22 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)



Rory Gallagher, jeden z najwspanialszych gitarzystów bluesrockowych, jest dziś postacią niemal całkiem zapomnianą.  Nie stał się legendą na miarę chociażby Jimiego Hendrixa, choć w latach siedemdziesiątych odnosił naprawdę spore sukcesy. W 1971 roku w rankingu opiniotwórczego brytyjskiego magazynu Melody Marker został wybrany Międzynarodowym Muzykiem Roku, wyprzedzając między innymi samego Erica Claptona (który w tamtym czasie uznawany był za najlepszego gitarzystę rockowego i bluesowego). Kilka lat później, w połowie dekady Gallagher został zaproszony przez muzyków The Rolling Stones na kasting mający wyłowić nowego gitarzystę solowego grupy. Zespół był podobno zachwycony, ale Rory wolał kontynuować karierę solową. Co ciekawe, w tym samym czasie muzycy Deep Purple, z którymi właśnie rozstał się Ritchie Blackmore, również rozważali zaproponowanie stanowiska gitarzysty Rory'emu.

Pochodzący z Cork muzyk karierę zaczynał w zespole o nazwie Taste. W pierwotnym składzie towarzyszyli mu basista Eric Kitteringham i perkusista Norman Damery, których szybko zastąpili Richard McCracken i John Wilson. Porywające występy tria na żywo, a także blues rockowy materiał zawarty na debiutanckim albumie "Taste" (1969), zapewniły im tytuł "nowego Cream". Większe ambicje zespołu pokazał drugi album, "On the Boards" (1970), na którym słyszalne są nie tylko wpływy bluesa, ale także folku i jazzu. Niestety, zespół rozpadł się niedługo później. Oficjalnie z powodu złego zarządzania, przez które muzycy nie odnosili żadnych zysków, mimo licznych koncertów. Nieoficjalnie z powodu zbyt "gwiazdorskiego" zachowania Gallaghera na scenie - tak przynajmniej twierdził John Wilson (obecnie zresztą koncertujący z nowym wcieleniem Taste, bez innych muzyków współtworzących grupę w latach sześćdziesiątych).

Rory nie poddawał się i postanowił kontynuować karierę, już pod własnym nazwiskiem. Pozostało tylko znaleźć nowych muzyków. Odbył kilka prób z Noelem Reddingiem i Mitchem Mitchellem - słynną sekcją rytmiczną The Jimi Hendrix Experience - ale ostatecznie wybrał dwóch nieznanych muzyków z Irlandii Północnej - basistę Gerry'ego McAvoya i perkusistę Wilgara Campbella. W tym składzie został nagrany solowy debiut Gallaghera. To bez żadnych wątpliwości jedno z największych osiągnięć irlandzkiego muzyka. Właśnie ten album, najlepiej z całej jego dyskografii, pokazuje wszechstronność Gallaghera, który swobodnie czerpie tutaj z różnych gatunków muzycznych. Ponadto, to bardzo szczery album, bez przesadnego kombinowania, zarejestrowany prawie na żywo. Na szczęście, nie słychać tu jeszcze - jak na wielu późniejszych albumach - niechęci Rory'ego do spędzania czasu w studiu (muzyk uważał, że tylko na koncertach potrafi osiągnąć właściwą energię, a do studia wchodził wyłącznie z powodu zobowiązań kontraktowych).

Całość rozpoczyna "Laundromat" - chwytliwy utwór o ciężkim hard rockowym brzmieniu, oparty na charakterystycznym, bardzo nośnym bluesowym riffie. Jednak już w drugim na trackliście "Just the Smile" następuje drastyczna zmiana klimatu - kompozycja opiera się na brzmieniach akustycznych, wyraźnie słyszalna jest inspiracja folkiem. Od dźwięków gitary akustycznej rozpoczyna się także "I Fall Apart", ale tym razem mamy do czynienia z bardziej rozbudowaną kompozycją, w której powoli budowane napięcie prowadzi do intensywnej, natchnionej końcówki. Utwór przyciąga uwagę już od pierwszych sekund wspaniałą, przepiękną melodią i fantastycznymi partiami gitary. To jeden z najlepszych utworów Rory'ego i chyba najbardziej poruszający. "Wave Myself Goodbye" to kolejna zmiana klimatu - akustyczny blues z bardziej mówioną, niż śpiewaną, partią wokalną i partią pianina w nowoorleańskim stylu. Za ten ostatni element odpowiada zaproszony na sesję gość, Vincent Crane z grupy Atomic Rooster.

"Hands Up" i "Sinner Boy" to pełen energii, bluesowo zabarwiony hard rock, ze świetnymi partiami gitarowymi (drugi z tych utworów powstał jeszcze w czasach Taste i był wykonywany przez zespół na koncertach, ale nie doczekał się wersji studyjnej). W balladowym "For the Last Time" znów rewelacyjnie budowane jest napięcie, a elektryzującym popisom Rory'ego towarzyszy wyrazista i dość ciężka gra sekcji rytmicznej. Dwa kolejne utwory to powrót do akustycznego brzmienia. "It's You" zdradza wpływ muzyki country, jednak jest naprawdę przyjemny i łatwo wpada w ucho. Akustyczny blues "I'm Not Suprised", znów nagrany z pomocą Crane'a, również posiada całkiem przyjemną melodię. Kolejną perłą jest natomiast finałowy "Can't Believe It's True", wyróżniający się bardziej jazzową rytmiką i partiami saksofonu w wykonaniu samego Gallaghera. Poradził sobie naprawdę wyśmienicie. Można wręcz stwierdzić, że saksofonistą był niemal tak samo dobrym, jak gitarzystą.

Solowy debiut Rory'ego Gallaghera to naprawdę wspaniały album, zachwycający różnorodnością, doskonałymi kompozycjami i rewelacyjnym dokonaniem. Longplay podniósł poprzeczkę naprawdę wysoko. I chociaż Rory nagrał później jeszcze wiele rewelacyjnych albumów, to jednak poziom tego wydawnictwa nie został już nigdy przez niego osiągnięty. Praktycznie nie ma tutaj słabych punktów. Każdy utwór czymś zachwyca, a mimo stylistycznego zróżnicowania, wszystko idealnie tu do siebie pasuje. To najprawdziwsze arcydzieło, któremu z czystym sumieniem wystawiam maksymalną ocenę.

Ocena: 10/10

PS. Kompaktowe reedycje albumu zawierają dwa bonusowe utwory: covery "Gypsy Woman" Muddy'ego Watersa i "It Takes Time" Otisa Rusha. Oba bliskie oryginałów, ale warte poznania ze względu na porywające solówki Gallaghera.



Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)

1. Laundromat; 2. Just the Smile; 3. I Fall Apart; 4. Wave Myself Goodbye; 5. Hands Up; 6. Sinner Boy; 7. For the Last Time; 8. It's You; 9. I'm Not Surprised; 10. Can't Believe It's True

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, saksofon i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Wilgar Campbell - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Vincent Crane - pianino (4,9)
Producent: Rory Gallagher


18 komentarzy:

  1. Może nie dałbym tej płycie maksymalnej oceny, ale to naprawdę fantastyczna muzyka. Nie przepadam za akustycznym bluesem, ale tutaj te utwory są po prostu piękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie przepadałem za akustycznym bluesem, ale w końcu się do niego przekonałem. Jeśli nie wyłącznie dzięki temu albumowi, to przynajmniej w znacznym stopniu dzięki niemu.

      Usuń
  2. Muzyka Rory`ego jest doskonałym pomostem między hard rockiem a bluesem. U mnie właśnie tak było, że blues rocka polubiłem właśnie dzięki jego płytom. Uważam nawet, że w muzyce Gallaghera jest więcej blues rocka i samego bluesa niż w Led Zeppelin. Być może wyda się to kontrowersyjne ale bardziej lubię Gallaghera niż Page`a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można się spierać, czy Gallagher był lepszym gitarzystą od Page'a (wg mnie był), ale bez wątpienia miał więcej muzycznych talentów - dobrze śpiewał, potrafił świetnie grać na innych instrumentach (np. saksofonie) i był fantastycznym kompozytorem, który nigdy nikogo nie plagiatował.

      Led Zeppelin szybko od bluesa odeszli. Tymczasem u Rory'ego ten bluesowy pierwiastek zawsze jest słyszalny, nawet na tych najbardziej hardrockowych albumach (od "Calling Card" do "Top Priority").

      Usuń
  3. Pełna zgoda, tylko że ja napisałem że bardziej lubię Gallaghera od Page'a a nie że jest od niego lepszy. Notabene uważam że jest lepszy :) Natomiast Gallagher był znakomitym kompozytorem czego o gitarzyście Led Zeppelin raczej powiedzieć nie można bo wszystkie dzieła tworzył wspólnie z kolegami z zespołu i bez nich nie udało mu się nic dobrego nagrać. Oczywiście poza Coverdale/Page, ale to też wspólne dzieło dwóch słynnych muzyków. Nie sądze aby Rory miał takie wsparcie kompozytorskie od swoich kolegów z zespołu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby była jasność - Page pewnie zmieściłby się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych gitarzystów. A kompozytorem też był dobrym. Wiele utworów LZ jest podpisanych wyłącznie nazwiskami Page/Plant, przy czym Plant odpowiadał wyłącznie za teksty. Można oczywiście zarzucać Jimmy'emu, że często zrzynał od innych, ale trzeba przyznać, że jego wersje są znacznie lepsze od oryginalnych.

      Usuń
  4. Kupiłem wczoraj tą płytę i teraz twierdzę że nie trzeba słuchać Bonamassy jeżeli jest Gallagher. Ta płyta ma podobny bluesowo-subtelny klimat co płyty Joe tylko że w lepszym wykonaniu. Oczywiście nie odbieram Bonamassie umiejętności gry na gitarze ale Bonamassa to epigon i to nie tylko Gallaghera.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej, wpadłem tylko podziękować. Słucham tak sobie dzisiaj najpierw debiutu, potem "Deuce", jaram sie strasznie, nachodzi mnie myśl "I pomyśleć, że dopiero w zeszłym roku, raptem parę miesięcy temu, usłyszałem tego gościa świadomie po raz pierwszy", a następnie druga "Zaraz, a jak ja go właściwie namierzyłem...?"

    Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowite. W nowym numerze Teraz Rocka jest 14-stronicowa wkładka o Gallagherze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe jak to spieprzyli. Krytykując "Irish Tour '74" i wynosząc na piedestał te bardziej hardrockowe albumy? Obawiam się, że to możliwe.

      Usuń
    2. Nie no, nie bądź takim fatalistą. Najpierw trzeba spojrzeć a potem ocenić. Może nie jest tak źle. A i tak to że dali tyle stron o Gallagherze to i tak jak na nich to już i tak za wiele.

      Usuń
    3. Ja po prostu długo ich czytałem i na tej podstawie spodziewam się tam nudnego tekstu w stylu Wikipedii + mini-opisów dyskografii ("recenzji"), w których połowa miejsca jest zmarnowana na fragmenty tekstów piosenek. Mam numer z wkładką o King Crimson, gdzie zjechane zostały koncertówki za improwizacje od których bolą zęby, a z kolei jakieś prostackie granie często dostaje tam maksymalną ocenę.

      Usuń
  7. No może. Nie wiem. Mi się jakoś nigdy nie zdarzyło czytać Tylko Rocka czy Teraz Rocka. Z resztą nigdy się nie lubowałem w czytaniu muzycznych czasopism. Trochę na przełomie lat 80/90 z powodu że nie było internetu jeszcze to wtedy czytałem Metal Hammer i Thrash'em All bo to było jedyne źródło wiedzy o płytach metalowych ale Tylko Rock jakoś nigdy nie wpadł mi w ręce.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie specjalnie lubię taki rodzaj muzyki, ale czy można przejść obojętnie obok takiej recenzji?
    10/10 robi wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja też nie jestem wielkim fanem blues rocka, ale dwa dni temu przeglądając tego bloga, postanowiłem sprawdzić muzykę, i nie żałuję. Na razie słuchałem debiutu i poszczególnych utworów z różnych płyt. Kurde, fajowe granie, i wokal też fajny. Takie ,,I Fall Apart'', zarąbiście melodyjne ,,Easy Come, Easy Go'', jazzujący ,,Can't Believe It's True'', który od razu skojarzył mi się z Don't Make Me Cry Tonton Macoute, ,,I'm Not Awake Yet'', bardzo przyjemne "A Million Miles Away".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc, to i mnie przeszła już dawno faza na takie granie. Tzn. w ogóle nie mam ochoty na poznawanie nowych albumów w tym stylu (nie sądzę, by cokolwiek było mnie w stanie tam zaskoczyć i/lub zachwycić) i nie mam najmniejszej chęci wracać do większości tych, które już znam. Natomiast jest sporo albumów, które wciąż bardzo cenię, naprawdę lubię i czasem z przyjemnością sobie je odświeżam. Mianowicie:

      The Allman Brothers Band - The Allman Brothers Band (1969)
      The Allman Brothers Band - At Fillmore East (1971)
      Blind Faith - Blind Faith (1969)
      The Butterfield Blues Band - East-West (1966)
      Cream - Wheels of Fire (1968)
      Jeff Beck Group - Truth (1968)
      John Mayall with Eric Clapton - Blues Breakers (1966)
      John Mayall - The Turning Point (1969)
      Keef Hartley Band - Halfbreed (1969)
      Quicksilver Messenger Service - Happy Trails (1969)
      Rory Gallagher - Rory Gallagher (1971)
      Rory Gallagher - Deuce (1972)
      Rory Gallagher - Irish Tour '74 (1974)

      Jak widać, Gallagher wciąż trzyma się mocno na liście moich faworytów ;)

      Na dalszych miejscach mógłbym pewnie umieścić jeszcze inne albumy tych samych wykonawców plus jakieś wydawnictwa Fleetwood Mac, Free, Groundhogs czy Ten Years After - ale do nich chęć wracania jest już mniejsza i nie robiłem tego od naprawdę dawna.

      Usuń
    2. Oczywiście, tę pierwszą listę mógłbym jeszcze poszerzyć o Hendrixa, debiut Black Sabbath i wczesny Led Zeppelin, jednak nie zrobiłem tego, bo ci wykonawcy są na ogół utożsamiani raczej z innymi stylami. Choć z drugiej strony, wśród tych wymienionych jedynym stricte bluesrockowym albumem jest "Blues Breakers". Wszystkie pozostałe wykraczają poza ten styl... i chyba właśnie za to je tak cenię.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".