8 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)



W połowie lat 70. czas rocka progresywnego powoli przemijał. Nurt ten wciąż cieszył się uznaniem, lecz formuła takiego grania wyraźnie zaczęła się wyczerpywać. Konsekwencją tego było m.in. rozwiązanie King Crimson, czy odejście Petera Gabriela z Genesis. W 1975 roku ukazały się jedne z ostatnich (jeśli nie ostatnie) wybitnych albumów progresywnych: "Wish You Were Here" Pink Floyd, "Free Hand" Gentle Giant, oraz bohater dzisiejszej recenzji. "Godbluff" to tryumfalny powrót Van der Graaf Generator po czteroletniej przerwie wydawniczej (wypełnionej solowymi albumami Petera Hammilla, w których nagrywaniu pomagali pozostali członkowie grupy). Podobnie jak wcześniejsze wydawnictwa zespołu, "Godbluff" nie odniósł sukcesu komercyjnego. Bez wątpienia jest to jednak jedno z największych dzieł nie tylko samego Generatora, lecz całego progresywnego nurtu.

Zawarta tutaj muzyka różni się nieco od wcześniejszych albumów zespołu. Wydaje się bardziej mroczna i cięższa, a zarazem bardziej wyrazista pod względem melodycznym. Na całość składają się tylko cztery, za to rozbudowane utwory. Najkrótszy utwór, otwierający album "The Undercover Man", trwa siedem i pół minuty. Kompozycja rozpoczyna się bardzo klimatycznie i melodyjnie - stonowanej, jak na Hammilla, partii wokalnej towarzyszą tylko organy, flet i perkusja. Utwór powoli, płynnie się rozwija, w drugiej połowie robi się odrobinę ostrzej, za sprawą saksofonowej solówki Davida Jacksona. W "Scorched Earth" robi się już bardziej agresywnie i posępnie - Hammill śpiewa bardziej ekspresyjnie, a towarzyszą mu przenikliwe partie saksofonu i intensywna gra Guya Evansa na perkusji. Całość łagodzą nieco organy Hugha Bantona, nie brakuje tu też wyrazistej melodii. Ostre brzmienie, mroczny klimat i wyraziste melodie jeszcze ciekawiej połączono w "Arrow". Partia wokalna to istne szaleństwo, bardzo intensywnie - i zarazem przepięknie - wypadają także solówki na saksofonie. Warto odnotować też sam wstęp utworu - zespół nigdy wcześniej nie był tak blisko jazz fusion. Najdłuższy utwór, finałowy "The Sleepwalkers", zawiera kilka ewidentnie żartobliwych motywów, ale muzycy tutaj nie odpuszczają, proponując też wiele interesujących rozwiązań harmonicznych i rytmicznych. Tym razem błyszczy przede wszystkim Banton, którego klawiszowe popisy przez większość utworu wysunięte są na pierwszy plan, lecz partie pozostałych muzyków również zachwycają.

Rewelacyjny album. Bardzo spójny i dopracowany, wszystko idealnie tutaj ze sobą współgra. Perfekcyjne wykonanie nie jest zaskoczeniem, gdyż do tego muzycy zdążyli już przyzwyczaić swoimi poprzednimi wydawnictwami. Słychać za to znaczny rozwój w kwestii kompozytorskiej - utwory (autorem wszystkich jest Hammill) stały się bardziej wyraziste melodycznie, przy zachowaniu niekonwencjonalnych struktur i innych cech progresywnego rocka. Co prawda, album podzielił słuchaczy i krytyków (wśród zarzutów często pojawia się ten o zmianę stylu, choć nie jest ona drastyczna), dla mnie jednak "Godbluff" jest najwspanialszym dziełem Van der Graaf Generator.

Ocena: 9/10



Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)

1. The Undercover Man; 2. Scorched Earth; 3. Arrow; 4. The Sleepwalkers

Skład: Peter Hammill - wokal, instr. klawiszowe, gitara; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - organy, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


6 komentarzy:

  1. To jeden z tych albumów, który jest tak pokręcony, że trudno przy pierwszym odsłuchu coś z niego na dłużej zapamiętać, a jednocześnie zachęca cię, byś odsłuchał go jeszcze parę razy, tylko po to, by wychwycić wszystkie smaczki i elementy utworów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie album wszedł gładko do głowy ;) Może dlatego, że przy pierwszym przesłuchaniu byłem już osłuchany z różnymi Gentle Giantami, Soft Machinami, jazz-rockami i oczywiście wcześniejszymi dokonaniami VdGG.

      W każdym razie, do żadnego innego albumu zespołu nie mam chęci tak często wracać.

      Usuń
  2. Ja wiem, że nie lubisz takich komentarzy, ale zapytam - dlaczego nie dałeś mu 10? W recenzji ocenionego też na 9 "H" pada zdanie

    ""H to He, Who Am the Only One" to pierwszy wielki album w dyskografii Van der Graaf Generator - jeszcze nie najlepszy, ale zdecydowanie należący do ścisłej czołówki."

    tutaj piszesz że Godbluff jest "najwspanialszy" co w samo w sobie predestynuje go do oceny co najmniej najwyższej spośród całego Generatora.

    Nie żebym się czepiał, że nie dałeś 10 (sam bym takiej oceny nie dał), ale w sumie trochę smutno, że zespół z wielkiej 9 proga, a tu ani razu 10 ;) plus tekst powyższej recenzji i tej "H" sugeruje, że 10 powinno się pojawić :D

    ps. czy po koncertówce nagrali coś wartego uwagi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam do dyspozycji tylko 10 ocen, a akurat w przypadku VdGG różnica pomiędzy tym najwspanialszym "Godbluff" i należącym do ścisłej czołówki "H to He..." ani w obiektywnej jakości ani moim subiektywnym odbiorze nie są na tyle duże, by nie zmieścić się w tej samej ocenie.

      Po "Vital - Live" zespół rozpadł się na wiele lat, wrócił dopiero w latach 90. Prawdę mówiąc, bałem się słuchać tych wydawnictw po reaktywacji, bo zwykle takie albumy nagrane po latach są kiepskie, a w tym konkretnym przypadku przeważają negatywne opinie.

      Usuń
    2. Może faktycznie są kiepskie, skoro już Pleasure Dome był gorszy

      Usuń
    3. "Pleasure Dome" jest przede wszystkim inny, raczej nie gorszy od takiego "World Record", a od debiutu na pewno lepszy. Jak ktoś oczekuje, że zespół będzie wciąż grał to samo, to wiadomo, że album typu "Pleasure Dome" mu nie podejdzie. Ale według mnie pomysł na takie odświeżenie stylu był dobry, efekt nieco poniżej oczekiwań, ale wciąż jest to warte poznania. Natomiast te poreaktywacyjne albumy to, o ile mi wiadomo, próba grania w stylu z klasycznych albumów. A to praktycznie nigdy nie wychodzi na dobre.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.