22 sierpnia 2017

[Recenzja] Art Ensemble of Chicago - "Les Stances a Sophie" (1970)



Jednym z najciekawszych zespołów, jakie kiedykolwiek pojawiły się na scenie jazzowej, jest Art Ensemble of Chicago. To zespół w pełnym znaczeniu tego słowa, co sugeruje już nietypowa dla jazzbandu nazwa, w której nie ma nazwiska lidera. Był to celowy zabieg, mający dać jasno do zrozumienia, że w grupie nie ma lidera, a wszyscy muzycy pełnią tak samo istotną rolę (trzeba jednak dodać, że przed 1969 rokiem zespół występował pod szyldem Roscoe Mitchell Art Ensemble, a wcześniej Roscoe Mitchell Sextet). Art Ensemble of Chicago zwracał na siebie uwagę nie tylko nazwą, ale także niekonwencjonalnymi koncertami, podczas których muzycy często występowali w kostiumach i makijażu, a do gry używali nawet kilkudziesięciu instrumentów, w tym przeróżnych perkusjonaliów i przedmiotów w rodzaju dzwonków rowerowych.

W 1967 roku zespół wyjechał na trzy lata do Francji, gdzie intensywnie koncertował, a także zarejestrował materiał na kilkanaście albumów (z których część wydano dopiero po latach). Co ciekawe, przez większość tego czasu działał bez perkusisty, gdyż oryginalny bębniarz Phillip Wilson został w Stanach, gdzie dołączył do Butterfield Blues Band. Dopiero w 1970 roku, na kilka miesięcy przed wygaśnięciem wiz, muzycy dokooptowali do składu Dona Moye'a - amerykańskiego perkusistę, który w tamtym czasie również przebywał we Francji. Zaledwie dwa tygodnie przed powrotem do Stanów, zespół dostał propozycję nagrania muzyki do nowego filmu Moshé'a Mizrahiego, "Les Stances à Sophie". Muzycy, którzy nawet nie widzieli filmu, poświęcili na nagrania tylko jeden dzień - sesja odbyła się 22 lipca 1970 roku - lecz zarejestrowany wówczas materiał jest prawdopodobnie największym osiągnięciem zespołu.

Choć nie brakuje tutaj awangardowo-freejazzowych naleciałości, "Les Stances a Sophie" jest albumem całkiem przystępnym, także dla osób nieosłuchanych z jazzem. Całość rozpoczyna się od przebojowego (!) utworu "Theme de Yoyo", zbudowanego na rewelacyjnym basowym motywie, któremu towarzyszą chwytliwe partie dęciaków i partia wokalna Fontelli Bass (ówczesnej żony trębacza Lestera Bowiego). W żadnym wypadku nie jest to jednak banalna piosenka, ze względu na freejazzowe wstawki i dziewięciominutowy czas trwania. Ten utwór to prawdziwe arcydzieło, które może podobać się zarówno słuchaczom funku, jazzu, jak i rocka. Reszta albumu pozostaje w cieniu tej kompozycji, lecz słucha się jej całkiem przyjemnie. Przeważają utwory bardzo klimatyczne, nawiązujące do muzyki afrykańskiej i bliskowschodniej (np. "Proverbes No. 1", "Theme Amour Universal"), jest spora dawka zwariowanego free (prawie dziewięciominutowy "Theme Libre"), ale znalazła się tu także odrobina bardziej konwencjonalnego jazzu ("Variations Sur un Theme de Monteverdi II", fragmenty "Theme de Celine").

"Les Stances a Sophie" to jeden z najlepszych jazzowych albumów, jakie słyszałem. Zawarta na nim muzyka może zachwycić zarówno kompletnych laików, jak i osoby dobrze osłuchane z jazzem (choć tym ostatnim z pewnością nie muszę go polecać).

Ocena: 9/10



Art Ensemble of Chicago - "Les Stances a Sophie" (1970)

1. Theme de Yoyo; 2. Theme de Celine; 3. Variations Sur un Theme de Monteverdi I; 4. Variations Sur un Theme de Monteverdi II; 5. Proverbes No. 1; 6. Theme Amour Universal; 7. Theme Libre; 8. Proverbes No. 2

Skład: Lester Bowie - trąbka, instr. perkusyjne; Roscoe Mitchell - saksofon, klarnet, flet, instr. perkusyjne; Joseph Jarman - saksofon, klarnet, instr. perkusyjne; Malachi Favors Maghostut - kontrabas, instr. perkusyjne, wokal; Don Moye - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Fontella Bass - wokal (1,8), pianino
Producent: Pathé Marconi


6 komentarzy:

  1. Dla takich recenzji warto czytać tego bloga! Świetnie, że wciąż Ci się chce :)

    Dużo pojawi się jeszcze takich mniej znanych jazzowych albumów? A może dojdą jakieś nowe jazzowe legendy np. Mingus, Monk?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko w swoim czasie ;) Mam jeszcze mnóstwo albumów Davisa i Coltrane'a do opisania, więc na razie nie chciałbym się brać za kolejne legendy z bogatymi dyskografiami (na pierwszy ogień pewnie i tak pójdzie Herbie Hancock). Ale dla urozmaicenia będą pojawiać się takie pojedyncze recenzje mniej znanych wykonawców (chociaż akurat AEoC ma więcej ciekawych albumów, może nie tak dobrych jak ten, ale wartych poznania - możliwe, że o niektórych z nich kiedyś napiszę).

      Usuń
    2. "Mniej znanych jazzowych albumów"? Wymień 20 bardziej znanych ;)

      Usuń
    3. Też się trochę zdziwiłem, bo nie jest to jakiś niszowy album ani zespół, ale z drugiej strony 20 bardziej znanych jazzowych longplayów spokojnie można wymienić. A nawet dużo więcej - np. te 60-kilka, które na RYMie ma wyższą średnią ocen przy większej liczbie oceniających ;)

      Usuń
    4. Może źle się wyraziłem, miałem na myśli albumy i muzyków utartych w świadomości szerszej grupy ludzi. Jestem przekonany, że gdybym wyszedł na ulicę i spytał kilkaset przypadkowych osób o Milesa Davisa albo Johna Coltrane'a, to co najmniej połowa osób by skojarzyła nazwisko i ze 2 najpopularniejsze albumy. Z Art Ensemble of Chicago raczej by tak nie było. Tak jak Paweł napisał, jest na tyle dużo znanych i "popularnych" albumów, że takie jak ten zasługują na miano "mniej znanych"

      Usuń
  2. Pawle, tak trzymaj. Podpisuję się pod tym co napisał pablo1371000.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.