24 sierpnia 2016

[Recenzja] BBM - "Around the Next Dream" (1994)



Ćwierć wieku po rozpadzie Cream, doszło do ponownej współpracy dwóch członków tej grupy - Jacka Bruce'a i Gingera Bakera. Składu dopełnił Gary Moore, niejako zajmując miejsce Erica Claptona. Do powstania tego nowego tria - nazwanego BBM od pierwszych liter nazwisk muzyków - doszło przypadkiem. "Around the Next Dream" miał być po prostu kolejnym solowym albumem Moore'a, jednak już na etapie komponowania w projekt mocno zaangażował się Bruce. On też wpadł na pomysł zatrudnienia Bakera, gdy okazało się, że ówczesny perkusista Moore'a ma inne zobowiązania w czasie sesji nagraniowej. Co prawda Ginger, delikatnie mówiąc, nigdy nie przepadał za Jackiem, ale też od dawna nie nagrał niczego dochodowego, a za udział w tej sesji zaproponowano mu pokaźną sumę... Co ciekawe, jeśli wierzyć słowom perkusisty, dopiero po zarejestrowaniu swoich partii dowiedział się, że w projekt zaangażowany jest także Gary.

Ponieważ "Around the Next Dream" początkowo miał być solowym longplayem Moore'a, nie powinno dziwić, że część utworów utrzymana jest w stylu znanym z albumów "Still Got the Blues" i "After Hours". Dotyczy to zarówno dwóch coverów - "High Cost of Loving" i "I Wonder Why (Are You So Mean to Me?)" Alberta Kinga - jak i kilku premierowych kompozycji, na czele ze śpiewanymi przez Gary'ego "Can't Fool the Blues" i "Naked Flame". Oba zresztą należą do najciekawszych momentów albumu. Ten pierwszy to dynamiczny bluesrockowy kawałek, oparty na zadziornym riffie i zwieńczony długim, fantastycznym solem gitarowym; drugi jest natomiast ładną balladą bluesową o dobrej melodii oraz rewelacyjnych partiach gitary i organów. Na następcy "After Hours" mogłyby znaleźć się także "Why Does Love (Have to Go Wrong?)" i ballada "Wrong Side of Time", choć ten pierwszy to utwór wyjątkowo rozbudowany jak na twórczość Moore'a, wyróżniający się niemal progrockową budową.

Z drugiej strony, nie zabrakło tutaj utworów, które przywołują skojarzenia z dokonaniami Cream. Energetyczny "Waiting in the Wings" - mój kolejny faworyt z tego albumu - brzmi jak skrzyżowanie "Tales of Brave Ulysses" i "White Room". Porywające solówki Moore'a, przetworzone efektem wah-wah, wyraźnie inspirowane są grą Erica Claptona z czasów supertria. Identyczne skojarzenia budzą solówki z niemniej energetycznego i przebojowego "City of Gold". Z kolei "Glory Days" trudno nie skojarzyć z "Those Were the Days" - przewodni motyw jest niemal identyczny. Do albumu "Wheels of Fire", a konkretnie utworu "As You Said", zdaje się nawiązywać "Where in the World", także oparty na gitarze akustycznej i wiolonczeli. Choć to akurat najsłabszy fragment całości, zdecydowanie zbyt przesłodzony. Największym minusem "Around the Next Dream" jest jednak powierzenie w połowie utworów roli głównego wokalisty Jackowi Bruce'owi. Muzyk nigdy nie był specjalnie uzdolniony pod względem wokalnym, ale w czasach Cream dawał radę. Niestety, wiek i problemy zdrowotne zrobiły swoje, i w efekcie dość trudno słucha się jego zniszczonego głosu.

Ogólnie jednak "Around the Next Dream" prezentuje całkiem solidny poziom, jak przystało na album nagrany przez tak uznanych muzyków. Bruce i Baker, kiedyś najlepsza rockowa sekcja rytmiczna, przypomniała o swoim talencie, zaś Moore potwierdził, że w oddawaniu hołdu muzyce bluesowej niewielu może się z nim równać. Album zawiera kilka naprawdę zgrabnych kompozycji, a liczne nawiązania do Cream są bardzo przyjemnym smaczkiem. Niestety, longplay okazał się jedynym wydawnictwem BBM. Trio rozpadło się po zagraniu ledwie kilkunastu koncertów - słabym ogniwem okazał się Baker, który nie mógł znieść "gwiazdorzenia" Moore'a i jego maksymalnie rozkręconego wzmacniacza. Dobrze, że muzycy nagrali razem chociaż ten jeden album.

Ocena: 7/10



BBM - "Around the Next Dream" (1994)

1. Waiting in the Wings; 2. City of Gold; 3. Where in the World; 4. Can’t Fool the Blues; 5. High Cost of Loving; 6. Glory Days; 7. Why Does Love (Have to Go Wrong?); 8. Naked Flame; 9. I Wonder Why (Are You So Mean to Me?); 10. Wrong Side of Town

Skład: Jack Bruce - wokal (1,2,5-7), bass, wiolonczela (3); Gary Moore - wokal (3,4,6,8-10). gitara, instr. klawiszowe; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Tommy Eyre - instr. klawiszowe; Arran Ahmun - perkusja (3); Morris Murphy - trąbka (6)
Producent: Ian Taylor, Jack Bruce, Ginger Baker i Gary Moore


7 komentarzy:

  1. Moment, tu było 8, a teraz jest tak samo jak w coverowym "Blues for Greeny" i gorszym o klasę "After Hours"

    przy okazji, po "Dark Days in Paradise" Moore wrócił do cięcia bluesa, ciął go tak długo, że w końcu nie wytrzymał

    OdpowiedzUsuń
  2. I jak się ustosunkujesz do tego? Ten projekt to 2/3 Creamu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co, mam dać wyższą ocenę za sam udział Bruce'a i Bakera? Nie zwracając uwagi na to, że w porównaniu z Cream:
      - kompozycje są mniej charakterystyczne,
      - wykonanie nie jest tak kreatywne i porywające,
      - brzmienie za bardzo wypolerowane,
      - a wokal wymęczony?

      Pewnie wszystkie albumy z udziałem Moore'a powinny mieć obniżone oceny.

      Pomiędzy "Dark Days in Paradise" i albumem o wszystko mówiącym tytule "Back to the Blues", ukazał się jeszcze "A Different Beat", kontynuujący stylistykę poprzednika.

      Usuń
  3. Chodzi mi raczej o dysproporcje między tym a kiepskim albumem poprzedzającym i następnym - ledwie poprawnym - zawierającym covery nie lepsze od oryginałów.

    Recenzje sprzed dwóch lat i też się nie zgadzasz z ocenami? O rany, wychodzi na to, że bez przesłuchanych 7-8 tysięcy płyt z różnych gatunków nie ma co się zabierać za pisanie recenzji/wyrabiać sobie opinii bo to się zmieni w syzyfową pracę.

    Jasne że gorsze od Cream ale lepsze od tych dwóch o których wspomniałem. A ten ostatni album Moore ("Bad for You baby" z 2008) wspominam całkiem dobrze (taki rzemieślniczy blus, dla kogoś kto nie lubi dziadkowego brzmienia i nie chce się rozwijać)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tamtych dwóch albumach jest lepszy wokal. Na "Blues for Greeny" są znacznie lepsze, bardziej charakterystyczne kompozycje. Nie ma znaczenia, że to covery. Gorzej, że faktycznie słabiej wykonane od pierwowzorów i sztucznie brzmiące (dziadkowe brzmienie to mi się kojarzy właśnie z albumami nagrywanymi przez podstarzałych rockmanów).

      Jak chcesz przesłuchać 8 tys. albumów bez wyrabiania sobie opinii, to równie dobrze możesz nie przesłuchać żadnego, tyle samo z tego wyniesiesz. A recenzja zawsze będzie w znacznym stopniu opinią (jak ktoś twierdzi, że napisał w pełni obiektywną recenzję to jest naiwny / głupi / ignorancki), aktualną w chwili pisania. Akurat mój największy rozwój muzyczny zaczął się w drugiej połowie 2016 roku, więc niektóre recenzje z wcześniejszego etapu (fascynacji okolicami bluesa) mogą być nieco zdezaktualizowane. Ale nie tak bardzo, jak te z lat 2012-14.

      Usuń
  4. Dziadkowe brzmienie ... nie chce mi się już nad tym rozwodzić, bo wiesz co w ten sposób określam - anemiczne, kartonowe nagrania którymi raczyli nas
    starzy wykonawcy, niektórzy nawet do połowy lat 70.

    Pamiętasz recenzję Grety Van Fleet którą kiedyś Ci przysłałem? Tam gdzie koleś powoływał się na Yes, a zarazem pod koniec recenzji przyznawał się do słuchania Nightwish. Zresztą pójdę dalej - Budka Suflera, Kat, Mercyfulfate to dla niego szczyt metalowego grania. I chyba w ogóle grania.

    Do czego zmierzam? Ano do tego, że opinia kogoś kto przesłuchał 8000 płyt jest bardziej 'miarodajna' i ktoś kto chciałby trafić na granie 'dobre'. To jak dla mnie działa w ten sposób, że im więcej przesłuchasz płyt, tym większa szansa, że komuś kto przesłuchał płyt mniej od Ciebie podsuniesz granie dobre - bądź w jego gustach. Stajesz się żywym last.fm - żywym, więc nie algorytmem który ma ograniczoną pulę powiązanych wykonawców, którzy im niżej zjedziesz na stronie tym mają mniej wspólnego z tym od którego wyszedłeś - tylko kimś kto oddzieli gówno od dobrej muzyki.

    A czy ja w swoim komentarzu cokolwiek wspominałem o obiektywności/obiektywnej recenzji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem i będę się temu sprzeciwiał tak długo, jak Ty będziesz w ten sposób wyśmiewał tamto brzmienie. To dzisiejsze brzmienie jest pozbawione dynamiki, płaskie i wypolerowane, a przez to właśnie anemiczne i sztuczne.

      Nie ważne ile ktoś przesłuchał płyt, tylko jakie i co z nich wyniósł. Ale nawet jeśli ktoś przesłuchał dużo, tych właściwych i dzięki temu potrafi wytłumaczyć na czym polega obiektywna wyższość np. proga nad punkiem, to jego recenzje/opinie/oceny i tak w jakiś stopniu będą skażone subiektywnym odbiorem, który z czasem może się zmieniać niezależnie od obiektywnych walorów i niezależnie od tego, czy poznał w tym czasie kolejne płyty.

      Można wysnuć stąd wniosek, że recenzje w ogóle nie mają sensu. Bo przecież wszystkie opinie mają znaczenie tylko dla autora, czytający może zupełnie inaczej odebrać ten materiał, w dodatku sam autor może ją zmienić z powodów zrozumiałych tylko dla niego samego.

      Jednak dla mnie, jak już kiedyś pisałem, sensem recenzji jest to, że dzięki nim można poznać ciekawe, a nie koniecznie powszechnie znane wydawnictwa. Z perspektywy słuchacza blues- i hard rocka wydawało mi się słuszne polecanie twórczości Gary'ego Moore'a. Dziś na pewno nie napisałbym aż tak pozytywnych recenzji, zarzucając epigonizm i - w przypadku albumów z lat 80. - kicz.

      Dla mnie recenzje mają sens także dlatego, że dzięki ich pisaniu dokonuję głębszej analizy danego wydawnictwa, wykorzystując do tego posiadaną już wiedzę, jak i zdobywając nową.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.