6 czerwca 2017

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Karma" (1969)



Pharoah Sanders, po śmierci swojego mentora, Johna Coltrane'a, poświęcił się głównie karierze solowej. Z efektem, który musiał przejść najśmielsze oczekiwania wszystkich krytyków i słuchaczy. Wydany w 1969 roku (blisko dwa lata po śmierci Coltrane'a) album "Karma" to prawdopodobnie największe i najwspanialsze dzieło nurtu zwanego spiritual jazzem, a zarazem jeden z najlepszych albumów w ogóle. Longplay powstał w ciągu zaledwie dwóch jednodniowych sesji nagraniowych, 14 i 19 lutego 1969 roku. Sandersowi towarzyszył rozbudowany skład, obejmujący m.in. pianistę Lonniego Listona Smitha, basistów Rona Cartera i Reggiego Workmana, perkusistę Billy'ego Harta, flecistę Jamesa Spauldinga oraz wokalistę i perkusjonalistę Leona Thomasa. Czyli muzyków z najwyższej półki, których doskonała gra wzbogaciła niezliczone albumy jazzowe.

"Karma" składa się z zaledwie dwóch utworów. Zdecydowaną większość albumu stanowi ponadpółgodzinna kompozycja "The Creator Has a Master Plan". Ze względu na specyfikę płyt winylowych, utwór został podzielony na dwie części - pierwsze dwadzieścia minut wypełniło całą stronę A płyty, kolejne trzynaście znalazło się na stronie B. Dopiero na kompaktowych reedycjach obie części zostały ponownie połączone w całość. "The Creator Has a Master Plan" to doprawdy niesamowita kompozycja, doskonale rozwijająca pomysły Coltrane'a i nadająca im jeszcze bardziej uduchowionego charakteru. Hipnotyzujący klimat, mantrowy charakter, bardzo intensywny i piękny zarazem - to tylko niektóre cechy tego utworu. Żadne słowa nie oddadzą jednak w pełni tego niezwykłego przeżycia, jakim jest obcowanie z tą kompozycją. Tego trzeba doświadczyć samemu. A nie jest to wcale trudna muzyka, choć trzeba jej poświęcić czas, bo wymaga absolutnego skupienia. Z jej przyswojeniem na pewno nie będą mieć problemów słuchacze rocka psychodelicznego, który wywodzi się z podobnych inspiracji. Ciekawostką jest, że utwór był grany na żywo przez grupę King Crimson (na jednym koncercie, w czasach "Islands"). Druga kompozycja zamieszczona na "Karma" to zaledwie pięciominutowa "Colors", bardziej wyciszona i nie tak hipnotyzująca, co "Creator", ale równie klimatyczna i piękna. Pewne kontrowersje budzą partie wokalne Thomasa z obu utworów, jednak moim zdaniem doskonale wpasowują się w nastrój całości.

"Karma" to album klasyczny i kultowy, ale nie tylko dlatego trzeba go znać. To po prostu doskonały longplay. Kompozycje, wykonanie, klimat, brzmienie - wszystko jest tu bliskie absolutu. W całej historii fonografii ukazało się najwyżej kilkanaście wydawnictw na takim poziomie.

Ocena: 10/10



Pharoah Sanders - "Karma" (1969)

1. The Creator Has a Master Plan (Part I); 2. The Creator Has a Master Plan (Part II); 3. Colors

Skład: Pharoah Sanders - saksofon; Leon Thomas - wokal, instr. perkusyjne; Reggie Workman - kontrabas; Lonnie Liston Smith - pianino; Julius Watkins - waltornia; William Hart - perkusja (1,2); Richard Davis - kontrabas (1,2); Nathaniel Bettis - instr. perkusyjne (1,2); James Spaulding - flet (1,2); Ron Carter - kontrabas (3); Frederick Waits - perkusja (3)
Producent: Bob Thiele


8 komentarzy:

  1. Jedna z tych płyt, które każdy szanujący się meloman ma obowiązek znać. Dlatego dziwi mnie brak komentarzy pod tą recenzją. To dlatego, że nikt tu nie ma nic do dodania, czy raczej jest mało wyświetleń?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejmy nadzieję, że to pierwsze. Liczba wyświetleń jest podobna, jak w przypadku innych jazzowych recenzji. Czyli dość niska, na tle rockowych.

      Usuń
  2. Płyta z gatunku tych na całe życie....magiczna.
    Pozdrawiam ,muszę częściej tu zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie dziś kupiłem tą płytę i dałbym jej 9. Byłaby dycha gdyby nie ten śpiew (tzn. wycie). Szkoda że nie jest instrumentalna. Ale i tak świetna.

    OdpowiedzUsuń
  4. Początek, tak samo jak w „Hot Rats”, zachęca do słuchania dalej – świetna, orientalna zagrywka. Do wokalu w części tekstowej nie mam zastrzeżeń, ale potem zaczyna się jakieś wycie w stylu jodłowania, co moim zdaniem brzmi komicznie i nie pasuje do reszty. Następnie… Powtarza się ta sama zagrywka, która była na początku? Według mnie lepiej, gdyby kompozycja była dalej rozwijana, bo takie powtórzenie brzmi trochę, jakby muzycy nie mieli pomysłu na to, w którą stronę pociągnąć utwór. W czym utwierdza mnie to, co zaczyna się kilka minut później – no właśnie, free jazz… Może kiedyś odszukam ten ukryty sens, ale na razie to brzmi dla mnie, jak wycięte i zmiksowane partie instrumentów z kompletnie losowych albumów („Free Jazz” Colemana i „The Hands” są całkiem słuchalne, choć gdybym nie wiedział, chyba nie domyśliłbym się, że to ten sam gatunek…). W „Colors” początkowa zagrywka też jest fajna (choć może trochę zbyt podobna do poprzedniej), a potem w sumie już nic nie zwróciło mojej uwagi, oprócz irytująco przeciąganych w nieskończoność partii wokalnych. Ale ogólnie bałem się, że będzie gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gościu ma ładny głos co ujawnił dopiero w "Colors" a wyje przez połowę płyty.

    OdpowiedzUsuń
  6. album karma byłby wybitny gdyby nie właśnie partie wokalne leona thomasa, którego zwyczajnie jest za dużo żeby nie przeszkadzał w odbiorze (zdanie wielu osób zresztą)... dla porównania to wykonanie przebija zwykły bootleg z nagrania na żywo z nicei z 71, gdzie nie ma thomasa i zdecydowanie lepsze wprowadzenie i "spirytualny" odbiór utworu creator... moim zdaniem album "black unity" jest wyższą półką niż "karma" w dorobku sandersa dla impulse. niemniej jednak 8.5/10

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdanie wielu osób to żaden argument, bo odwołuje się do subiektywnego odbioru paru bliżej niezidentyfikowanych osób. To wtrącenie wygląda, jakbyś chciał umocnić swoje twierdzenie, ale to wciąż tylko opinia, a nie fakt.

      Za dużo śpiewu Thomasa jest dopiero na kolejnym albumie, tutaj jest go tylko trochę, a dominuje granie instrumentalne. Subiektywnie może się nie podobać, może irytować, ale obiektywnie - doskonale pasuje do tej stylistyki, jest w nim coś pierwotnego, korzennego, co bardzo dobrze podkreśla ten spirytualny nastrój. Mnie początkowo też drażnił ten element, ale z czasem się do niego przyzwyczaiłem, a w końcu zrozumiałem, że on bardzo dobrze tutaj pasuje i jest dodatkowym atutem tej muzyki, bo wnosi tę afrykańską korzenność w większym stopniu, niż jakikolwiek z użytych tu instrumentów, a jednocześnie wzmacnia idiomatyczny charakter tego albumu, bo trudno byłoby wskazać inny bardzo podobny do tego (nie licząc pozostałych efektów współpracy Sandersa i Thomasa).

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".