31 października 2014

[Recenzja] Cream - "Wheels of Fire" (1968)



Dwupłytowy "Wheels of Fire" to album definiujący Cream. Poza udanym zestawem nowych utworów, wypełniających pierwszą płytę, mamy tutaj jeszcze drugą, zawierającą cztery utwory zarejestrowane na żywo - to właśnie w nich muzycy w pełni pokazują na co ich stać, bez żadnych kompromisów z producentem lub przedstawicielami wytwórni, którym zależało tylko na sprzedaniu jak największej ilości płyt. Jednakże wielki sukces (zwłaszcza w Stanach) singla "Sunshine of Your Love" - promującego poprzedni album tria, "Disraeli Gears" - sprawił, że muzycy dostali więcej swobody również w studiu. I to słychać na studyjnej części "Wheels of Fire". Zespół już nie był zmuszany do nagrywania popowych piosenek, ani do łagodniejszych aranżacji. Mogli nagrać co im tylko przyszło do głowy, eksperymentować do woli.

"In the Studio"

Na studyjną płytę złożyły się cztery kompozycje Jacka Bruce'a z tekstami Pete'a Browna ("White Room", "As You Said", "Politician", "Deserted Cities of the Heart") i trzy skomponowane przez Gingera Bakera z jazzowym pianistą Mikem Taylorem ("Passing the Time", "Pressed Rat and Warthog", "Those Were the Days"). Eric Clapton ograniczył się do zaproponowania dwóch bluesowych standardów: "Sitting on Top of the World" grupy Mississippi Sheiks (ale w oparciu na późniejszej aranżacji Howlin' Wolfa) oraz "Born Under a Bad Sign" z repertuaru Alberta Kinga.

Jest wśród nich kilka naprawdę wyśmienitych utworów. Przede wszystkim singlowy "White Room". Bardzo wyrafinowany, w porównaniu z wcześniejszą twórczością grupy, z bardzo poetyckim tekstem, genialną grą wszystkich muzyków i fantastyczną melodią. Najprawdziwsze arcydzieło, prawdopodobnie najdoskonalszy utwór w dorobku grupy (a może nawet przewyższający całą post-creamową twórczość Bruce'a, Claptona i Bakera). Innym genialnym fragmentem albumu jest "Politician", oparty na ciekawym, monotonnym riffie (prawdopodobnie stąd muzycy Led Zeppelin wzięli pomysł na "Kashmir"), ze świetnymi solówkami. Świetny jest też finałowy "Deserted Cities of the Heart", bardzo dynamicznie zagrany na gitarze akustycznej (oczywiście z solidnym wsparciem sekcji rytmicznej i ostrą solówką na "elektryku"). Bardzo dobrze wypadają oba covery, które zachowując swój bluesowy charakter, nabrały hard rockowej mocy (szczególnie "Born Under a Bad Sign"). Nie można nie wspomnieć o bardzo melodyjnym "Those Were the Days", w którym mocna gra sekcji rytmicznej i hard rockowe riffu Claptona zostały ciekawie wzbogacone dzwonkami.

Pozostałe utwory pokazują bardziej eksperymentalne oblicze grupy. Największe wrażenie robi "Passing the Time" - podniosły wstęp przechodzi w łagodną zwrotkę opartą na akompaniamencie smyczków, w tle słychać dzwonki... Sielski nastrój zostaje nagle przerwany surowym, hard rockowym refrenem, aby na koniec znów wróciła łagodność. Dzisiaj takie kontrasty nie są niczym zaskakującym, ale w 1968 roku niewiele było takich utworów. Zupełnie nie przekonują mnie natomiast "As You Said" i "Pressed Rat and Warthog". Pierwszy to dość nużący utwór oparty wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej i smyczków (być może właśnie stąd muzycy Led Zeppelin wzięli pomysł na swoje akustyczne, folkowe utwory); kawałek trwa ponad cztery minuty, a prawie nic się w nim nie dzieje. "Pressed Rat and Warthog" jest bardziej ciekawy pod względem muzycznym, ale tak samo nużący przez monotonną recytację Gingera Bakera, która pojawia się tutaj zamiast "normalnej" partii wokalnej. Te dwa słabsze utwory nie wpływają jednak znacząco na poziom całości.

"Live at the Fillmore"

Z myślą o koncertowym albumie zarejestrowano sześć występów grupy, w dniach 7-10 marca 1968 w San Francisco. Wbrew tytułowi płyty, znalazł się na niej tylko jeden utwór ("Toad") zarejestrowany w słynnej sali koncertowej The Fillmore (obecnie znanej jako The Fillmore West). Trzy pozostałe pochodzą z występów w Winterland Ballroom. To jednak tylko nieistotny szczegół. Liczy się przecież tylko zawarta tu muzyka. A ta jest po prostu magiczna. Szczególnie pierwsza strona, z coverami "Crossroads" Roberta Johnsona i "Spoonful" Williego Dixona. Pierwszy został zagrany dość zwięźle, nie przekracza pięciu minut, za to drugi został znacznie rozbudowany, do ponad szesnastu minut - to prawdziwa uczta dla wielbicieli koncertowych improwizacji. Oba utwory zostały jednak zagrane niesamowicie żywiołowo, a zarazem z ogromną wirtuozerią. Potwierdzają, że pod koniec lat 60. to właśnie ta trójka muzyków była największymi mistrzami swoich instrumentów. Nie ma sensu opisywać tego, co się w nich dzieje - tego trzeba posłuchać! Napięcie spada trochę w siedmiominutowym "Traintime", który jest głównie popisem Jacka Bruce'a na harmonijce. Nie jest to jednak instrument z którego można wiele wydobyć, dlatego utwór szybko zaczyna nudzić. Ale na koniec czeka jeszcze "Toad" czyli trwająca blisko kwadrans solówka perkusyjna Gingera Bakera. Chyba nikt nigdy nie zbliżył się do grania na tym instrumencie na takim poziomie.

W niektórych krajach "Wheels of Fire" został wydany także (lub tylko) jako dwa osobne albumy - "Wheels of Fire (In the Studio)" i "Wheels of Fire (Live at the Fillmore)" - dlatego teoretycznie mógłbym je ocenić osobno. Oba jednak zasługują na taką samą ocenę.

Ocena: 10/10



Cream - "Wheels of Fire" (1968)

LP1 ("In the Studio"): 1. White Room; 2. Sitting on Top of the World; 3. Passing the Time; 4. As You Said; 5. Pressed Rat and Warthog; 6. Politician; 7. Those Were the Days; 8. Born Under a Bad Sign; 9. Deserted Cities of the Heart
LP2 ("Live at the Fillmore"): 1. Crossroads; 2. Spoonful; 3. Traintime; 4. Toad

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, gitara, harmonijka, wiolonczela; Eric Clapton - wokal, gitara; Ginger Baker - perkusja, instr. perkusyjne, wokal (LP1:5)
Gościnnie: Felix Pappalardi - altówka, organy, trąbka, dzwonki, flet
Producent: Felix Pappalardi


24 komentarze:

  1. Jeden z najsłynniejszych zespołów rockowych stworzony przez dwóch jazzmanów i bluesmana ;)

    Jak dla mnie jedynym niezbyt interesującym momentem tego albumu jest długaśne solo perkusyjne w Toad. kawałki które wymieniłeś jako słabsze podobają mi się tak samo jak wszystkie inne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem wielbicielem solówek perkusyjnych, przeważnie strasznie mnie nudzą - wyjątkiem są właśnie solówki Gingera Bakera ;) Chociaż trochę bardziej przemawia do mnie krótsza wersja "Toad", ta z "Fresh Cream".

      Usuń
  2. Może wyjdę na profana... Ale przy pierwszym przesłuchaniu album mnie zmęczył i znużył. Szczególnie długie improwizacje na koncertówce. Może wynikało to z faktu, że znałem wcześniej tylko znakomity "White Room" i spodziewałem się, że cała płyta będzie w podobnym stylu. Przy drugim przesłuchaniu, kiedy wiedziałem, czego się spodziewać, było już zdecydowanie lepiej. Na pewno trzeba wczuć się we wszystkie "smaczki" i słuchać płyty z odpowiednim nastawieniem. Jest moim zdaniem trudniejsza w odbiorze niż "Disreali Gears". I na pewno trzeba "czuć bluesa" ;) Jeśli komuś "Wheels of Fire" kojarzy się tylko z utworem Manowara o tej nazwie, to Creamu raczej nie polecam, a przynjamniej nie od razu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchaczom Manowar to na początek poleciłbym wizytę u laryngologa ;) A bardziej poważnie, to trochę przeraża mnie, że dla kogoś, kto słucha rocka, Cream może być "za trudny". To jest najniższy poziom trudności z muzyki, której warto słuchać.

      Usuń
    2. Bardziej chodziło mi o bluesowy klimat, w który trzeba się wczuć i który nie każdemu słuchaczowi rocka może "leżeć".

      Usuń
    3. Rock wywodzi się (m.in.) z bluesa, więc nie powinno to być problemem. Choć w sumie ta muzyka z czasem coraz bardziej odchodziła od swoich korzeni, nabierając bardziej własnego charakteru. I tylko na tym traciła. Im czystszy rock, tym większy syf.

      Usuń
  3. Jemu chodzi o te typowe i charakterystyzne zagrywki bluesowe czyli melodykę. Mi np. ona nie podchodzi i z takich bluesowych brzmień to mam tlko Fillmore Allmanów i Live - Colosseum. The Cream doceniam ale dla mnie oprócz tych bluesowych zagrywek przeszkadza ta łagodność. Cream jest dla mnie za grzeczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś przykładem, jak strasznie słuchanie metalu krzywdzi słuchaczy (to w nawiązaniu do niedawnej dyskusji). Cholera, dobrze, że ja nigdy nie ograniczałem się do samego metalu i nie brnąłem daleko w to gówno (w sensie: słuchałem góra kilkunastu przedstawicieli), bo teraz mogę się cieszyć całym bogactwem tej wartościowszej muzyki, nie narzekając, że tu są jakieś bluesowe zagrywki, tam za lekkie brzmienie, a jeszcze gdzie indziej jakieś flety i klawisze. A poza tym nie rozumiem, jak Cream może wydawać się za lekki (w studiu może i byli nieco wygładzeni, choć na tle ogółu muzyki i tak brzmieli ciężko, a na koncertach ostro dawali czadu) i w ogóle dlaczego łagodne brzmienie miałoby być wadą. Wręcz przeciwnie - to ciężki brzmienie jest dla muzyków ograniczeniem, nie pozwala im na jakieś ciekawsze eksperymenty.

      Usuń
  4. Nie o to chodzi. Właśnie kupiłem Rory Gallaghera - Irish Tour i tam słychać pasję w graniu. W Cream tego nie słychać. Nie chodzi o ciężar tylko o ekspresję. Z Gallaghera wychodzi ogień a Cream jest bardzo zachowawczy. Być może wychodzą ze mnie jakieś echa dawnego słuchania metalu, jednak teraz przecież słucham proga a mimo to np. w Islands King Crimson słychać ten ogień grania, tą pasję mimo że przecież brzmieniowo nie jest to potęga. W Cream nie chodzi mi o brzmienie ale o styl grania. Takie sobie melodyjki. To kwestia gustu. To że ty lubisz Cream nie oznacza że każdy z nas musi ich lubić. A jak piszę słucham wielu brzmieniowo słabszych wykonawców od Cream a jednak nie o ciężar brzmienia chodzi a o ciężar kompozycji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam problemu z tym, że nie lubisz Cream. Ale to, co twierdzisz o tym zespole, nie jest prawdą. Uparcie porównujesz go z późniejszymi wykonawcami, najpierw z Led Zeppelin, teraz z Gallagherem z płyty o niemal dekadę młodszej. A fakty są takie, że to Cream był pierwszym zespołem, który grał w ten sposób. To nim inspirowali się i Zeppelini, i Gallagher. To Cream wniósł do rocka rozbudowane, energetyczne improwizacje, oparte na wzajemnej współpracy całego zespołu. Właśnie w nagraniach koncertowych doskonale słychać pasję muzyków, ogień, itd. Na studyjnym "Disraeli Gears" tego nie ma, bo jak pisałem pod jego recenzją, był to produkt skrojony przez pracowników wytwórni pod ówczesne stacje radiowe. To producent i inżynierowie dźwięku ugrzecznili zespół, który naprawdę - na koncertach - grał zupełnie inaczej. Zresztą nie był to tylko problem Cream. Studyjne wersje utworów z "Irish Tour '74" Gallaghera też są dużo bardziej zachowawcze, pozbawione tej potężnej dawki energii i pasji. Po prostu taka muzyka najlepiej wypada na żywo. Potwierdzają to nagrania Cream, Gallaghera, Hendrixa, Allmanów i wielu innych wykonawców. Nielicznym udawało się uzyskać taki efekt w studiu (na pewno Led Zeppelin).

      Jeśli chodzi o brzmienie King Crimson, to dobieram je jako potężniejsze, niż grup hardrockowych. Nakłada się tam na siebie więcej warstw i jest w nim ogromny ładunek emocjonalny.

      Usuń
  5. Ale w sumie główną przyczyną dlaczego nie podchodzi mi Cream to wokal. Niestety tu już mnie nie przekonasz żadnymi argumentami. Jest słaby, bez wyrazu, bez "barwy", bez charyzmy, bez umiejętności. Dużo o wiele lepiej wypada pod tym względem Blind Faith.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wokal jest rzeczywiście najsłabszym ogniwem. I, niestety, na żywo wypadał jeszcze słabiej. Ale:
      1) W wersjach koncertowych jest go stosunkowo niewiele - trochę na początku, trochę na końcu, a w środku dużo świetnego grania instrumentalnego.
      2) Wokal w prawie każdym rockowym zespole jest najsłabszym ogniwem.
      3) Jack Bruce braki wokalne nadrabiał tym, że był fantastycznym basistą. Był prekursorem (obok Johna Entwistle'a z The Who) używania gitary basowej w rocku nie tylko jako instrumentu rytmicznego, ale także melodycznego i solowego. Zaczerpnął to z jazzu, zresztą sam był bardziej jazzmanem, niż rockmanem. Grywał m.in. z Johnem McLauglinem, Tonym Williamsem i Johnem Surmanem, pokazując u ich boku pełnie swoich możliwości. A jednocześnie potrafił stworzyć tak genialny rockowy riff, jak "Sunshine of Your Love".

      Ogólnie, Cream to był zespół trzech rewelacyjnych instrumentalistów. Jego muzyka opierała się (przynajmniej na koncertach) na ich wzajemnej interakcji, idealnym porozumieniu. Dlatego można zrozumieć, że nie chcieli w zespole żadnego dodatkowego wokalisty, który mógłby popsuć tę doskonałą chemię pomiędzy nimi (jako muzykami, bo personalnie Bruce i Baker za sobą nie przepadali). Oczywiście, mogli grać instrumentalnie, co wyszłoby na dobre. Ale pod względem komercyjnym byłoby to samobójstwo.

      Usuń
  6. Ale jak słucham muzyki to interesuje mnie efekt ogólny i podoba mi się albo nie. Cóż mi z tego że był świetnym basistą jak efekt jest ogólny nijaki. W Cream wokal psuje odbiór ogółu. Z tym że najsłabszym ogniwem w zespołach rockowych jest wokal to się nie zgodzę. Popatrz na Led Zeppelin czy Deep Purple gdzie właśnie wokal podciąga ten zespół do góry. Nawet w Black Sabbath gdzie Ozzy nie jest przecież technicznie dobrym wokalistą brzmi tak że efekt ogólny jest świetny. Wracając do wcześniejszej dyskusji sam pisałeś że odrzuca cię w Death wokal. Więc czemu nie słuchasz jeżeli inne walory są w porządku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też obchodzi ogólny efekt. Ale nie uważam żeby nijaki wokal Bruce'a bardzo psuł świetną muzykę zespołu, a już na pewno mnie nie odrzuca.

      Usuń
  7. White Room wiadomo, klasa, ale mógłby być krótszy, to taki rozdęty "Sunshine of Your Love"
    Brzmienie gitary w "Shitting on the top of the World" sprawiło że zaczęła mnie fizycznie boleć głowa. Następne 2 czy 3 kawałki to taki Riverside w wydaniu blues (czyli rozwadnianie bluesa), "Warthog" za to bardzo fajny pod kątem muzycznym, a Reedowska nawijka Bakera w ogóle mu nie zaszkodziła. Podoba mi się też, chyba najbardziej, ekspresyjny "Deserted Cities Of The Heart", pomiędzy znowu bardziej (Politician, The Days) lub mniej (Bad Sign) udane granie w stylu II poł lat 60.

    W sumie nie jest to zła płyta, ale ten ból głowy, no... ta gitara momentami brzmi jak zniekształcona przez loudness war, a dodatkowo pozbawiona niższych częstotliwości.

    nie wiem czy dam od razu wysłuchać drugą płytę z improwizacjami.

    Druga płyta jest lepsza od pierwszej, zdecydowanie, czasem zapędzają się z tą mnogością popisów w jednym kawałku, ale generalnie mi się to podoba. To dobrze wrurzy koncertowej płycie Allmanów. A numer z imitowaniem pociągu na początku - super!

    pierwsza płyta 5/10 -> raczej nie wrócę do całości
    druga płyta 8/10 -> wrócę raczej, ta nieskrępowana wolność improwizacji mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przegiąłeś z tym porównaniem do zespołu na R. Ono by pasowało raczej do Joego Bonamassy, o którym niedawno była dyskusja na Q & A, bo to właśnie on inspirując się zespołami w rodzaju Cream, rozwadniał bardziej to, co oni rozwadniali.

      "Born Under a Bad Sign" to akurat bliska pierwowzoru wersja bluesowego standardu napisanego przez czarnego bluesmana Alberta Kinga. Więcej tu rockowej ekspresji, ale czuć szacunek do oryginału, zachowany jest jego bluesowy duch.

      Może po prostu słuchałeś jakiegoś remastera zrobionego pod współczesne standardy, ze skompresowanym, podgłośnionym brzmieniem.

      Usuń
    2. No dobra, Cream to taki bluesowy Porcupine Tree :P

      Bonamassy nie zamierzam nawet słuchać (co nie znaczy że jest mi zupełnie obcy), co chyba w Q&A wspomniałem. Cream (przynajmniej ten studyjny) niestety jest i za mało bluesowy i za mało rockowy (co byłoby ratunkiem przy małej bluesowości)

      Dobra, trochę pochwaliłem dzień przed zachodem słońca, bo w "Traintime" irytuje mnie ta wokalna wstawka i za dużo plucia w harmonijkę, a solo w Toad - no cóż, mam słabość do solówek perkusyjnych, ale tutaj przez ostatnie 4-5 minut to po prostu już on nie za bardzo ma pomysł co robić dalej. Nie słyszę tu nic nowego. A jak pojawia się szansa na coś nowego to akurat zaczynają się oklaski, wchodzi gitara i całość się kończy :P w ogóle to skąd on miał tyle pary?

      To powinny być dwa różne wydawnictwa. Nie wiem czego słuchałem. To wyraz ignorancji, ale serio. W każdym razie do brzmienia części koncertowej nie mam najmniejszych zastrzeżeń.

      Niby nie słuchałem jeszcze Goodbye, ale jak na razie najlepszym studyjnym wydawnictwem Cream jest dla mnie "Disraeli Gears". A blues rock podoba mi się bardziej w wykonaniu Free - tyle że (przynajmniej na debiucie) tam trochę knajpianie się momentami robi. Ale ze starcia ze studyjną częścią "Wheels of Fire" "Tons of Sobs" wychodzi zdecydowanie zwycięsko.

      Skąd to porównanie tych dwóch płyt? Ano stąd, że dziś wieczorem słuchałem sobie debiutu Free, i w pewnym momencie doszło do mnie, że lepiej bym nie przypisał mu czegoś, co jest zasługą Cream - i że warto w związku z tym posłuchać płytę która ukazuje Cream ze wszystkich stron - i koncertowo i studyjnie.

      Usuń
    3. Wciąż źle. Cream był zespołem nowatorskim, czerpiącym spoza muzyki rockowej (blues + improwizacje i zespołowa interakcja zaczerpnięte z jazzu), a jeśli z niej, to z tego, co akurat się w niej działo (blues rock, psychodelia). Porcupine Tree był natomiast absolutnie wtórnym zespołem, w pierwszych latach działalności grającym dokładnie to samo, co inni grali 20 lat wcześniej, w późniejszych latach mieszając to z nieco nowszymi wpływami, ale wciąż nie robiąc nic nowego.

      Przede wszystkim Cream nie był nigdy zespołem stricte bluesrockowym. To była mieszanka bluesa, wczesnego rocka, psychodelii i wspomnianych wyżej elementów zaczerpniętych z jazzu (Jack Bruce i Ginger Baker byli raczej jazzmanami, niż bluesmanami czy rockmanami). I jest to jednocześnie jeden z najwcześniejszych przykładów hard rocka.

      Mówisz, że masz wrażenie jakbyś słuchał dwóch różnych wydawnictw. I tak jest, bo Cream w studiu i na żywo to były dwa różne zespoły. W studiu zespół był tłamszony przez producenta, na żywo mógł grać to, co naprawdę chciał.

      Zamiast "Goodbye" (to taki wymuszony zbiór nagrań studyjnych i koncertowych) sprawdź lepiej "Live Cream" i "Live Cream Volume II".

      Usuń
    4. To kiepsko, że pomimo, że Bruce i Baker byli jazzmanami to w Cream na pierwszy plan wysuwa się skrzypiąca gitara Craptona i mamroczący wokal (nie drażni mnie, ale nie jest czymś czym Cream może się pochwalić w pierwszej kolejności)

      Może posłucham Live, ale powiem krótko - wczorajsza posiadówka z Cream mnie wymęczyła

      Usuń
    5. Bo przecież Cream nie jest zespołem jazzowym. Jak to mówią: bluesman i dwóch jazzmanów, którzy wymyślili hard rock. Jednak to właśnie to trio było pierwszym rockowym zespołem, gdzie rola sekcji rytmicznej nie ograniczała się do wycofanego akompaniamentu dla wokalu i gitar(y), ale pełniła równoważną rolę; wszystkie instrumenty wchodziły ze sobą w interakcję. Bruce (obok Johna Entwistle'a z The Who) był pionierem używania w rocku gitary basowej nie tylko jako instrumentu rytmicznego, ale także melodycznego i solowego. Inna sprawa, jak to wszystko zostało zmiksowane w studiu. To były czasy raczkującego formatu stereo i inżynierowie dźwięku nie bardzo wiedzieli jak to ugryźć, więc po prostu dawali gitarę w jeden kanał, perkusję i bas w drugi, a wokal pośrodku. Realizacja pozostawia sporo do życzenia, ale samemu zespołowi trudno coś zarzucić. Może się komuś nie podobać, ale doceniać go trzeba. I powinno się dać jego albumom znacznie więcej szans, niż jedno przesłuchanie. Mnie "Wheels of Fire" też nie zachwycił po pierwszym odsłuchu; wróciłem do niego dopiero po paru latach.

      Jack Bruce ma też na koncie bardziej jazzowe dokonania. Jeszcze w czasie istnienia Cream nagrał stricte jazzowy album solowy "Things We Like" z pomocą Johna McLaughlina i muzyków Colosseum. Później dołączył do Tony'ego Williamsa, Johna McLaughlina i Larry'ego Younga w zespole Lifetime i nagrał z nimi super album "(turn it over)", na którym wymieszano hard bop, fusion, psychodelię, hard rock i cholera wie, co jeszcze. Występował też w trio z Johnem Surmanem i Jonem Hisemanem, niestety skład ten nic nie nagrał (zostało po nim parę koncertowych nagrań dostępnych w boksie "Spirit (Live At The BBC 1971-1978)").

      Usuń
    6. "Disraeli Gear" wszedł mi jak posmarowany wazeliną, "Fresh Cream" mimo że dawało się odczuć pewną dziadkowość wykonawczą też mi nie zrobił nic złego, a ta płyta - studyjna część skopana realizacyjnie, ale kompozycyjnie też nie jest super, a w koncertowej czasem za bardzo popuszczali wodzę.

      Live zapewne posłucham, ale najpierw wezmę na warsztat Allmanów i Jimi Hendrixa o którym wspomniałeś.

      Usuń
    7. Ale to jest właśnie świetne, że na koncertach grali w tak nieskrępowany sposób, ograniczeni jedynie własną wyobraźnią. Żaden rockowy wykonawca tego wcześniej nie robił, a później wielu. Ponoć sam Miles Davis był pod wrażeniem koncertowego wcielenia Cream.

      Usuń
    8. Ale ja się nie czepiam jakoś bardzo do koncertowej - tam z prostych kawałków wyciskali maksa, ale czasem przeginali ;) A jeżeli posłucham "Live Cream" to raczej jego drugą część, bardziej podoba mi się setlista

      Ginger Baker mógł spokojnie nawalać w perkusję parę minut krócej - albo zmienić kierunek (w jakiejś połowie 16 minuty zapowiada się na zmianę motywu) a ten kawałek pociągowy - no też przegięte, szczególnie z tą wokalizą.

      A w 1968 można było brzmieć solidnie, właśnie słuchałem Truth Jeffa Becka, jeżeli wierzyć RYM - nagrywał go już w 1966.

      Clapton był najsłabszym punktem Cream.

      Usuń
    9. Na drugim "Live Cream" jest lepsza tracklista, ale mniej improwizowania. Najlepiej potraktować obie jako jeden album. Ja mam takie wydanie - dwie płyty w jednej okładce.

      Baker zagrał chyba jedyne solówki perkusyjne na albumach rockowych, jakich słucham nawet z pewnym zainteresowaniem (ale i tak wolę, jak gra cały zespół). Mam na myśli zarówno "Toad", jak i "Do What You Like" Blind Faith.

      Clapton był w tamtym czasie jednym z najlepszych gitarzystów. Jeszcze lepiej słychać to na "Blues Breakers" Mayalla, ale w Cream też grał super.

      Najsłabszym punktem Cream był Bruce jako wokalista.

      W 1966 roku został nagrany tylko jeden utwór z "Truth" - "Beck's Bolero" (dlatego gra tam niemal zupełnie inny skład). Reszta albumu została zarejestrowana już w 1968 roku.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.