21 listopada 2014

[Recenzja] Blind Faith - "Blind Faith" (1969)



Wkrótce po rozpadzie Cream, dwie trzecie tego składu - Eric Clapton i Ginger Baker - postanowiło stworzyć kolejną "supergrupę", w miejsce Jacka Bruce'a zapraszając wokalistę / klawiszowca Steve'a Winwooda (z zespołu Traffic) i basistę Rica Grecha (ex-Family). Nowy skład przybrał nazwę Blind Faith i... okazał się jeszcze bardziej efemerycznym przedsięwzięciem niż Cream - drogi muzyków rozeszły się po około pół roku wspólnego grania. Przez ten czas zdążyli jednak zagrać wiele koncertów (jeden z nich, z londyńskiego Hyde Parku, został sfilmowany i po latach ukazał się na DVD), a także zarejestrować i wydać jeden album studyjny. Longplay, (nie)zatytułowany "Blind Faith", ukazał się w sierpniu 1969 i stał się - podobnie jak wcześniej albumy Cream - kamieniem milowym w rozwoju blues rocka i hard rocka. Jego zawartość to właściwie kontynuacja tego, co Clapton i Baker tworzyli przez poprzednie trzy lata. Nie można jednak lekceważyć wpływu Winwooda i Grecha. To dzięki nim muzyka Blind Faith jest o wiele bogatsza pod względem aranżacyjnym, niż dokonania Cream - instrumentarium zostało poszerzone o klawisze i skrzypce. 

Album rozpoczyna się od dwóch kompozycji Winwooda, "Had to Cry Today" i "Can't Find My Way Home". Pierwsza z nich to ponad ośmiominutowy popis muzyków, w którym mocniejsze fragmenty, z hard rockowym riffowaniem i ostrymi, rozbudowanymi solówkami Claptona, przeplatają się z bardziej subtelnymi refrenami. W 1969 roku taki utwór musiał być czymś naprawdę zaskakującym, a i współcześnie robi wrażenie - taka muzyka ani trochę się nie zestarzała. "Can't Find My Way Home" to już utwór o bardziej piosenkowej strukturze, oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej, przez co bliżej mu do twórczości Traffic niż Cream. Prostsze granie dominuje także w "Well All Right" - jedynej tutaj cudzej kompozycji, pochodzącej z repertuaru Buddy'ego Holy'ego. W porównaniu z oryginałem jest znacznie bogatsza brzmieniowo, ale niestety równie banalna. Chociaż... Po zasadniczej części utworu następuje jeszcze krótka koda, o nieco jazz rockowym charakterze. Naprawdę świetna rzecz - szkoda, że nie została rozwinięta w pełnoprawny utwór.

Pierwszą stronę albumu kończy jedyny utwór Blind Faith autorstwa Claptona, "Presence of the Lord". To prawdopodobnie najwspanialszy fragment tego longplaya. Utrzymany w podniosłym nastroju, z początku raczej łagodny, oparty na brzmieniu organów, podpartych wyrazistą grą sekcji rytmicznej, ale nagle przełamany wejściem ostrej partii gitary - Clapton gra tutaj jedną ze swoich najbardziej porywających solówek. Druga strona longplaya to już tylko wisienka na torcie. "Sea of Joy", kolejna kompozycja Winwooda, to kolejny bardziej piosenkowy kawałek, w którym smaczkiem jest partia skrzypiec. A całości dopełnia ponad piętnastominutowy jam "Do What You Like", którego autorstwo przypisane zostało Bakerowi, i który w sporej części składa się z jego perkusyjnej solówki - jednak pozostali muzycy również dostają sporo miejsca do popisu. "Do What You Like" to świetna fuzja jazzu, bluesa i rocka, podana w mocno psychodelicznym klimacie.

Nie wszystkie utwory nagrane przez zespół trafiły na album. Pozostałe znalazły się dopiero na kompaktowej reedycji "Blind Faith" z 2001 roku. Pierwszy dysk, poza sześcioma utworami z oryginalnego albumu, zawiera także pięć dodatkowych kompozycji. Wśród nich dwie wersje - szybką i wolną - bluesowego utworu "Sleeping in the Ground", autorstwa Sama Myersa, a także "elektryczną" wersję "Can't Find My Way Home" (wg mnie ciekawszą od wersji albumowej; wyróżniającą się chociażby świetną gitarową solówką), kolejny piętnastominutowy jam - tym razem o wszystko mówiącym tytule "Acoustic Jam" (niestety, trochę zbyt monotonny), oraz bardzo przyjemną instrumentalną kompozycję "Time Winds", w której każdy instrument - organy, gitara, bass i perkusja - zdają się odgrywać pierwszoplanową rolę. Reedycja zawiera także drugi dysk, a na nim cztery kilkunastominutowe jamy muzyków.

"Blind Faith" to jeden z najważniejszych, ale dziś już nieco zapomnianych, albumów w historii muzyki rockowej, bez którego znajomości nie można uważać się za wielbiciela tego gatunku. Dla każdego powinna to być obowiązkowa "lektura" w muzycznej edukacji.

Ocena: 9/10



Blind Faith - "Blind Faith" (1969)

1. Had to Cry Today; 2. Can't Find My Way Home; 3. Well All Right; 4. Presence of the Lord; 5. Sea of Joy; 6. Do What You Like

Skład: Steve Winwood - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Eric Clapton - gitara, wokal (6); Ric Grech - bass, skrzypce (5), wokal (6); Ginger Baker - perkusja, wokal (6)
Producent: Jimmy Miller


10 komentarzy:

  1. Za tą okładkę powinni pójść siedzieć, ale muzyka genialna :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Taki Cream z lepszym wokalem ;) Oba zespoły dobre.

    OdpowiedzUsuń
  3. Produkcja Blind Faith jest jest nieporównywalnie lepsza niż na wszystkich Creamach. Brzmienie tego albumu to żyleta jak na 69 rok.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie podzielam zachwytów nad tym albumem. Uważam że np. takie Truth Becka jest zdecydowanie lepsze pod każdym względem. Irytuje mnie płaczliwy śpiew Winwooda w Had To Cry Today, chociaż sam kawałek jest świetny. Kolejne dwa numery mnie zupełnie nie przekonują, chociaż końcówka Well All Right robi wrażenie. Sea of Joy jest nawet niezłe ale przy genialnych Presence of the Lord i Do What You Like jest średniakiem. Ponadto nie znoszę w studyjnych kawałkach solówek perkusyjnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, znowu niewłaściwe podejście. Jeżeli nastawiłeś się na stricte bluesrockowe granie w stylu "Truth", to faktycznie mógł Cię przytłoczyć eklektyzm "Blind Faith".

      Gdzie usłyszałeś płaczliwy śpiew Winwooda, to ja nie wiem.

      W "Do What You Like" jest jedna z najbardziej znośnych solówek perkusyjnych, jakie znam. Ginger Baker przynajmniej ma dość talentu, by takie coś grać.

      Usuń
    2. Ja bym powiedział że nie płaczliwy a raczej jęczliwy.

      Usuń
    3. Ani płaczliwy, ani jękliwy. Winwood to wyjątkowo dobry, jak na rockowe standardy, wokalista z ciekawą, trochę murzyńską barwą głosu.

      Usuń
    4. Zgadzam się murzyński a płyta jedna z moich ulubionych. Bez słabego punktu. Rzadko spotyka się płytę nie tylko bardzo dobrą ale tak równą. Nie mniej jednak kolega wyżej ma rację, w pierwszym utworze brzmienie głosu jest płaczliwe.

      Usuń
  5. Po ostatnich dyskusjach na blogu moje nastawienie do tego albumu bylo...neutralne. Uważnie przeczytałem Twoją recenzję i wydaje mi się że nie oczekiwałem mocnego blues rockowego grania. Ale po tych piosenkowych numerach faktycznie spodziewałem się nieco więcej, w mojej ocenie są nijakie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Płyta dobra lecz mam duży niesmak po zobaczeniu tej okładki, samej płycie brakuje tego dynamizmu co ma Cream.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.