16 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)



"Band of Gypsys" to album wyjątkowy z wielu powodów. Pierwszy wydany pod samym nazwiskiem Hendrixa, nagrany bez dotychczasowej sekcji rytmicznej, pierwszy zarejestrowany na żywo, a zarazem ostatni, jaki ukazał się za jego życia. Wydany został właściwie z przymusu, z powodu kontraktu, który gitarzysta podpisał w 1965 roku z niejakim Edem Chalpinem, gdy pracował jako muzyk sesyjny. Muzyk zupełnie o nim zapomniał, przez co nie został - w przeciwieństwie do innych z tamtego okresu - odkupiony przez Chasa Chandlera, gdy ten odkrył Hendrixa i stworzył grupę Experience. Chaplin przypomniał o kontrakcie pod koniec lat 60. - aby się z niego wywiązać, Jimi musiał nagrać nowy album z premierowym materiałem. Muzyk nie miał jednak zamiaru poświęcać na tego zbyt wiele czasu, dlatego dostarczył Chaplinowi nagrania dokonane podczas koncertów. Były to debiutanckie występy jego nowego zespołu, Band of Gypsys, w skład którego wchodzili także basista Billy Cox i  perkusista Buddy Miles. Grupa wystąpiła w nowojorskim Fillmore East, dając po dwa występy 31 grudnia 1969 roku i 1 stycznia 1970. Fragmenty z drugiego dnia wypełniają album "Band of Gypsys" (sygnowany nazwiskiem Hendrixa z powodu kontraktu).

Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, ponieważ wszystkie prezentują się podobnie: nie ma tu żadnych ballad, postawiono na stricte czadowy repertuar, z czarnoskórą sekcją rytmiczną Cox/Miles zapewniającą mocny, funkowy podkład pod ekscytujące popisy Hendrixa. Obaj grają bardzo gęsto, w przeciwieństwie do białej sekcji Experience - i jest to zmiana zdecydowanie na plus. Najprościej można określić zawartą tutaj muzykę jako hard rock oparty na funkowo bujających rytmach ("Who Knows", "Power of Soul", "Message to Love", "We Gotta Live Together"), chociaż czasem bliżej jest do typowego blues rocka ("Machine Gun"), a czasem robi się niemal soulowo ("Changes"). Wszystkie utwory wypadają bardzo dobrze, jeśli jednak koniecznie musiałbym jakieś wyróżnić, to w pierwszej kolejności byłby to "Machine Gun", w którym są najdłuższe i najbardziej porywające solówki, a także ciekawe imitowanie dźwięku karabinu maszynowego przez perkusję (utwór, jak przystało na czas powstania, ma antywojenną wymowę). Drugim utworem, zasługującym na szczególne wyróżnienie, jest "Power of Soul", z fantastycznym gitarowym riffem i rewelacyjnie pulsującym basem.

Sporą różnorodność albumu zapewnia jego warstwa wokalna. Buddy Miles pełni rolę głównego wokalisty w dwóch utworach swojego autorstwa ("Changes" i "We Gotta Live Together"), wspomaga także Hendrixa we wszystkich jego kompozycjach (a w "Who Knows" i "Machine Gun" nawet samodzielnie śpiewa spore fragmenty). Głosy obu muzyków znacząco się różnią: Miles śpiewa znacznie wyżej i bardziej soulowo; chociaż Hendrix też świetnie sobie radzi wokalnie w takim bardziej - w porównaniu z twórczością Experience - afroamerykańskim graniu.

Mam wrażenie, że to właśnie album "Band of Gypsys" jest esencją Hendrixa jako muzyka. Że dopiero tutaj pokazał na co naprawdę go stać. Na albumach "Are You Experienced" i "Axis: Bold as Love" był ograniczany przez producenta, który dbał o to, aby każdy utwór zachowywał radiowy format; natomiast na wyprodukowanym samodzielnie "Electric Ladyland" Jimi nie zdołał oprzeć się pokusom, jakie dawała praca w studiu, i po prostu przesadził z różnymi eksperymentami. Tymczasem "Band of Gypsys" zawiera muzykę szczerą i nieograniczoną niczym, poza limitem czasowym płyty winylowej (szkoda, że nie zdecydowano się na album dwupłytowy). Na koniec jeszcze raz pochwalić muszę sekcję rytmiczną, dzięki której całość nabrała fantastycznej dynamiki.

Ocena: 9/10



Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)

1. Who Knows; 2. Machine Gun; 3. Changes; 4. Power of Soul; 5. Message to Love; 6. We Gotta Live Together

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Buddy Miles - wokal i perkusja; Billy Cox - bass
Producent: Jimi Hendrix


3 komentarze:

  1. Doskonała koncertówka. Jimi wspina się na wyżyny swych umiejętności. Najbardziej lubię chyba nr 4. Oceniam 10/10.
    Jeszcze pytanko. Czy zainteresowało by Cię zrecenzowanie kiedyś płyt Bruca Springsteena? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Power of Soul" to także mój ulubiony utwór z tego albumu ;)

      A co do pytania, odpowiem jak na inne dotyczące sugestii recenzji - może kiedyś. W chwili obecnej nie mam ochoty na poznawanie dyskografii Springsteena. Nie wykluczam, że kiedyś przesłucham jakiś album, a potem może kolejne. Co byś polecił na start?

      Usuń
    2. Na start poleciłbym Born to Run. Poprzednie płyty zbierały pozytywne recenzje, ale właśnie ten krążek zrobił z niego gwiazdę :).

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.