30 czerwca 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "H to He, Who Am the Only One" (1970)



Niedługo po wydaniu "The Least We Can Do Is Wave to Each Other", muzycy Van der Graaf Generator weszli ponownie do studia, by zarejestrować kolejny album. Latem zrobili sobie krótką przerwę od nagrywania, by w tym czasie zaprezentować się na kilku europejskich festiwalach (grając m.in. u boku Pink Floyd, Black Sabbath, Deep Purple i folkrockowego Fairport Convention). Do studia wrócili w zubożonym składzie, gdyż niespodziewanie decyzję o odejściu podjął Nic Potter. Zorganizowano przesłuchania na nowego basistę, jednak nie znaleziono właściwego muzyka. Ostatecznie brakujące partie gitary basowej zarejestrował Hugh Banton. Od tamtej pory odpowiadał on także za linie basu na koncertach, które wykonywał za pomocą klawiszy.

"H to He, Who Am the Only One" to album bardziej dojrzały i dopracowany od poprzednika, z lepszymi kompozycjami. Świetnie na otwarcie sprawdza się przebojowy "Killer", oparty na bardzo nośnym klawiszowym motywie. Nie jest to jednak zwyczajna piosenka - utwór trwa osiem minut, a melodyjne fragmenty zostają w nim skontrastowane z ostrymi, niemal freejazzowymi partiami saksofonu Davida Jacksona. "House with No Door" to dla odmiany delikatna ballada - jedna z najładniejszych w dorobku grupy - oparta głównie na akompaniamencie pianina, z solówką na flecie. Podobny, nastrojowy charakter ma "The Emperor in His War Room", który jednak nabiera dynamiki w środkowej części, zdominowanej przez świetną gitarową solówkę Roberta Frippa z King Crimson. Grupa w pełni pokazuje na co ją stać w jedenastominutowym "Lost" - najbardziej pokręconym utworze, z interesująco przeplatającymi się partiami klawiszy i saksofonów, oraz dominującą nad wszystkim partią wokalną Petera Hammilla, śpiewającego w typowy dla siebie - teatralny i dość pretensjonalny - sposób. Czasem jego popisy mogą denerwować, w tym jednak utworze doskonale podkreślają jego dramaturgię. Całość kończy najdłuższy i najbardziej rozbudowany "Pioneers Over c", świetnie łączący dynamiczne, rockowe momenty, z folkowo-jazzującymi zwolnieniami.

"H to He, Who Am the Only One" to pierwszy wielki album w dyskografii Van der Graaf Generator - jeszcze nie najlepszy, ale zdecydowanie należący do ścisłej czołówki.

Ocena: 9/10



Van der Graaf Generator - "H to He, Who Am the Only One" (1970)

1. Killer; 2. House with No Door; 3. The Emperor in His War Room; 4. Lost; 5. Pioneers Over c

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino (2); Hugh Banton - instr. klawiszowe, bass (2,5), dodatkowy wokal; David Jackson - saksofon, flet, dodatkowy wokal; Nic Potter - bass (1,3,4); Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robert Fripp - gitara (3)
Producent: John Anthony


15 komentarzy:

  1. Co jest? Taki album i nikt nie ma nic do powiedzenia?!

    Zdaje się, autorze, że nazwoływałeś sobie przez lata, na bloga fanów dziesiątej ligi hard rocka i retro heavy metalu z lasu i jak teraz Tobie się zmieniło, a oni zostali, jacy byli, piszesz recenzje naprawdę dobrych płyt (ostatnio sporo ich tutaj!) prawie do nikogo. Bo jakoś nie sądzę, żeby przysłowiowy Kamil Student Budownictwa, bujający się do Metalliki i Guns'n'Roses zaczął nagle słuchać Van Der Graaf Generator, albo jazzu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście ostatnie 2,5 roku uważam za bardzo dobre, jeśli chodzi o dobór wykonawców. Jeżeli pojawiało się coś mniej wartościowego, to głównie były to krytyczne recenzje. Wcześniej bywało różnie, ale sporo dobrych rzeczy się pojawiło. Także ze wspomnianych stylów - pisałem głównie o tych podstawowych wykonawcach, rzadziej o czymś z gorszej ligi.

      Stali Czytelnicy, przynajmniej niektórzy, wcale nie są zamknięci na nowe muzyczne doznania. Może polecanie im jazzu to wypłynięcie na zbyt szerokie wody, ale wielu dziękowało mi za Gentle Giant ;) Zresztą przekonanie "hardrockowców" do Allmanów, Gallaghera czy innego Hartleya, uważam za spory sukces.

      Myślę, że podstawowym problemem jest to, że większość woli czytać, niż pisać (z wyjątkiem sytuacji, kiedy się z czymś nie zgadzają). Liczba wejść stale rośnie, a "nowych twarzy" w komentarzach nie widać. Może jednak z czasem uda się przyciągnąć więcej aktywnych Czytelników gustujących w ambitniejszych rzeczach ;)

      Usuń
    2. Ja wpadam tutaj dosyć często i czytam większość recenzji. Jeśli natomiast chodzi o mój gust muzyczny lubię zarówno bardzo ambitną muzykę, ale również słucham mało ambitnej muzyki (np punk rock albo nu metal, które nie są w ogóle ambitnymi gatunkami). Ja wyznaje taką zasadę, że mało ambitne rzeczy też potrafią cieszyć.

      Usuń
    3. No to napisz swój komentarz do tej płyty a nie komentuj tego co może słuchać przysłowiowy Kamil Student Budownictwa. Strasznie wkurza mnie jak ktoś kto słucha ambitniejszej odmiany rocka uważa się za kogoś lepszego od tego kto buja się do Metalliki czy Gunsów. Muzyka ma wzbudzać emocje, i czy jest to Guns`n` Roses czy Gentle Giants to nie powinno się tego segregować na lepszych i gorszych fanów rocka. Ja też lubię czasem posłuchać Gunsów i innych lekkich kapel co nie przeszkadza mi po sięgnięcie do prog rocka czy jazz rocka. I tutaj nie zgodzę się z kolegą bo ten blog znacznie przyczynił się do tego że ludzie otworzyli się na inne rockowe style.

      Usuń
    4. Mój komentarz dotyczy oczywiście tego co napisał Anonimowy.

      Usuń
  2. PurpleSabbath2 lipca 2017 00:04

    Cóż można dodać do tak dobrej i konkretnej recenzji? ;) Może warto jeszcze wspomnieć, że to koncept album, traktujący o różnych rodzajach samotności.

    Wyśmienita płyta, porównywalna z największymi dziełami Pink Floyd, King Crimson, Gentle Giant, Genesis i Yes.

    OdpowiedzUsuń
  3. Generator to ambitna muzyka ale na tym się kończy. Niestety utwory są stworzony jakby na siłę i słuchanie płyt Generatora jest nużące. Dobry zamysł i forma ale po prostu same utwory są nużące. Crimsoni w podobnym stylu umieli komponować tak że nie chciało się przy tym usypiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. VdGG to nie muzyka dla osób przyzwyczajonych do prostych kawałków o zwrotkowo-refrenowym schemacie, dlatego może wydawać się nużąca. Jeśli ktoś oczekuje od muzyki czegoś więcej, niż piosenkowości, to z pewnością przy nagraniach zespołu nie będzie się nudził. Dla mnie to jeden z ciekawszych wykonawców rockowych, bardzo oryginalny, kreatywny i sprawny technicznie. I z każdym kolejnym albumem, do "Godbluff" włącznie, był coraz bardziej interesujący, a i później udawało im się trzymać wysoki poziom, w sumie do końca lat 70. (albumów po reaktywacji w XXI wieku nie słuchałem).

      Usuń
  4. Zapewniam cię że nie jestem miłośnikiem piosenkowej muzyki o zwrotkowo refrenowym schemacie. Z resztą przecież napisałem o King Crimson który w niektórych momentach był bardziej niekonwencjonalny jak np. na Larks

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie - w niektórych momentach. Bo oprócz faktycznie trudniejszych utworów (dwie odsłony tytułowego, "Talking Drum"), są tam też takie nagrania, jak "Book of Saturday", "Exiles" i "Easy Money", które są całkiem przystępne dla osób nieosłuchanych z ambitniejszą muzyką. I podobnie jest na innych albumach King Crimson, dlatego stosunkowo łatwo w niego wejść. Dlatego jest tak popularny. VdGG nie ma tak przystępnych utworów, dlatego trudniej się do niego przekonać, trzeba większego obycia z różnorodną muzyką. Dlatego jest tak mało znany.

      Usuń
  5. Często słyszałem o tym zespole.Często czytałem że jest trudny,że to bardzo wymagająca muzyka.No i przyszedł moment gdy miałem okazję posłuchać tego albumu.
    Cóż - nie wiem, co powiedzieć.Dla mnie jest on takim rzekłbym snujem bez wyróżniających się momentów.
    Oczywiście nie ulega wątpliwości,że muzycy potrafią grać, posiadają warsztat.Nie potrafią go jednak przekuć w ciekawe motywy.Te snuje są dalekie od ciekawych utworów. Mają jakieś struktury,ale odnoszę wrażenie pewnego chaosu.No i ten saksofon.Irytujący instrument.To znaczy irytujący na tym albumie.Zagrany w sposób który mnie w ogóle nie przekonuje.I jeszcze kwestia melodii.Melodia jest najważniejsza. Przynajmniej dla mnie.Zawsze szukam w muzyce piękna, pięknych melodii.A tu ich nie słyszę.
    Przypomina mi to zaslyszana kiedyś opinię, że z muzyki innego ważnego dla progresywnego nurtu zespołu, mam na myśli Yes ludzie pamiętają tylko te melodyjne momenty.Pomijam już głos Andersona,bo to czy się go lubi to inna kwestia,ale co do melodii zgadzam się w stu procentach.One są najważniejsze. I U Van der Graafa ich nie słyszę.
    Ostatnia rzecz to śpiew. Bardzo aktorski śpiew. Emocjonalny.Ale też w żaden sposób nie wciągający w opowieść. Nudny i irytujący.
    Dlaczego Peter Gabriel potrafił w Genesis robić to dużo lepiej.Nie wiem.Ale głos Archaniola jest zwyczajnie dużo lepszy.Ciekawiej prowadzi linie melodyczne,a instrumentalisci dostarczają mu równie ciekawych pomysłów.
    Ktoś tu wspominał King Crimson.Że mieli zarówno elementy improwizacji i świetne melodie.Tak to prawda.Mieli te elementy idealnie zrównoważone. Zaś u Van der Graafa słyszę pójście na całość, ale tak raczej na łeb, na szyję. Bez opamiętania. Nie przeczę to jest sztuka,bo sztuka nie musi być tylko ładna. Ale dla mnie za mało tu muzyki w muzyce.Dlatego ode mnie 4/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tego trzeba posłuchać wiele razy, żeby docenić, a jeszcze więcej, żeby polubić. Oczywiście, trzeba słuchać z odpowiednim nastawieniem - nie szukać czegoś, co się lubi, tylko starać się polubić coś innego. I na tym właśnie polega cała trudność.

      Z Twojego komentarza nie wynika nic poza tym, że Tobie album subiektywnie się nie podoba. Ale czy to naprawdę taka ważna informacja, że trzeba się nią dzielić publicznie? Nie napisałeś nic, co by podważało obiektywne walory tego dzieła.

      Usuń
  6. Zrobiłem to.Napisałem że utwory nie mają ciekawych struktur,nazwałem je snujami bo takie było moje pierwsze skojarzenie.Nie słyszę też bogactwa brzmień wspomnianego w recenzji.Zarzucilem brak porywajacych melodii.Może zespół miał inny zamysł, być może nie one były najważniejsze. Dla mnie są ważne i ich brak wpływa na odbiór. Zwróciłem uwagę na saksofon,który może i wchodzi często w interakcję z gitarą ale jego partie są prowadzone w irytujący sposób.
    No i wreszcie wisienka - wokal Hammilla.Tak -teatralny.I tak -przerysowany. Ale w sposób jaki mi zwyczajnie nie odpowiada.I dlatego nie potrafię wyżej ocenić tego albumu.
    Wiem,gdyby to miała być recenzja to powinienem się skoncentrować na konkretach.
    Ale recenzent musi przefiltrowac sluchana muzykę przez siebie.Wydaje mi się ze inaczej się nie da.
    Owszem ten album powstał już dawno,wiele o nim napisano.
    Został wielokrotnie omówiony i dla miłośników muzyki jest znany.Nie potrzebuje rekomendacji.Ale jest i druga strona medalu.Zapytam się w ten sposób - co z tego?
    Nawet jeśli przez lata otrzymał setki pozytywnych ocen to z powodów wyżej wymienionych nie mogę ocenić go inaczej.To że muzycy potrafią grać i orientują się w stylach nie znaczy że dla mnie ta płyta jest tak wielka.




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, cały czas piszesz tylko o swoim własnym odbiorze. Lećmy po kolei:

      Utwory nie mają ciekawych struktur - to jest opinia. Obiektywnie należy stwierdzić, że utwory mają ciekawe struktury, bo odchodzą od piosenkowych schematów, zachowując logikę.

      Nie słyszę też bogactwa brzmień wspomnianego w recenzji - co świadczy o tym, że nieuważnie słuchałeś. Na płycie wykorzystano gitarę akustyczną i elektryczną, gitarę basową, perkusję, pianino, elektryczne organy, saksofony altowy, tenorowy i barytonowy, flet, generator drgań, kotły i inne perkusjonalia.

      Zarzucilem brak porywajacych melodii - a czym są porywające melodie? Coś w stylu: "she loves you, yeah, yeah, yeah"? No takich tu nie ma, bo są bardziej wyrafinowane.

      Zwróciłem uwagę na saksofon,który może i wchodzi często w interakcję z gitarą, ale jego partie są prowadzone w irytujący sposób - wszystko po przecinku to opinia. Partie Jacksona na saksofonach są inspirowane freejazzem, co nie każdemu musi odpowiadać, ale dobrze świadczą o jego umiejętnościach, w dodatku są głównym elementem odróżniającym VdGG od innych grup z kręgu progowego mainstreamu.

      Wokal Hammilla.Tak -teatralny.I tak -przerysowany - to się zgadza, ale na tym fakty się kończą. Jest teatralny i przerysowany, ale to cechy neutralne. Ty nadajesz im pejoratywny wydźwięk, dla innych są zaletą.

      Muzycy potrafią grać i orientują się w stylach - a to jest fakt, który przemawia zdecydowanie nie korzyść zespołu.

      Poza tym, nie jest prawdą, że ten album i zespół nie potrzebuje rekomendacji. W stacjach radiowych VdGG jest kompletnie ignorowany, podobnie jak w najpopularniejszym polskim piśmie o muzyce. Dlatego trzeba go polecać młodszym pokoleniom. A komentarze w rodzaju Twoich mogą niepotrzebnie kogoś zniechęcić.

      Usuń
    2. W przedostatnim akapicie powinno być: "przemawia zdecydowanie na korzyść zespołu".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.