11 kwietnia 2017

[Recenzja] Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)



Wpływ funku był obecny w solowej twórczości Billy'ego Cobhama od samego początku, czyli od debiutanckiego "Spectrum", ale dopiero na "A Funky Thide of Sings" - czwartym longplayu tego genialnego perkusisty - stał się on dominującym elementem. Na albumie dominują krótkie, proste utwory, o wyrazistych melodiach i niemalże piosenkowych strukturach. Oparte na wyrazistej, pulsującej grze Cobhama i basisty Alexa Blake'a, oraz roztańczonych partiach rozbudowanej sekcji dętej, często z towarzyszeniem ostrych solówek cenionego - choć wówczas dopiero początkującego - jazzowego gitarzysty Johna Scofielda (który później współpracował m.in. z Charlesem Mingusem, Milesem Davisem, Joe'em Hendersonem i Herbie'em Hancockiem) oraz nienachalnych syntezatorów. W dwóch utworach - "Panhandler" i tytułowym "A Funky Thide of Sings" - dodatkowo pojawiają się kongi, na których zagrał Rebop Kwaku Baah (znany ze współpracy z zespołami Traffic i Can). Z mocno rozrywkowym, imprezowym charakterem pierwszych sześciu utworów kontrastują dwie ostatnie kompozycje. "A Funky Kind of Thing" to długie, prawie dziesięciominutowe perkusyjne solo, mające kilka świetnych momentów (w końcu Cobham bije na głowę większość rockowych perkusistów), jednak całość trochę mnie męczy. Rewelacyjny jest natomiast dwunastominutowy finał albumu, "Moody Modes" - najbardziej jazzowy, z ładnymi partiami instrumentalistów i ciekawymi zmianami nastroju.

"A Funky Thide of Sings" to kolejne potwierdzenie talentu Billy'ego Cobhama. Album jest jednak zdecydowanie mniej rockowy od poprzednich, dlatego polecam go przede wszystkim wielbicielom funku i - ze względu na ostatni utwór - jazzu.

Ocena: 7/10



Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)

1. Panhandler; 2. Sorcery; 3. A Funky Thide of Sings; 4. Thinking of You; 5. Some Skunk Funk; 6. Light at the End of the Tunnel; 7. A Funky Kind of Thing; 8. Moody Modes

Skład: Billy Cobham - perkusja, instr. perkusyjne, syntezatory; Alex Blake - bass; Michael Brecker - saksofon; Randy Brecker - trąbkaGlenn Ferris - puzon; John Scofield - gitara; Milcho Leviev - instr. klawiszowe
Gościnnie: Larry Schneider - saksofon (1,3); Walt Fowler - trąbka (1,3); Tom Malone - puzon i flet (1,3); Rebop Kwaku Baah - kongi (1,3)
Producent: Billy Cobham, Mark Meyerson, Donald Elfman i Naomi Yoshii


6 komentarzy:

  1. Niestety po tej płycie Billy grał już w kółko to samo. W zasadzie jest to ostatni jego album, który komukolwiek, poza zagorzałymi fusion i funku mógłbym polecić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Słuchałem "Crosswinds", świetna płyta, tu jest nieco gorzej, czasem leci w jarmarczność.

    Cobham bije na głowę każdego rockowego? Serio? to wielkie słowa, a mnie to solo też trochę wyczerpuje ;)

    Ale zaskakuje mnie jednak, że obniżyłeś temu ocenę na RYM.

    Dalszych wydawnictw nie warto słuchać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tę recenzję napisałem w czasach, gdy "On the Corner", "Sextant" czy dajmy na to "Ascension" były dla mnie za trudne, a to było coś w sam raz dla rockowego słuchacza, który lubi czasem posłuchać funku i dopiero wchodzi w świat jazzu. Albumów Weather Report i Return to Forever ze zbliżonego okresu też nie oceniałem wtedy tak surowo, jak obecnie. Z czasem takie fusion idące w stronę mainstreamu znacznie straciło u mnie na wartości, stąd niższa ocena.

      Nie pamiętam w ogóle jego późniejszych albumów, bo mnie zupełnie nie zainteresowały, ale zdaje się, że szły jeszcze bardziej w, jak to określiłeś, jarmarczność.

      Niech będzie, że bije większość.

      Usuń
    2. Ale za to finał wg mnie jest lepszy nawet od większości "Crosswinds". Bez niego byłaby to dość mdła płyta, pogrzebana solówką perkusyjną

      Usuń
  3. Słyszał pan taką koncertowke Cobham'a -Live at Montreux Switzerland, 1978??

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".