31 października 2014

[Recenzja] Cream - "Wheels of Fire" (1968)



Dwupłytowy "Wheels of Fire" to album definiujący Cream. Poza udanym zestawem nowych utworów, wypełniających pierwszą płytę, mamy tutaj jeszcze drugą, zawierającą cztery utwory zarejestrowane na żywo - to właśnie w nich muzycy w pełni pokazują na co ich stać, bez żadnych kompromisów z producentem lub przedstawicielami wytwórni, którym zależało tylko na sprzedaniu jak największej ilości płyt. Jednakże wielki sukces (zwłaszcza w Stanach) singla "Sunshine of Your Love" - promującego poprzedni album tria, "Disraeli Gears" - sprawił, że muzycy dostali więcej swobody również w studiu. I to słychać na studyjnej części "Wheels of Fire". Zespół już nie był zmuszany do nagrywania popowych piosenek, ani do łagodniejszych aranżacji. Mogli nagrać co im tylko przyszło do głowy, eksperymentować do woli.

"In the Studio"

Na studyjną płytę złożyły się cztery kompozycje Jacka Bruce'a z tekstami Pete'a Browna ("White Room", "As You Said", "Politician", "Deserted Cities of the Heart") i trzy skomponowane przez Gingera Bakera z jazzowym pianistą Mikem Taylorem ("Passing the Time", "Pressed Rat and Warthog", "Those Were the Days"). Eric Clapton ograniczył się do zaproponowania dwóch bluesowych standardów: "Sitting on Top of the World" grupy Mississippi Sheiks (ale w oparciu na późniejszej aranżacji Howlin' Wolfa) oraz "Born Under a Bad Sign" z repertuaru Alberta Kinga.

Jest wśród nich kilka naprawdę wyśmienitych utworów. Przede wszystkim singlowy "White Room". Bardzo wyrafinowany, w porównaniu z wcześniejszą twórczością grupy, z bardzo poetyckim tekstem, genialną grą wszystkich muzyków i fantastyczną melodią. Najprawdziwsze arcydzieło, prawdopodobnie najdoskonalszy utwór w dorobku grupy (a może nawet przewyższający całą post-creamową twórczość Bruce'a, Claptona i Bakera). Innym genialnym fragmentem albumu jest "Politician", oparty na ciekawym, monotonnym riffie (prawdopodobnie stąd muzycy Led Zeppelin wzięli pomysł na "Kashmir"), ze świetnymi solówkami. Świetny jest też finałowy "Deserted Cities of the Heart", bardzo dynamicznie zagrany na gitarze akustycznej (oczywiście z solidnym wsparciem sekcji rytmicznej i ostrą solówką na "elektryku"). Bardzo dobrze wypadają oba covery, które zachowując swój bluesowy charakter, nabrały hard rockowej mocy (szczególnie "Born Under a Bad Sign"). Nie można nie wspomnieć o bardzo melodyjnym "Those Were the Days", w którym mocna gra sekcji rytmicznej i hard rockowe riffu Claptona zostały ciekawie wzbogacone dzwonkami.

Pozostałe utwory pokazują bardziej eksperymentalne oblicze grupy. Największe wrażenie robi "Passing the Time" - podniosły wstęp przechodzi w łagodną zwrotkę opartą na akompaniamencie smyczków, w tle słychać dzwonki... Sielski nastrój zostaje nagle przerwany surowym, hard rockowym refrenem, aby na koniec znów wróciła łagodność. Dzisiaj takie kontrasty nie są niczym zaskakującym, ale w 1968 roku niewiele było takich utworów. Zupełnie nie przekonują mnie natomiast "As You Said" i "Pressed Rat and Warthog". Pierwszy to dość nużący utwór oparty wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej i smyczków (być może właśnie stąd muzycy Led Zeppelin wzięli pomysł na swoje akustyczne, folkowe utwory); kawałek trwa ponad cztery minuty, a prawie nic się w nim nie dzieje. "Pressed Rat and Warthog" jest bardziej ciekawy pod względem muzycznym, ale tak samo nużący przez monotonną recytację Gingera Bakera, która pojawia się tutaj zamiast "normalnej" partii wokalnej. Te dwa słabsze utwory nie wpływają jednak znacząco na poziom całości.

"Live at the Fillmore"

Z myślą o koncertowym albumie zarejestrowano sześć występów grupy, w dniach 7-10 marca 1968 w San Francisco. Wbrew tytułowi płyty, znalazł się na niej tylko jeden utwór ("Toad") zarejestrowany w słynnej sali koncertowej The Fillmore (obecnie znanej jako The Fillmore West). Trzy pozostałe pochodzą z występów w Winterland Ballroom. To jednak tylko nieistotny szczegół. Liczy się przecież tylko zawarta tu muzyka. A ta jest po prostu magiczna. Szczególnie pierwsza strona, z coverami "Crossroads" Roberta Johnsona i "Spoonful" Williego Dixona. Pierwszy został zagrany dość zwięźle, nie przekracza pięciu minut, za to drugi został znacznie rozbudowany, do ponad szesnastu minut - to prawdziwa uczta dla wielbicieli koncertowych improwizacji. Oba utwory zostały jednak zagrane niesamowicie żywiołowo, a zarazem z ogromną wirtuozerią. Potwierdzają, że pod koniec lat 60. to właśnie ta trójka muzyków była największymi mistrzami swoich instrumentów. Nie ma sensu opisywać tego, co się w nich dzieje - tego trzeba posłuchać! Napięcie spada trochę w siedmiominutowym "Traintime", który jest głównie popisem Jacka Bruce'a na harmonijce. Nie jest to jednak instrument z którego można wiele wydobyć, dlatego utwór szybko zaczyna nudzić. Ale na koniec czeka jeszcze "Toad" czyli trwająca blisko kwadrans solówka perkusyjna Gingera Bakera. Chyba nikt nigdy nie zbliżył się do grania na tym instrumencie na takim poziomie.

W niektórych krajach "Wheels of Fire" został wydany także (lub tylko) jako dwa osobne albumy - "Wheels of Fire (In the Studio)" i "Wheels of Fire (Live at the Fillmore)" - dlatego teoretycznie mógłbym je ocenić osobno. Oba jednak zasługują na taką samą ocenę.

Ocena: 10/10



Cream - "Wheels of Fire" (1968)

LP1 ("In the Studio"): 1. White Room; 2. Sitting on Top of the World; 3. Passing the Time; 4. As You Said; 5. Pressed Rat and Warthog; 6. Politician; 7. Those Were the Days; 8. Born Under a Bad Sign; 9. Deserted Cities of the Heart
LP2 ("Live at the Fillmore"): 1. Crossroads; 2. Spoonful; 3. Traintime; 4. Toad

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, gitara, harmonijka, wiolonczela; Eric Clapton - wokal, gitara; Ginger Baker - perkusja, instr. perkusyjne, wokal (LP1:5)
Gościnnie: Felix Pappalardi - altówka, organy, trąbka, dzwonki, flet
Producent: Felix Pappalardi


6 komentarzy:

  1. Jeden z najsłynniejszych zespołów rockowych stworzony przez dwóch jazzmanów i bluesmana ;)

    Jak dla mnie jedynym niezbyt interesującym momentem tego albumu jest długaśne solo perkusyjne w Toad. kawałki które wymieniłeś jako słabsze podobają mi się tak samo jak wszystkie inne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem wielbicielem solówek perkusyjnych, przeważnie strasznie mnie nudzą - wyjątkiem są właśnie solówki Gingera Bakera ;) Chociaż trochę bardziej przemawia do mnie krótsza wersja "Toad", ta z "Fresh Cream".

      Usuń
  2. Może wyjdę na profana... Ale przy pierwszym przesłuchaniu album mnie zmęczył i znużył. Szczególnie długie improwizacje na koncertówce. Może wynikało to z faktu, że znałem wcześniej tylko znakomity "White Room" i spodziewałem się, że cała płyta będzie w podobnym stylu. Przy drugim przesłuchaniu, kiedy wiedziałem, czego się spodziewać, było już zdecydowanie lepiej. Na pewno trzeba wczuć się we wszystkie "smaczki" i słuchać płyty z odpowiednim nastawieniem. Jest moim zdaniem trudniejsza w odbiorze niż "Disreali Gears". I na pewno trzeba "czuć bluesa" ;) Jeśli komuś "Wheels of Fire" kojarzy się tylko z utworem Manowara o tej nazwie, to Creamu raczej nie polecam, a przynjamniej nie od razu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchaczom Manowar to na początek poleciłbym wizytę u laryngologa ;) A bardziej poważnie, to trochę przeraża mnie, że dla kogoś, kto słucha rocka, Cream może być "za trudny". To jest najniższy poziom trudności z muzyki, której warto słuchać.

      Usuń
    2. Bardziej chodziło mi o bluesowy klimat, w który trzeba się wczuć i który nie każdemu słuchaczowi rocka może "leżeć".

      Usuń
    3. Rock wywodzi się (m.in.) z bluesa, więc nie powinno to być problemem. Choć w sumie ta muzyka z czasem coraz bardziej odchodziła od swoich korzeni, nabierając bardziej własnego charakteru. I tylko na tym traciła. Im czystszy rock, tym większy syf.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.