3 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Salisbury" (1971)



Drugi album Uriah Heep rozpoczyna rozpędzony, ciężki i bardzo intensywny "Bird of Prey", wyróżniający się także nietypową dla takiej muzyki partią wokalną, która jednak całkiem nieźle tutaj pasuje. Utwór był już wcześniej wydany, na stronie B singla "Gypsy", a także na amerykańskim wydaniu debiutanckiego albumu grupy - dlatego też nie został powtórzy na tamtejszej edycji "Sailsbury". Jego miejsce zajął tam całkiem niezły, ale mniej ekscytujący "Simon the Bullet Freak" (strona B singla "Lady in Black"). To dość wolna kompozycja, początkowo utrzymana w stonowanym nastroju, ale w połowie nabierająca ciężaru. W sumie szkoda, że skończyła jako odrzut, bo na album pasowałaby bardziej niż smętny "The Park", który jako drugi utwór na płycie szybko ostudza emocje wywołane przez "Bird of Prey". Dalej pojawia się kolejny żywszy utwór, "Time to Live". Już sama warstwa muzyczna (hard rock z organami Hammonda) wywołuje oczywiste skojarzenia z Deep Purple, a dochodzi do tego jeszcze partia wokalna Davida Byrona, która miejscami, gdy wokalista porzuca swój rozwibrowany sposób śpiewania na rzecz krzyku, brzmi jakby wykonywał ją Ian Gillan.

Okładka wydania amerykańskiego.
Pierwszą stronę albumu kończy kolejny spokojny utwór, nieco folkowy "Lady in Black". To bardzo prosta kompozycja, oparta praktycznie na dwóch akordach, ale niesamowicie chwytliwa, dzięki czemu stała się jednym z największych przebojów Uriah Heep. Co ciekawe, w nagraniu nie brał udziału David Byron - w roli wokalisty wystąpił tutaj Ken Hensley, mający coraz większy wpływ na zespół (sam skomponował cztery utwory - "The Park", "Lady in Black", "High Priestess" i "Simon the Bullet Freak", jest także współkompozytorem wszystkich pozostałych). Jako wokalista Hensley wystąpił także w "High Priestess", ale to akurat bardzo słaby, banalny utwór, nie wyróżniający się niczym szczególnym. Mieszane uczucia budzi we mnie natomiast tytułowy "Salisbury" - ponad 16-minutowa kompozycja, pełna symfonicznego rozmachu, będącego zasługą 24-osobowej orkiestry, która wzięła udział w jego nagrywaniu. Wyszło z tego bardzo pretensjonalne połączenie rocka progresywnego, hard rocka i muzyki orkiestrowej. Jest tu kilka niezłych momentów granych przez zespół (szkoda, że przeważnie słyszalnych za ścianą niekoniecznie pasujących do nich partii orkiestry), ale całość wypada bardzo naiwnie. Muzycy byli wtedy po prostu zbyt niedoświadczeni, by nagrać dzieło, jakie sobie wymarzyli.

Album "Salisbury" jest równie niespójny, co jego poprzednik, "...Very 'Eavy ...Very 'Umble". Każdy utwór utrzymany jest w innym stylu i niestety także na różnym poziomie. Obok dobrych i bardzo dobrych utworów ("Bird of Prey", "Time to Live", "Lady in Black") trafiają się wypełniacze ("The Park", "High Priestess"), a największy cień na całość rzuca utwór tytułowy, będący przykładem przerostu ambicji nad umiejętnościami. Mimo wszystko, po latach album się broni, jak zresztą (prawie) wszystko z tamtej epoki.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Salisbury" (1971)

1. Bird of Prey; 2. The Park; 3. Time to Live; 4. Lady in Black; 5. High Priestess; 6. Salisbury

Skład: David Byron - wokal (1-3,6); Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (4,5), dodatkowy wokal; Paul Newton - bass i dodatkowy wokal; Keith Baker - perkusja
Gościnnie: John Fiddy - aranżacja instr. smyczkowych (6)
Producent: Gerry Bron


3 komentarze:

  1. Aż sobie odświeżyłem po latach ;)

    Zasadniczo zgadzam się z tym, co napisałeś, chociaż może dałbym trochę niższą notę. Najwięcej refleksji nachodzi mnie kiedy słucham suity tytułowej. Niewątpliwie jest to przerost formy nad treścią, co świadczy o Jurajach tym gorzej, że sam pomysł na formę był niezły i - co bardzo rzadkie w wypadku łączenia rocka i muzyki klasycznej - możliwy do wykonania, po prostu Uriah Heep nawet na to okazali się za słabi. Główną inspiracją był tutaj prawdopodobnie (na moje ucho) "Concierto de Aranjuez" Joaquina Rodrigo, a więc dzieło jak na klasykę dość proste i oszczędne - nie żaden Beethoven, nie Wagner i nie Prokofiew. Sądzę, że lepszy zespół potrafiłby ten temat udźwignąć. Druga główna inspiracja to według mnie Colosseum - i tutaj również Uriasz nie potrafił sprostać zadaniu, te jazzujące motywy są znacznie, znacznie gorsze od prawdopodobnego pierwowzoru, rozmyte, wydłużone, zagrane bez werwy i bez pomysłu. Niby jest to miła muzyka, ale kiedy człowiek dokładnie się przysłucha okazuje się, że zespół przez 15 minut leży z odsłoniętym podbrzuszem. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie cieszy taki merytoryczny komentarz, będący świetnym uzupełnieniem do mojej recenzji. W znajomości muzyki klasycznej mam spore braki, dlatego nie umiałbym wskazać podobieństw do twórczości konkretnego kompozytora. Pozdrawiam! ;)

      Usuń
  2. Ale jest zespół który udźwignął połączenie rocka z orkiestrą symfoniczną. Nazywa się Procol Harum i chodzi o koncertówkę z Edmonton symphony orchestra. Nikt chyba lepiej nie połączył klasyki i rocka jak oni. Bo nie ma co się równać Metallica z orkestra,Scorpions czy nawet Deep Purple z tym co zrobili Brooker i spółka. Polecam posłuchania anonimowi i autorowi bloga tej plyty z 72 roku. Nie ma pretensjonalnego ani przesłodzonego brzmienia mimo obecności symfoników.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.