15 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)



Album "Still Life" częściowo składa się z utworów zarejestrowanych podczas tej samej sesji, co poprzedni w dyskografii "Godbluff". Oba longplaye doskonale się dopełniają. "Still Life" jest jednak nie tyle rozwinięciem i kontynuacją poprzednika, co jego przeciwieństwem. Zespół wyraźnie odchodzi tutaj od dotychczasowego stylu. Wyjątek stanowi kompozycja "La Rossa" - jedna z dwóch (obok "Pilgrims") nagranych podczas sesji "Godbluff". Porządnie pokręcona, ze zwariowanymi partiami wokalnymi Petera Hammilla i agresywnym brzmieniem saksofonu Davida Jacksona, przypominająca ciężki i mroczny klimat poprzedniego albumu. Z "dawnym" Generatorem mogą kojarzyć się także mocniejsze fragmenty "Childlike Faith in Childhood's End", znów dzięki ekspresyjnym partiom Hammilla i Jacksona, jednak ogólnie utwór wydaje się bardziej pogodny, zdominowany przez majestatyczne partie organów Hugha Bantona. Majestatyczne i pogodne są też pozostałe, zdecydowanie spokojniejsze utwory. "Pilgrims" i tytułowy "Still Life" zachwycają pięknymi melodiami i dostojnym nastrojem, budowanym przez partie organów. Hammill śpiewa w bardziej stonowany, choć wciąż niezwykle emocjonalny sposób, a gra Jacksona nabrała większej melodyjności. Dopełniająca całości ballada "My Room (Waiting for Wonderland)" początkowo wydaje się nieco przesłodzona, ale naprawdę świetnie wypada instrumentalna końcówka utworu - bardzo klimatyczna, z przepięknymi partiami gitary basowej, saksofonu i pianina.

"Still Life" to album różniący się od wcześniejszych dokonań Van der Graaf Generator, wciąż jednak bardzo udany i interesujący. Jest też chyba najbardziej przystępnym albumem zespołu z tych najważniejszych/najlepszych, więc jeśli ktoś jeszcze nie zabrał się za poznawanie Generatora, warto zacząć właśnie od tego longplaya.

Ocena: 8/10



Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)

1. Pilgrims; 2. Still Life; 3. La Rossa; 4. My Room (Waiting for Wonderland); 5. Childlike Faith in Childhood's End

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - instr. klawiszowe, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


15 komentarzy:

  1. Aż dziwne - najbardziej znany album Generatora i żadnych komentarzy. Recenzja trafiona, obiema rękami bym się podpisał. Osobiście nie jestem wielkim fanem tej grupy, bardziej podoba mi się wczesny Hammill. Najbardziej chyba poruszającym albumem VDGG jest dla mnie "Vital Live" (może się mylę trochę z tytułem, cytuję z pamięci). Mam nadzieję, że znajdzie się tu jego recenzja. VDGG to nieprosta muzyka, niezbyt przyjemne teksty, ale warto, zawsze warto takie rzeczy "lansować". Duże brawa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym najbardziej znanym albumem mnie zaskoczyłeś, bo odnoszę wrażenie, że jest nim "Pawn Hearts".

      Usuń
    2. 5 albumów od He to he... do Record są bardzo równe.w zasadzie żadna z płyt VDGG nie jest znana jak i ogólnie zespół ale jak juz cos to rzeczywiście najbardziej to Pawn Hearts choć wg mnie minimalnie na 1 mejscu dla mnie jest H to he

      Usuń
  2. Przesłuchałem ponownie 4 płyty VDGG. Rzadko się spotyka aby zespół nagrał tak równe 4 płyty. Dosłownie o każdej płycie można napisać że jest najlepsza i każdy będzie miał rację. Najbardziej przystepna przynajmniej dla mnie jest H to He, może przez to że te melodie są najbardziej wyraziste no i dynamika tej płyty jest najrówniejsza. Still life jest najbardziej subtelna i melodyjna, choć mniej dynamiczna niż H to He. Najsłabszą dla mnie płytą jest Godbluff ale na niej jest wg mnie najlepszy kawałek VDGG czyli Arrow. Pozostaje Pawn Hearts który obiektywnie uznałbym za najlepszy i chyba w ogólnej opinii taj jest bo to najbardziej znana płyta tego zespołu ale wszystkie te 4 płyty są na taką samą ocenę. Podobnie mam z Genesis gdzie Nursery, Foxtrot, England i Broadway też są na takim samym poziomie, choć to bardziej komercyjna odmiana proga. Chyba najbardziej komercyjna ze wszystkich znanych zespołów progresywnych. W każdym razie gdyby ktoś chciał abym pokazał komuś rock progresywny to puściłbym mu właśnie Van Der Graaf Generator. Esencja gatunku, bez żadnych odchyleń w stronę popu czy hard rocka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rock progresywny jest tak różnorodnym stylem, że pokazanie jednego zespołu zdecydowanie nie wystarczy. A VdGG ponadto nie jest zbyt dla niego reprezentatywny, właściwie trudno wskazać inny podobny zespół. No może szwajcarski Island, ale to przecież kompletnie nieistotny i prawie w ogóle nieznany zespół (choć jego jedyny album, "Pictures" z 1977 roku to naprawdę mocna rzecz).

      Gdybym ja miał komuś pokazać, czym jest rock progresywny, to... trochę czasu by to zajęło, bo sugerowałbym przesłuchanie najważniejszych albumów VdGG, King Crimson, Pink Floyd, Gentle Giant, Genesis, Yes, Jethro Tull i ELP, ponadto coś z krautrocka, sceny Canterbury, RIO, zeuhlu. W sumie jakieś kilkadziesiąt albumów ;)

      Usuń
  3. A jakbyś miał wskazać jeden. Ja bym jednak chyba wskazał debiut Crimson. To jednak najsłynniejsza płyta progresywna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najsłynniejszy jest "Dark Side of the Moon". "In the Court of the Crimson King" to pierwszy dojrzały przykład rocka progresywnego, ale - podobnie jak każdy inny album z tego stylu - nie będący w stanie oddać jego różnorodności. W ogóle założenie, że istnieje coś takiego, jak wzór/esencja rocka progresywnego, wydaje mi się sprzeczne z jego ideą. Bo przecież chodzi w nim o poszerzanie granic rocka o zupełnie nowe elementy (głównie eksperymenty z brzmieniem) lub elementy zaczerpnięte z innych gatunków. To specyficzny styl, którego przedstawicieli łączą nie tyle stricte muzyczne podobieństwa (choć oczywiście takie też są), co podobne podejście, otwartość na różne rodzaje muzyki i eksperymenty, dążenie do stworzenia własnego, silnie zindywidualizowanego brzmienia. Z kolei założenie, że rock progresywny powinien wyglądać w określony sposób, doprowadziło do powstania neo-progresu, czyli muzyki absolutnie wtórnej i ograniczonej bardzo ciasnymi ramami.

      Wracając do VdGG, zespół bynajmniej nie grał muzyki bez żadnych odchyleń. Chociażby partie saksofonu Davida Jacksona wyraźnie odchylają się w kierunku free jazzu.

      Usuń
  4. Pink Floyd oprócz opinii ma najmniej wspólnego z rockiem progresywnym z całej tej grupy zespołów progresywnych. Najmniej tam poszukiwań i najmniej różnorodności. W zasadzie to zespół po prostu rockowy a od The Wall zahaczający o pop. Bardzo jednorodny i o dosyć przeciętnym kunszcie technicznym muzyków. W zasadzie z tych grup które wymieniłeś to najbardziej niepasujący zespół do reszty. No ale się przyjęło że to rock progresywny i tak już jest. Ja tam w zasadzie rocka progresywnego nie słyszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o tym pisałem wyżej. Źle podchodzisz do rocka progresywnego, oczekując od niego konkretnych elementów (jak np. technicznych umiejętności). Nie o to w nim chodzi, by wpisywać się w jakąś definicję, a o robienie czegoś oryginalnego. Pink Floyd w latach 60. był jednym z najbardziej pomysłowych i najodważniej eksperymentujących zespołów rockowych. W latach 70. poszli bardziej w stronę mainstreamu, ale wciąż miewali nowatorskie pomysły i na pewno nie grali konwencjonalnego rocka (porównaj takie "Welcome to the Machine" czy nawet "Shine on You Crazy Diamond" do np. wydanego w tym samym roku "Toys in the Attic" Aerosmith). I dlatego była to nie mniej progresywna muzyka, niż ówczesne dokonania Yes czy Genesis.

      Usuń
  5. Ogólnie mówiąc nie o to chodzi aby do czegoś podchodzić. Nie sucham np. Pink Floyd dlatego że to rock progresywny lub nie. Po prostu ich lubię a to że akurat muzyka jest pogrupowana na style... Nie mam założenia jak kiedyś słucham heavy metalu. Co prawda większość płyt które mam to akurat z nurtu progresywnego ale nie dlatego że to rock progresywny tylko odwrotnie. Akurat to co lubię to akurat rock progresywny. No ale fora polegają na dyskusji. Choć słynne powiedzenia Franka Zappy "rozmawianie o muzyce to jak tańczenie o architekturze". No ale fajnie se pogadać :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zappa zapewne był inteligentnym gościem (a na pewno tworzył dobrą muzykę), ale akurat ta wypowiedź jest totalnie bez sensu. Przede wszystkim niepoprawna językowo (nie można tańczyć o czymś, ale pisać/rozmawiać o czymś jak najbardziej), ale i równie głupia, co słynne stwierdzenie, że "o gustach się nie dyskutuje", które pada zwykle w momencie, gdy jeden z rozmówców zdaje sobie sprawę, że słucha bezwartościowej muzyki, której nie da się obronić obiektywnymi argumentami ;) A właśnie dyskusje muzyczne często pozwalają coś zrozumieć, dostrzec nowe rzeczy w znanych nagraniach, poszerzyć horyzonty, itd. Dlatego nie tylko fajnie, ale i pożytecznie jest pogadać na ten temat.

      Usuń
  6. No ja też lubię pogadać bo czasem się dowiem czegoś czego nie znam. A jeśli chodzi o Zappę to po pierwsze polskie tłumaczenie więc nie wiadomo jak to brzmiało po amerykańsku ale nawet zdanie tańczyć o architekturze to oddaje własnie brak sensu a to właśnie chciał przekazać jako właśnie bezsensowne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mnie zastanawia kwestia przekładu. A intencję doskonale rozumiem, tylko... no właśnie, kompletnie się z tym nie zgadzam.

      Usuń
  7. Jemu chodziło o to że muzyki się słucha a nie o niej rozmawia. Ale w sumie jak to było w filmie Polańskiego "płynie się żeby płynąć" ale co stoi na przeszkodzie aby o tym pogadać. Choć w jednym ma rację. Cel jaki ma muzyka w sobie to oczywiście jej słuchanie. Gorzej jak ktoś nie słucha a tylko rozmawia.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.