9 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "High and Mighty" (1976)



Na początku 1975 roku doszło do kolejnej zmiany składu zespołu. Niezdolny do gry z powodu uzależnienia od narkotyków Gary Thain został wyrzucony (i niedługo później zmarł z powodu przedawkowania), a na jego miejsce przyjęto Johna Wettona - wokalistę i basistę znanego przede wszystkim z grupy King Crimson, z którą nagrał trzy albumy: "Larks' Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red", będące jednymi z największych osiągnięć muzyki rockowej. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o pierwszym albumie Uriah Heep, w którego nagrywaniu brał udział - "Return to Fantasy" (1975). Najgorszym w dotychczasowej dyskografii zespołu, zdominowanym przez banalne melodie i kiczowate brzmienie syntezatorów; całkowicie zaś pozbawionym elementów hard rocka i rocka progresywnego. Paradoksalnie, także najpopularniejszym - doszedł do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii.

Sukcesu "Return to Fantasy" nie powtórzył jego następca, "High and Mighty". Album odrobinę lepszy, chociaż też nie pozbawiony wad. Sam początek sprawia naprawdę dobre wrażenie. "One Way or Another" - oparty na bardzo uwypuklonej w miksie linii basu, z gitarowo-hammondowym tłem, oraz wokalnym duetem Wettona i Kena Hensleya - to jeden z najlepszych otwieraczy w dyskografii Uriah Heep. Chwytliwy, ale bez popadania w komercyjny banał i dość mocny brzmieniowo. Mógłby się jednak kończyć nieco wcześniej, bo ostatnia minuta z kuriozalnymi chórkami tylko psuje ogólne wrażenie. Poziom trzyma jeszcze ballada "Weep in Silence", z nieco bluesowymi solówkami Micka Boxa, organowym tłem i mocną grą sekcji rytmicznej.

Dalej jednak jest coraz gorzej. "Misty Eyes", "Midnight", "Can't Keep a Good Band Down" i "Woman of the World" to banalne pioseneczki w stylu poprzedniego albumu. Dalej pojawia się nużący, w połowie akustyczny "Footprints in the Snow", tandetny "Can't Stop Singing" i sztampową, lekko zaostrzoną wersję rock and rolla - "Make a Little Love". Całość kończy - a jakże! - ballada. Tak delikatna, że aż kiczowata "Confession". Na szczęście trwająca niewiele ponad dwie minuty. Chociaż to i tak bez wielkiego znaczenia, bo album ten najlepiej wyłączyć zaraz po "Weep in Silence". Lub w ogóle po niego nie sięgać. Wyjdzie na jedno - i tak niewiele pozostaje po nim w pamięci.

Ocena: 4/10

PS. John Wetton odszedł z Uriah Heep niedługo po wydaniu "High and Mighty", a jego miejsce zajął Trevor Bolder. Kilka lat później Wetton przewinął się przez grupę Wishbone Ash, w której... także został zastąpiony przez Boldera.

PS2. Na powyższej recenzji kończę opisywanie niepremierowych albumów Uriah Heep. Z zespołu kolejno odchodzili/byli wyrzucani tak ważni muzycy, jak David Byron, Ken Hensley i Lee Kerslake, w rezultacie czego kolejne wydawnictwa sygnowane nazwą zespołu miały coraz mniej wspólnego z jego wczesnymi dokonaniami. A ich poziom jest porównywalny raczej z "Wonderworld", "Return to Fantasy" i "High and Mighty", niż bardziej udanymi albumami, jak "Look at Yourself" lub "Demons and Wizards".



Uriah Heep - "High and Mighty" (1976)

1. One Way or Another; 2. Weep in Silence; 3. Misty Eyes; 4. Midnight; 5. Can't Keep a Good Band Down; 6. Woman of the World; 7. Footprints in the Snow; 8. Can't Stop Singing; 9. Make a Little Love; 10. Confession

Skład: David Byron - wokal (2-10); Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; John Wetton - bass, wokal (1); Lee Kerslake - perkusja
Producent: Gerry Bron


4 komentarze:

  1. Pozwolę sobie odnieść się do komentarza zawartego w PS2. Otóż z następnych składów Uriah Heep warto wyróżnić ten z Johnem Lawtonem na wokalu. Płyta Firefly jest bardzo ciekawa i zawiera jeden z moich ulubionych otworów zespołu: Sympathy. Poza tym Lawton jest znakomitym wokalistą co potwierdza na doskonałym albumie koncertowym Live in Europe 79. Zespół też wtedy grał z ogromna energią. Jeżeli mowa o premierowych płytach zespołu to dlaczego Pawle nie podjąłeś się recenzji albumów z ostatnich lat, czyli: Wake The Sleeper z 2008 i Into the Wild z 2011. Szczególnie polecam ten pierwszy, który moim zdaniem jest najlepszy w karierze zespołu. Naprawdę jest to kawał fantastycznego hard rocka! Koniecznie trzeba też poznać krążek Sonic Origami z 1998 r., który moim zdaniem również należy do czołowych płyt zespołu ale był też powrotem grupy do grania porządnej i energetycznej muzy godnej legendy Uriah Heep.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oba te albumy ukazały się przed powstaniem tego bloga. "Premierowy" album to taki, który recenzuje się w okolicach jego premiery.

      Usuń
  2. A ja mam wrażenie że ten blog istniał od zawsze :-) Czy zatem jest szansa aby recenzje tych albumów się ukazały? Wiem że masz w zwyczaju recenzowanie płyt chronologicznie i nie wracasz do wcześniejszych wydawnictw. Ale uważam że warto! P.S. Wiem co to znaczy recenzować album premierowy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle ciekawych rzeczy czeka do zrecenzowania i przesłuchania, że nie chce mi się wracać do Uriah Heep ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.