15 kwietnia 2015

[Recenzja] Stomu Yamashta's Go - "Go" (1976)



Stomu Yamashta to japoński perkusista i klawiszowiec, obracający się głównie w rejonach jazzu i awangardy. W połowie lat 70. powołał jednak do życia projekt Go, który może zaciekawić znacznie szersze grono odbiorców. Yamashta zaprosił bowiem do niego imponujący zestaw muzyków, pochodzących z różnych krajów i różnych muzycznych światów. Wśród nich znaleźli się m.in.: wokalista Steve Winwood (z rockowych Traffic i Blind Faith), basista Rosko Gee (z Traffic, później w krautrockowym Can), klawiszowiec Klaus Schulze (wykonujący głównie muzykę elektroniczną), perkusista Michael Shrieve (z latinrockowego Santana), oraz gitarzyści Al Di Meola (z jazzrockowego Return to Forever) i Pat Thrall (później w hardrockowym Pat Travers Band). Debiutancki album projektu, zatytułowany po prostu "Go", jest jakby wypadkową stylów tych wszystkich muzyków.

Longplay podzielony jest na czternaście utworów, które jednak płynnie się przenikają, tworząc swego rodzaju suitę. Tylko dwukrotnie słychać przerwy - ta pomiędzy "Space Theme" i "Space Requiem" wymuszona została ograniczeniem czasowymi płyty winylowej, natomiast ta przed finałowym "Winner/Loser" wynika stąd, że utwór ten jest jakby bonusem, odbiegającym charakterem od reszty albumu, ze względu na bardziej piosenkową formę. Nie znaczy to bynajmniej, że podstawowa część albumu jest monotonna. Wręcz przeciwnie, dzieje się tu całkiem sporo (co nie zawsze wychodzi na dobre, o czym więcej za chwilę). Całość rozpoczyna się od przepięknego tematu "Solitude", zdominowanego przez brzmienia klawiszowe, jak większość tego albumu. Jego rozwinięciem jest "Nature" - oparty na tym samym motywie, ale wzbogacony poruszającą partią wokalną Winwooda. To w ogóle jeden z najbardziej utalentowanych wokalistów tamtych czasów, niestety dziś już nieco zapomniany. Wróćmy jednak do albumu. "Air Dance" to instrumentalny pejzaż dźwiękowy, o bardzo "kosmicznym" klimacie, przechodzący w kolejną przepiękną pieśń, "Crossing the Line". Po niej następuje pierwsza drastyczna zmiana nastroju. "Man of Leo" i jego instrumentalna kontynuacja, "Stellar", to dynamiczne funkowe granie, z klangującym basem, sekcją dętą i żeńskimi chórkami. Według mnie za bardzo jednak burzy to klimat całości i po prostu nie pasuje do reszty albumu. Warto jednak odnotować gitarowy popis Ala Di Meoli w "Stellar". Pierwszą część albumu kończy kolejny "kosmiczny" pejzaż, trafnie zatytułowany "Space Theme". Wrażenie robi jego końcówka, z hipnotyzującą linią basu.

Druga część albumu - a zarazem druga strona winylowego wydania - rozpoczyna kontynuacja kosmicznej podróży, w postaci syntezatorowych pejzaży "Space Requiem" i "Space Song". Na ziemię wracamy w dynamicznym "Carnival", o którym wszystko mówi tytuł. Rozwinięciem tego tematu jest rozpędzony "Ghost Machine", oparty na pulsującej grze sekcji rytmicznej i gitarowych popisach Di Meoli. Chwilę uspokojenia przynosi kolejny instrumentalny pejzaż, "Surfspin", po którym następuje jeszcze jeden funkowy utwór, tym razem jednak bardziej stonowany, "Time is Here". W tle znów słychać żeńskie chórki, nadające nieco soulowego charakteru. Zamykający album, wspomniany już wcześniej "Winner/Loser" to jedyny fragment albumu, w którego komponowaniu brał udział Winwood - i doskonale to słychać, bowiem już tutaj wiele z klimatu późnego Traffic, a jeszcze bliżej mu do solowych dokonań muzyka. Na tle całości wyróżnia się prostszą i przebojową melodią - aż dziwne, że nie został wydany na singlu, bo ma naprawdę spory potencjał komercyjny. O ile jednak broniłby się w  porównaniu z resztą zawartych tu utworów wypada natomiast banalnie.

Podsumowując, album wypada dość niespójnie, co jest tym większym zarzutem, że wyraźnie słychać tutaj, iż miał on tworzyć spójną całość. W rezultacie stanowi on raczej ciekawostkę dla wielbicieli grających na nim muzyków, niż album mogący zainteresować postronnych słuchaczy. A wystarczyłoby tylko zmienić kolejność utworów, żeby całość robiła lepsze wrażenie - na jednej stronie umieścić bardziej dynamiczne fragmenty, a na drugiej spokojniejsze. Mimo wszystko, znalazło się tutaj wiele wspaniałych momentów, dla których naprawdę warto poznać ten longplay.

Ocena: 7/10



Stomu Yamashta's Go - "Go" (1976)

1. Solitude; 2. Nature; 3. Air Over; 4. Crossing the Line; 5. Man of Leo; 6. Stellar; 7. Space Theme; 8. Space Requiem; 9. Space Song; 10. Carnival; 11. Ghost Machine; 12. Surfspin; 13. Time is Here; 14. Winner/Loser

Skład: Stomu Yamashta - syntezator i instr. perkusyjne; Steve Winwood - wokal i instr. klawiszowe, gitara (14); Rosko Gee - bass; Michael Shrieve - perkusja; Klaus Schulze - instr. klawiszowe; Chris West - gitara (1,11,13); Pat Thrall - gitara (3,4); Junior Marvin - gitara (4-6,10,14); Al Di Meola - gitara (5,6,10,11,13); Bernie Holland - gitara (10); Hisako Yamashta - skrzypce (9); Brother James - kongi (11,14); Lenox Langton - kongi (11); Thunderthighs - dodatkowy wokal (5,13); Paul Buckmaster - aranżacja instr. dętych (5,13)
Producent: Paul Buckmasteri Stomu Yamashta


2 komentarze:

  1. Jedynka Go jest niestety mocno popsuta przez orkiestralne brzmienie, które pasuje do tej muzyki jak pięść do nosa. Fajny repertuar, kapitalny (!) skład, ale temu wszystkiemu podcięto tutaj skrzydła. Na szczęście również w 76 wydany został album "Go ... Live From Paris", na którym już błędów i wypaczeń nie ma i jest to rzecz naprawdę dużego kalibru.

    Co do samego Yamashty, to nie było tak, że on nagle w 76 roku zaczął grać fusion, a wcześniej to tylko klasyczny jazz i awangarda. Wręcz przeciwnie, od początku lat 70' podążał w kierunku jazz-rockowo progresywnym, współpracując w ramach swej kariery solowej z zachodnimi muzykami. W 73 wraz z częścią około-kanterberiańskiej grupy Isotope (Gary Boyle, Nigel Morris, Hugh Hopper - wcześniej etatowy basista Soft Machine, prawdziwa legenda jazz-rocka) utworzył grupę Stomu Yamash'ta's East Wind, w sumie też nawet znaną. Tak więc tych jazz-rockowych i progresywnych rzeczy było w jego karierze mnóstwo, po prostu grupa Go była z tego wszystkiego najsłynniejsza, czemu się zresztą nie dziwię bo zarówno poziom muzyczny (głównie koncertu z Paryża) jak i zatrudnieni w niej muzycy (może nie lepsi od Hugh Hoppera, ale przeciętnemu słuchaczowi zdecydowanie bardziej znani) wywindowali ten projekt znacznie powyżej Yamashtowej średniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za uzupełnienie, a recenzja "Live from Paris" też się pojawi ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.