10 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Outsider" (2014)



Z muzyków występujących w Uriah Heep w latach 70. pozostał tylko Mick Box. Z obecnego składu najdłużej, bo od 1989 roku i albumu "Raging Silence", towarzyszą mu wokalista Bernie Shaw i klawiszowiec Phil Lanzon. Znacznie krótszy staż ma sekcja rytmiczna: perkusista Russell Gilbrook zajął miejsce Lee Kerslake'a w 2007 roku, natomiast basista Davey Rimmer dopiero w 2013 roku zastąpił chorego na raka Trevora Boldera (zmarłego niedługo później) i "Outsider" jest pierwszym albumem nagranym z jego udziałem. Odświeżenie składu nie wpłynęło jednak na muzykę zespołu, który trzyma się tutaj stylu wypracowanego na albumie "Sonic Origami" z 1998 roku i kontynuowanego później na albumach "Wake the Sleeper" (2008) i "Into the Wild" (2011) - a zatem dalekiego od plastikowych koszmarków, którymi różne składy Uriah Heep raczyły słuchaczy od połowy lat 70. do połowy lat 90. (szczególnie tragiczne były zaś propozycje z lat 80., wpisujące się w tandetny klimat tamtej dekady). Bliższego natomiast najwcześniejszych dokonań Uriah Heep, którym grupa zawdzięcza miano jednego z głównych prekursorów heavy metalu.

Nie znaczy to oczywiście, że Uriah Heep A.D. 2014 gra tak samo, jak w latach 1970-73. Do przeszłości należą już wpływy rocka progresywnego (nawet jeśli okładka "Outsider" sugeruje coś innego) i innych stylów. Zawartość longplaya to granie stricte hard rockowe. Bardziej gitarowe niż na początku lat 70., kiedy to partie gitar często były wycofywane w miksie i chowane pod grubą warstwą klawiszy. Oczywiście i tutaj nie brakuje klasycznego brzmienia organów Hammonda, ale przeważnie są one tylko tłem dla popisów Micka Boxa i mocnej gry sekcji rytmicznej (bardzo dobrze słychać gitarę basową). Czasem tylko pojawia się jakaś krótka solówka na organach ("Looking at You", "Say Goodbye"). Organowy jest także wstęp pierwszego utworu, "Speed of Sound". Jednak już po chwili na pierwszy plan wychodzi gitara. Sam utwór świetnie sprawdza się na otwarcie: mocne brzmienie, dość szybkie tempo i chwytliwa melodia. Przyznaję jednak, że nie bardzo odpowiada mi barwa głosu Berniego Shawa, przypominająca głos Blaze'a Bayleya, najsłabszego wokalistę Iron Maiden. Może i Shaw nie męczy się przy śpiewaniu tak, jak Bayley, i nie ma tego wrażenia, że zaraz straci głos, ale po prostu jego śpiew nie brzmi zbyt przyjemnie.

Singlowy "One Minute" rozpoczyna się spokojnie, tylko pianino i wokal. Początkowo bałem się, że to będzie to kolejna przesłodzona ballada, którymi zespół straszył już w swoich "złotych" latach. Na szczęście to tylko zmyłka i już po minucie utwór całkowicie zmienia klimat - okazuje się kolejnym przebojowym kawałkiem w stylu "Speed of Sound". Dalej pojawiają się trzy szybsze, ale również bardzo melodyjne utwory: "The Law" (napędzany świetną partią basu), "The Outsider" (tu z kolei mamy popis perkusisty), oraz "Rock the Foundation" (zepsuty banalnym refrenem). Muzycy zwalniają tempo w "Is Anybody Gonna Help Me?" - jedynym fragmencie, w którym organy zdecydowanie dominują nad gitarą, chociaż momentami pojawia się też całkiem ciężki riff Boxa. W "Looking at You" znów dominuje szybkie tempo i gitarowe brzmienie; sam utwór jest jednak najmniej ciekawy na płycie: prosta, banalna piosenka,bez niczego godnego uwagi. "Can't Take That Away" i "Jessie" przypominają o tym, jak wielki wpływ na Uriah Heep miała kiedyś (i najwidoczniej ma dalej) grupa Deep Purple. Jednak muzycy Deep Purple już chyba zapomnieli jak tworzyć takie energetyczne kawałki... "Kiss the Rainbow" to kolejny spokojniejszy - ale nie balladowy - fragment albumu. Lekko nużący, ale znośny. Świetny jest natomiast finałowy "Say Goodbye", oparty na mocnym riffie, ale niepozbawiony wyraźnego brzmienia organów i gitary basowej. Pod względem muzycznym jest to jeden z najbardziej zapadających w pamięć utworów na albumie.

"Outsider" udowadnia, że mimo ponad czterdziestu lat na scenie, 24 albumów na koncie i mocno przetrzebionego składu, można nagrać album nieprzynoszący wstydu, utrzymany niemal na tym samym poziomie, co największe dokonania sprzed lat. Czerpiący z dawnych dokonań, ale brzmiący świeżo. Oczywiście nie ma tu niczego odkrywczego i mało prawdopodobne, żeby album przyniósł grupie nową publiczność. Ale wszyscy fani "starego" Uriah Heep i/lub trzech poprzednich longplayów powinni być zachwyceni.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Outsider" (2014)

1. Speed of Sound; 2. One Minute; 3. The Law; 4. The Outsider; 5. Rock the Foundation; 6. Is Anybody Gonna Help Me?; 7. Looking at You; 8. Can't Take That Away; 9. Jessie; 10. Kiss the Rainbow; 11. Say Goodbye

Skład: Bernie Shaw - wokal; Mick Box - gitara; Phil Lanzon - instr. klawiszowe; Dave Rimmer - bass; Russell Gilbrook - perkusja
Producent: Mike Paxman


3 komentarze:

  1. Drogi Pawle,

    Oczywiście prawdą jest, że UH maiło kilka słabych albumów na swoim koncie i że akurat wyszły w latach '80... ale że tak od razu skreślasz całą tę epokę? Wszak to w latach '80 najwięcej było najzdolniejszych gitarzystów, to wtedy powstały najlepsze solówki, o jakich dzisiejsi wioślarze mogą tylko pomarzyć. Także statystycznie więcej było dobrych wokalistów. A co do Berniego, to bliżej mu do Iana Gillana niż do Bayleya.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, czy w latach 80. było najwięcej dobrych gitarzystów, jest kwestią subiektywną. Nie mogę się z tym zgodzić, większość moich ulubionych gitarzystów zaczynała karierę we wczesnych latach 70. ;) I bynajmniej nie skreślam całych lat 80.! Chodziło mi o to, że taka plastikowa tandeta dominowała wówczas w mediach i wiele zespołów niestety poszło w takim kierunku (np. Queen na "Hot Space", Judas Priest na "Turbo"/"Ram It Down", Whitesnake na "1987", Scorpions na "Savage Amusement"). Ale wciąż powstawało wtedy wiele bardzo dobrej muzyki. Dla metalu była to najlepsza dekada (pojawienie się NWOBHM i thrash metalu), wciąż dobrze miał się hard rock (np. Black Sabbath wydał kilka świetnych albumów, a Deep Purple wrócili po latach genialnym "Perfect Strangers"), tylko dla rocka progresywnego nie była to dobra dekada.

      A co do ostatniego zdania, to Gillana lepiej podrabiał David Byron ;) Shaw też próbuje to robić, ale ma za niski głos, przez co jednak bardziej przypomina mi Blaze'a Bayleya.

      Usuń
  2. Bardzo przyjemna płyta. Naprawdę bardzo dobre energetyczne i melodyjne granie. Chociaż bardziej podobają mi się dwa poprzednie albumy Wake the Sleeper i Into the Wild. Niemniej jednak cieszy, że Uriah Heep wciąż potrafią tworzyć szybkie hard rockowe kawałki, czego np. w przypadku moich ukochanych Deep Purple od wielu lat doświadczyć nie można. Ileż to lat musiało minąć, żeby grupa Micka Boxa w końcu systematycznie mogła nagrywać dobre płyty. Myślę że na obecną, bardzo dobrą zresztą sytuację zespół sobie w pełni zasłużył. Na pewno lata 80 nie należały do udanych w ich karierze i dopiero po dołączeniu Berniego Shaw`a coś się zaczęło zmieniać. Uważam że to dzięki niemu Uriah Heep jest dziś w tym miejscu, że chyba każdy szanujący się fan rocka potrafi docenić ich obecną twórczość. Zupełnie nie zgadzam się z Pawłem w kwestii porównania Berniego do Blaze Bayleya. Podstawowa różnica miedzy nimi jest taka że Shaw potrafi dobrze śpiewać a Bayley potrafi dobrze mruczeć. Owszem, Shaw nie jest wokalistą pokroju Gillana czy Coverdale`a ale reprezentuje naprawdę dobry poziom. Wystarczy posłuchać kilku płyt koncertowych zespołu aby przekonać się, że jest rasowym rockowym krzykaczem, który momentami potrafi zaśpiewać dość wysoko. Dlatego zupełnie nie rozumiem skąd to porównanie z Blazem. Może Paweł nie słyszał koncertowych płyt Uriah Heep z jego udziałem? Jest co posłuchać, bo zespół wydał tego naprawdę sporo. Trzeba przy tym dodać, że grupa na koncertach prezentuje się wyśmienicie. Polecam. Nie mogę zgodzić się również z komentarzem Anonimowego, który uważa że w latach 80 było najwięcej zdolnych gitarzystów. Ciekawe kogo ma na myśli kolega? Czy w tej dekadzie pojawił się ktoś wybitniejszy niż Blackmore, Iommi, May, Gilmour, Schenker, Gallagher czy Tipton? Czy powstały wspanialsze solówki niż te spod palców tych mistrzów? Może jakieś przykłady? Ponadto ciekawe co oznacza, że w latach 80 statystycznie było więcej dobrych wokalistów? Skąd te statystyki kolega posiada? Jedynym wybitnym wokalistą z tamtych lat, który w tej chwili przychodzi mi na myśl to oczywiście Bruce Dickinson? Ktoś jeszcze był wtedy lepszy od Gillana, Coverdale`a, Mercury`ego, Dio czy Bonetta? W mojej ocenie nie, ale może kogoś pominąłem. Chętnie podyskutuje na ten temat. Na koniec nie zgodzę się ponownie z Pawłem, który twierdzi, że lata 80 nie były udane dla rocka progresywnego. Przypominam, że najwybitniejsze płyty Marillion z Fishem pochodzą właśnie z tej dekady. Camel nagrało w tym czasie dwie doskonałe płyty, na pewno jedne z ich najlepszych : Nude i Stationary Traveller a i Single Factor też było całkiem udane. No i oczywiście Eloy, grupa która tradycyjnie nagrywała fantastyczne krążki: Colours (`80), Planets(`81) czy Time to Turn(`82). To tyle, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.