30 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)



Na "The Broadsword and the Beast" Anderson i spółka kontynuują swoje eksperymenty z muzyką elektroniczną, które dominowały na poprzednim w dyskografii "A", ale tym razem chętniej nawiązują do swojej wcześniejszej twórczości (nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że ten album od początku miał być sygnowany przez Jethro Tull, podczas gdy poprzednik był nagrywany jako solowe dzieło Andersona). Tym samym longplay stanowi całkiem udany pomost pomiędzy albumami zespołu z lat 70., a tymi z kolejnej dekady.

Rezultat połączenia tych dwóch muzycznych światów słychać już w otwierającym całość "Beastie", łączącym nowoczesną (jak na 1982 rok) elektronikę z zadziornymi partiami gitar. Fuzja brzmień syntezatorów i "żywych" instrumentów ciekawiej wyszła jednak w "Clasp" i "Fallen on Hard Times", w których za sprawą wykorzystania fletu i mandoliny pojawia się charakterystyczny dla grupy folkowy klimat. Przy okazji oba wyróżniają się dobrymi melodiami. "Flying Colours" rozpoczyna się balladowym wstępem, opartym wyłącznie na akompaniamencie pianina, po chwili jednak nabiera dynamiki - hardrockowe partie gitar i wyrazista gra sekcji rytmicznej znów uzupełniane są elektroniką, jednak podobnie jak w poprzednich utworach nie odbiera na rockowego charakteru. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy ładna ballada "Slow Marching Band", w której w ogóle nie użyto syntezatorów.

"Broadsword" dla odmiany opiera się głównie na brzmieniach elektronicznych, chociaż nie brakuje tu mocnej perkusji i gitarowych wstawek. "Pussy Willow" to kolejna ballada, w której znów dominują "prawdziwe" instrumenty, z bezprogowym basem na czele i brzmieniem gitary Martina Barre'a, które kojarzy się z Dire Straits. "Watching Me, Watching You" to z kolei najbardziej kontrowersyjny fragment albumu, w którym na pierwszy plan wysuwa się bardzo eksperymentalna elektronika o tanecznym charakterze. W tym jednym utworze zespół posunął się odrobinę za daleko. Nawet na poprzednim albumie nie było tak koszmarnego kawałka. Na szczęście więcej takich wpadek tu nie ma. "Seal Driver" to jeszcze jedna udana ballada (mimo że bardziej syntezatorowa od dwóch poprzednich). Całość zamyka natomiast zgrabna folkowa miniaturka "Cheerio", czarująca szkockim klimatem.

O ile na poprzednim albumie było zdecydowanie za mało charakterystycznego dla grupy klimatu (a gdy już się pojawiał, to często sprawiał wrażenie wymuszonego), tak tutaj udało się wkomponować go w brzmienie lat 80. "The Broadsword and the Beast" to najbardziej udany album Jethro Tull z tej dekady, aczkolwiek daleko mu do największych dokonań grupy.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)

1. Beastie; 2. Clasp; 3. Fallen on Hard Times; 4. Flying Colours; 5. Slow Marching Band; 6. Broadsword; 7. Pussy Willow; 8. Watching Me, Watching You; 9. Seal Driver; 10. Cheerio

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i syntezator; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass i mandolina; Gerry Conway - perkusja i instr. perkusyjne; Peter Vettese - instr. klawiszowe
Producent: Paul Samwell-Smith


1 komentarz:

  1. Jest to naprawdę bardzo udana płyta. Owszem brzmi bardzo "ejtisowo" i czasami razi zbytni patos w niektórych utworach ale ogólnie słucha się tego dobrze. Ciekawie wypadają wstawki folkowe nawiązujące do dawnego Jethro Tull. Trochę jednak jest ich mało, chciało by się więcej. Urzekają ładne melodie i piękne ballady. Niestety brakuje na tym albumie utworu wybijającego się na tle innych. Może jest nim Seal Driver? Tylko niepotrzebnie kończy się wyciszeniem, kiedy w tle zaczyna w końcu fajnie grać flet. Zresztą wyciszenia to prawdziwa zmora tej płyty.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.