8 grudnia 2014

[Recenzja] Royal Blood - "Royal Blood" (2014)



Jeżeli młody zespół wychwalany jest m.in. przez Jimmy'ego Page'a, a wielu recenzentów nazywa jego album "debiutem roku" lub nawet "płytą roku", to... To jeszcze nie koniecznie znaczy, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Niemniej jednak warto sprawdzić, co wywołuje takie emocje. A wywołuje je brytyjski duet o pretensjonalnej nazwie Royal Blood. Duet? Aby osiągnąć pełne rockowe brzmienie potrzebna jest przynajmniej trójka muzyków (gitarzysta, basista i perkusista), chociaż zdarzały się już - szczególnie w ostatnich latach - rockowe składy okrojone zaledwie do dwóch muzyków, żeby wymienić tylko The White Stripes czy The Black Keys. W obu przypadkach zespół składa(ł) się z śpiewającego gitarzysty i perkusistki/ty. Royal Blood zmieniają ten schemat, zastępując śpiewającego gitarzystę śpiewającym basistą.

Zespół składający się z samej sekcji rytmicznej na pozór wydaje się czymś niesamowicie oryginalnym, a wręcz nieprawdopodobnym (nawet jeśli już pod koniec lat 60. Jack Bruce w nagraniach Cream pokazał, że gitara basowa może być wykorzystana jako instrument solowy i melodyczny). W tym wypadku jest to jednak tylko trik, mający wzbudzić zainteresowanie wokół duetu. Mike Kerr równie dobrze mógłby grać na gitarze, bowiem brzmienie jego basu jest tak zmodyfikowane, że praktycznie nie można go odróżnić od brzmienia gitary elektrycznej. A zatem mamy tu do czynienia nie tyle z oryginalnością, co grubymi nićmi szytym chwytem marketingowym. A trzeba przyznać, że o promocję Royal Blood ktoś naprawdę dba. Jeszcze zanim muzycy cokolwiek wydali, perkusista Arctic Monkeys ubrał na koncert koszulkę z ich logo - w ten sposób popyt na produkt wytworzył się jeszcze zanim trafił on do sprzedaży.

Niech będzie jasne - nie potępiam Royal Blood za to, że próbują zwrócić na siebie uwagę w ten sposób. Każdy początkujący zespół musi zadbać o promocję. Nawet sukcesy grup w rodzaju The Beatles czy Led Zeppelin były częściowo zasługą menadżerów. Ale w tych akurat przykładach, zwracanie na siebie uwagi szło w parze z talentem muzyków. Jak natomiast wygląda ten aspekt u Royal Blood? W tym miejscu pora przejść w końcu do meritum, czyli opisać debiutancki longplay duetu. Rozpoczyna się od bardzo gęstego, potężnie brzmiącego "Out of the Black" - aż trudno uwierzyć, że gra tu tylko dwóch muzyków. Z drugiej strony, w studiu można zrobić wszystko - ciekawe czy na żywo są w stanie odtworzyć takie brzmienie? Stylistycznie najbliżej chyba do wspomnianego już The White Stripes - nawet wokal Mike'a Kerra brzmi łudząco podobnie do Jacka White'a, ale - na szczęście - mniej płaczliwie. Brzmieniowo jest jednak znacznie ciężej.

"Out of the Black" to całkiem niezłe otwarcie, jednak już kolejne utwory uświadamiają jak bardzo ograniczające jest granie w tak minimalistycznym składzie. "Come on Over", "Figure It Out", "You Can Be So Cruel" czy "Little Monsters" - to wszystko fajne, bardzo energetyczne i melodyjne kawałki, ale też wszystkie opierają się praktycznie na tych samych patentach, więc mimo tego, że całość trwa niewiele ponad pół godziny, w pewnym momencie zaczyna nużyć. Zaczyna też brakować gitarzysty, który tu i ówdzie pododawałby jakieś solówki. Najbardziej wyróżniającym się utworem jest "Blood Hands", który rozpoczyna się nieco wolniej i łagodniej, by powoli nabierać na intensywności. Wciąż jednak brzmi to jak The White Stripes z podkręconym wzmacniaczem, bez solówek i gęściej grającym perkusistą.

Jak na album nagrany w tak okrojonym składzie i przy użyciu zaledwie dwóch instrumentów, "Royal Blood" jest naprawdę zaskakująco udanym wydawnictwem. Tylko, że gdyby grało na nim więcej muzyków i szersze było instrumentarium, mógłby być o wiele, wiele lepszy. Zastanawiam się jak potoczą się dalsze losy duetu. W takim składzie ciężko im będzie czymkolwiek zaskoczyć na kolejnych albumach, raczej są skazani na wieczne nagrywanie - wzorem AC/DC - tej samej płyty pod różnymi tytułami. Jak długo ludzie będą chcieli to kupować? Z drugiej strony, jeśli poszerzą skład lub samo instrumentarium - stracą wszystko, co odróżnia ich od setek podobnie grających grup.

Ocena: 6/10



Royal Blood - "Royal Blood" (2014)

1. Out of the Black; 2. Come on Over; 3. Figure It Out; 4. You Can Be So Cruel; 5. Blood Hands; 6. Little Monster; 7. Loose Change; 8. Careless; 9. Ten Tonne Skeleton; 10. Better Strangers

Skład: Mike Kerr - wokal i bass; Ben Thatcher - perkusja
Producent: Tom Dalgety, Mike Kerr, Ben Thatcher


5 komentarzy:

  1. Tak jest, ja sama niejednokrotnie nazywałam płytę Royal Blood debiutem roku i na dniach napiszę w końcu swoją recenzję. Płyta ma świetne, gęste brzmienie, jest mocna, ostra i rytmiczna. Czyli teoretycznie zawiera w sobie wszystkie składowe świetnego krążka. Jednak mam trochę mieszane uczucia. Po pierwsze (niestety) jedną z zalet płyty jest to, że trwa zaledwie pół godziny. Obawiam się, że gdyby była chociaż 10 minut dłuższa, znudziłaby mi się. Pewnie doskonale wiesz, co mam na myśli. ;-) Kolejna obawa dotyczy tego, o czym piszesz - bardzo bym nie chciała, żeby kolejne płyty duetu były łudząco podobne do tej. Póki co staram się być dobrej myśli - naprawdę liczę, że po tak udanym debiucie chłopaki nie zawiodą. Pożyjemy, zobaczymy. ;-) W każdym bądź razie ode mnie dostaną trochę wyższą notę. Pozdro!

    OdpowiedzUsuń
  2. Według mnie to jedna z wielu sezonowych sensacji - Brytyjczycy i brytyjska prasa muzyczna akurat są w tym mistrzami (w ostatnich latach chyba tylko Arctic Monkeys złamało schemat). :P Ale to solidna płyta, dałbym tą samą ocenę, choć gdyby nie "Out of the Black" i "Little Monster" to byłoby gorzej. Tak w ogóle to bardziej to bardziej mi się te utwory kojarzą z Rage Against the Machine niż White Stripes czy Black Keys, przez "skaczące" riffy i wykrzykiwane refreny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Straszne zamieszanie zrobiło się wokół Royal Blood! Page przemówił i wiele magazynów branżowych - również polskich - łyknęło przynętę. Ciekawe czy to takie dobre, czy takie jak opisał autor recenzji? Sceptycznie podchodzę do Royal Blood jako sensacji dekady, ale jeszcze nie słyszałem nawet jednego numeru więc mój sceptycyzm jest totalnie nieuzasadniony. W każdym razie debiut roku to Blues Pills :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Próbowałem osobiście dać temu krążkowi szansę, a staram się zawsze rzetelnie przesłuchać płytkę, żeby nie umknęło mi ani jedno solo, ani jedno zagranie. Niestety, w tym przypadku, jak dobrze ująłeś, jest strasznie monotematyczna, i zwyczajnie nuży. "Out In The Black" - bardzo mocny punkt, i właściwie jedyny godny uwagi na tej płytce, choć ujął mnie również "Ten Tonne Skeleton". Osobiście dałem płytce 2/10.

    OdpowiedzUsuń
  5. Po pierwszym przesłuchaniu debiut Royal Blood zrobił na mnie niezłe wrażenie, jednak później dostrzegłem coraz więcej niedoskonałości. Obaj muzycy nie są zbyt dobrymi kompozytorami - większość kawałków opiera się na prostych, uparcie powtarzanych riffach, mam wrażenie, że nawet przy użyciu tak wąskiego instrumentarium dałoby się stworzyć coś bardziej rozbudowanego. Wszystkie te wady zostały uwypuklone na ich najnowszym albumie, na którego słuchanie szkoda tracić czasu. W mojej opinii, spośród radiowych grup, które troszeczkę wykraczają poza ramy mdłego indie rocka (choć w ich muzyce słychać sporo naleciałości z tego stylu), prezentują wyższy poziom niż White Stripes, Queens of the Stone Age (choć trzeba przyznać, że "Burn The Witch" nie jest najgorszy), czy też od wspomnianych w tekście Arctic Monkeys ("Arabella" to jakaś karykatura klasycznego hard rocka). Według mnie nie dorównują Black Keys z pierwszych 2-3 albumów, czy Wolfmotherowi (których każdy kolejny album niestety jest coraz gorszy).

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.