słodka i "kobieca", to prawda, ale mająca swój urok. Żeby wszyscy umieli grać takie ballady...

    A motyw na samym początku tego utworu kojarzy mi się z jakąś reklamą, klipem, czy czymś takim. Za cholerę nie pamiętam, ale wiem, że gdzieś to już słyszałem

    OdpowiedzUsuń
  6. Czym więcej słucham World Record tym bardziej mam wrażenie że nie odbiega w niczym od wcześniejszych płyt i niesłusznie w opinii ogółu jest uważana za słabszą.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.