30 października 2014

[Recenzja] Cream - "Disraeli Gears" (1967)



Już debiutancki album Cream, "Fresh Cream", pokazał, że trio potrafi grać bluesa na swój własny sposób - bardzo żywiołowo, energetycznie. Wydany niespełna rok później "Disraeli Gears" to longplay bardziej dojrzały i zróżnicowany, a ponadto w większym stopniu oparty na autorskim materiale (pod ośmioma z jedenastu utworów widnieją nazwiska muzyków grupy, a większość tekstów napisał Pete Brown). Album jest mniej surowy od debiutu, bardziej dopracowany. Stylistycznie nie odbiega daleko od stworzonego przez zespół blues rocka, ale więcej tutaj wpływów psychodelicznego rocka, który w 1967 roku dominował na muzycznej scenie. Niestety, podobnie jak poprzedni longplay supergrupy, także "Disraeli Gears" jest wynikiem licznych kompromisów z producentem i wytwórnią.

Najlepszym przykładem ingerencji Felixa Pappalardiego jest utwór "Strange Brew". Zespół chciał nagrać przeróbkę bluesowego standardu "Lawdy Mama", opartą na wersji Juniora Wellsai Buddy'ego Guy'a z 1965 roku. Producent, wraz ze swoją żoną Gail Collins, zmienił aranżację, melodię, tekst utworu, zachowując oryginalny riff. I tak z bluesa powstała popowa, nieco beatlesowska piosenka "Strange Brew". Eric Clapton (podpisany obok Pappalardich jako współautor utworu) zgodził się na taką aranżację, pod warunkiem, że będzie mógł zagrać bluesowe solo w stylu Alberta Kinga. Właśnie ta ostra solówka jest najciekawszym momentem utworu. Innym kompromisem, na jaki musiał pójść zespół, było zwiększenie roli Claptona jako wokalisty - przedstawiciele wytwórni uważali bowiem, że Jack Bruce ma za mało bluesowy głos. W rezultacie gitarzysta śpiewa samodzielnie w dwóch utworach - "Strange Brew" i coverze "Outside Woman Blues" Blind Joe Reynoldsa - a w kilku innych dzieli obowiązki wokalne z Brucem.

"Strange Brew", wydany jako pierwszy singiel, stał się jednym z największych przebojów grupy. Znacznie większym sukcesem okazał się jednak "Sunshine of Your Love". Słynny charakterystyczny basowo-gitarowy riff tego utworu i świetna solówka Claptona są nie do przecenienia, jeśli chodzi o ich wpływ na powstanie hard rocka. Ale nie można też zapomnieć o partii perkusji, która znacznie wybiega poza ramy tego stylu - a przede wszystkim poza ówczesne ramy muzyki rockowej. Ginger Baker nie był perkusistą ograniczającym się do grania na 4/4, często - także w tej kompozycji - przemycał do swojej gry afrykańskie rytmy. "Sunshine of Your Love" to jeden z najważniejszych utworów rockowych wszech czasów, absolutna klasyka. Album zawiera jednak kilka równie interesujących kompozycji. Jak świetnie się rozwijający "Tales of Brave Ulysses", który jest jednym z pierwszych przykładów użycia gitarowego efektu wah-wah, nadającego utworowi oryginalnego (oczywiście w chwili premiery albumu) brzmienia. Albo ostry, acidrockowy "SWLABR" (tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" lub  "She Was Like a Bearded Rainbow" - sami autorzy nie są pewni). Albo psychodeliczne, nieco senne "Dance the Night Away", inspirowane twórczością The Byrds. Nie można też zapominać o energetycznej wersji "Outside Woman Blues" - porównując ją z oryginałem słychać, jak wiele muzycy Cream zrobili dla rozwoju muzyki.

Niemniej jednak są na "Disraeli Gears" także słabsze momenty. Jak "World of Pain", napisany dla grupy przez Pappalardich - prosta melodyjna piosenka, z banalnym refrenem; na plus trzeba jednak zaliczyć mocną grę sekcji rytmicznej. Znacznie trudniej dostrzec jakieś pozytywy w "Blue Condition", skomponowanym przez Gingera Bakera i przez niego zaśpiewanym - bardzo monotonnie, przez co ta niewiele ponad trzyminutowa piosenka niemiłosiernie się dłuży. Nie przekonuje mnie także "Take It Back" - sztampowy blues z harmonijką. Najbardziej niepotrzebnym utworem jest jednak przeróbka tradycyjnej pieśni "Mother's Lament", zaśpiewana przez cały zespół z akompaniamentem pianina. Nijak nie pasuje to do reszty albumu i należy go chyba traktować jako żart. Te wszystkie słabsze fragmenty nie wpływają jednak znacząco na odbiór całości - nie odbierają wielkości pozostałym kompozycjom.

"Disraeli Gears" to jeden z kilku albumów - obok "Are You Experienced?" The Jimi Hendrix Experience, "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" Beatlesów, oraz debiutów The Doors i Pink Floyd - które w 1967 roku wywróciły do góry nogami cały muzyczny świat. Po ich wydaniu już nic nie było takie samo.

Ocena: 9/10



Cream - "Disraeli Gears" (1967)

1. Strange Brew; 2. Sunshine of Your Love; 3. World of Pain; 4. Dance the Night Away; 5. Blue Condition; 6. Tales of Brave Ulysses; 7. SWLABR; 8. We're Going Wrong; 9. Outside Woman Blues; 10. Take It Back; 11. Mother's Lament

Skład: Jack Bruce - wokal (2-4,6-8,10,11), bass, pianino, harmonijka; Eric Clapton - wokal (1-4,9,11), gitara; Ginger Baker - perkusja, wokal (5,11)
Producent: Felix Pappalardi


31 komentarzy:

  1. Mój ulubiony album Cream. Jak dla mnie jedyny kawałek do kasacji to "Mother's Lament" ale że dali go na końcu to można po prostu wyjąć wcześniej płytę ;)

    W 1967 ważny był jeszcze John Wesley Harding i przede wszystkim debiut Velvet Underground i ewentualnie Jefferson Airplane (chociaż on mi nie leży)

    w ogóle lata 1967-69 były wg mnie najważniejszymi dla muzyki w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według mnie najważniejszy był okres 1966-69, a może tylko 1966-67 + 1969. A najlepszy - 1966-75, z czego naj-najlepsze były lata 1969-71, a naj-naj-najlepszy rok 1969 ;)

      Mnie też kiedyś irytował "Mother's Lament", ale niedawno kupiłem ten album i już nie mam problemów ze słuchaniem go w całości. Nie przeszkadza mi to krótkie, zabawne zakończenie.

      Usuń
    2. 70-75 były takie dobre bo mogły się wzorować na 66-69 :D

      Lubisz winyle, odszedłeś od CD. Chyba dlatego, że jakość V jest lepsza. A co sądzisz o kasetach na które ostatnio ja zacząłem mieć ogromną fazę? Bardzo fajny nośnik, do którego do tego mam jakiś tam sentyment ;)

      Usuń
    3. Kasety są najsłabsze pod względem jakości, najbardziej awaryjne i najwięcej czasu zajmuje "przełączenie" na konkretny utwór (choć ja album słucham w całości) ;) Myślę więc, że to najgorszy format. A jedyną zaletą jest to, że oryginalne albumy na tym nośniku można kupić teraz za dosłownie grosze.

      Ojciec miał sporą kolekcję kaset Taktu, czyli pirackich polskich wydań, często zubożonych o jakieś utwory. W sumie nie można ich nazwać nielegalnymi kopiami, bo w tamtym czasie nie było w Polsce prawa zabraniającego takich wydawnictw ;) Co ciekawe, Takt wydawał te kasety, żeby zebrać fundusze na otwarcie tłoczni płyt CD i rozpoczęcie w pełni legalnej działalności ;)

      Gdy zaczynałem interesować się muzyką, też zbierałem głównie kasety. Oryginalne i czyste, na których kompilowałem własne składanki. Pamiętam, że miałem wtedy magnetofon z przyciskami "Fe", "Cr" i "Metal" - oczywiście chodziło o wybór materiału, z jakiego zrobiona jest taśma. Myślałem jednak, że po wciśnięciu "Metal" dźwięk zostanie przesterowany, jak w muzyce metalowej :D

      Usuń
  2. Klasa sama w sobie. Dla mnie najlepszy album Cream. "Mother's Lament" faktycznie niepotrzebne, ale reszta rewelacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Studyjne dokonania Cream to tylko blada próbka możliwości tego tria. Dopiero na koncertach pokazywali, co naprawdę potrafią ;) A ze studyjnych albumów zdecydowanie wolę "Wheels of Fire", na którym zespół wypracował już w pełni własny styl, dzięki temu, że wydawca przestał się już wtrącać i zmuszać muzyków do nagrywania modnych, psychodelicznych kawałków (rock psychodeliczny to super muzyka, ale nie w wykonaniu Cream).

      Usuń
    2. "Wheels of Fire" też doceniam, ale aż tak mnie nie porwał (w tym nagrania koncertowe, może oprócz sola Bakera).

      Usuń
    3. "Spoonful" w wersji z "Wheels of Fire" to ścisła czołówka najlepszych rockowych nagrań koncertowych. "Crossroads" też jest fantastyczne, ma więcej energii niż całe "Disraeli Gears". To jest prawdziwe Cream.

      Usuń
    4. A na "Disraeli Gears" fikcyjne ;) Dla mnie oba albumy zasługują moim zdaniem na wysoką ocenę, a także są lepsze od debiutu i "Goodbye", z lekką przewagą "Disraeli Gears".

      Usuń
    5. Na "Fresh Cream" wydawca najwięcej się wtrącał, a "Goodbye" to już takie resztki - parę niezłych nagrań koncertowych i kilka wymuszonych studyjnych (choć "Badge" lubię).

      Usuń
    6. W sumie to nawet wszystko to wiem, bo niby czyje recenzje zachęciły mnie kiedyś do przesłuchania Cream? ;)

      Usuń
    7. Wiem, bywam monotonny, ale nie mogłem sobie odpuścić podyskutowania o Cream ;) Pierwszego i ostatniego albumu nawet nie mam w swojej kolekcji. Wystarcza mi niemiecka składanka (zawierająca m.in. "Spoonful" z debiutu oraz "Badge" i "I'm So Glad" z "Goodbye") i koncertówki z lepszymi wersjami utworów z tych albumów. Dwa środkowe albumy oczywiście mam ;)

      Usuń
    8. Ale ja chętnie podyskutuję, choć nie tylko o Cream. Dlatego nieraz nawiązuję do moich ulubionych, choć mniej cenionych niż Cream zespołów, o których więcej informacji/opinii chcę wyciągnąć ;)

      A powtórzyłem sobie właśnie "Wheels of Fire" - też kawał świetnej muzy, nawet bardziej doceniłem niż kiedyś. Jednak "Disraeli" nadal niepobite, choć niewiele dzieli ich poziomem.

      Usuń
    9. A jak z Twoją znajomością innych wykonawców z drugiej połowy lat 60.? Bo to był bardzo twórczy i interesujący okres w muzyce rockowej, powstawało mnóstwo fantastycznej muzyki, z której tylko mała część jest powszechnie znana.

      Usuń
    10. Niezbyt dobra - znam wszystkie albumy studyjne Stonesów, Beatlesów, The Doors, Deep Purple czy Jethro Tull z tego okresu, dwa Pink Floyd i Van Zandta, debiuty Breakout, Santany, King Crimson, Taste i The Allman Brothers Band, album Andromedy, bluesowy "Jamned Together" i "Om" Coltrane'a. Chyba tyle.

      Usuń
    11. Oj, to słabo. Koniecznie powinieneś jak najszybciej poznać Hendrixa, przynajmniej to, co ukazało się za jego życia (trzy studyjne i "Band of Gypsys"). Jeżeli do poznawania jego twórczości zniechęcił Cię ograny "Hey Joe", to tym bardziej musisz posłuchać jego twórczości, bo praktycznie wszystko inne jest znacznie lepsze od tego kawałka.

      Johna Mayalla też trzeba znać. Wszystko z lat 60. i może jeszcze "Jazz Blues Fusion". I dokonania zespołów, które pozakładali muzycy Mayalla - przede wszystkim: debiut Keef Hartley Band, Fleetwood Mac z Peterem Greenem, "Valentyne Suite" Colosseum.

      "East-West" The Butterfield Blues Band - mój ulubiony album bluesrockowy ;)

      "Truth" Jeff Beck Group - to taki proto-Led Zeppelin (LZ nie wymieniłeś przez przeoczenie?).

      Debiut i zwłaszcza "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service. Dobrze znać też inne ważne psychodeliczne zespoły, jak Grateful Dead, Jefferson Airplane, The Byrds ("Fifth Dimension"!!!), 13th Floor Elevators, Buffalo Springfield, itd. Jak nie masz nic przeciwko elektronice, to jeszcze The United States of America, Fifty Foot Hose i Silver Apples.

      To wszystko są dopiero absolutne podstawy, dobrych zespołów było wtedy więcej ;) Pewnie o czymś podstawowym zapomniałem wspomnieć. Dobrze jest najpierw dobrze poznać to, co było wcześniej, żeby nie mieć zakrzywionej perspektywy (np. ktoś nie doceni Stonesów i ich wkładu, bo wcześniej słyszał Aerosmith).

      Usuń
    12. Dzięki za rekomendacje. Doceniam wkład Stonesów w rozwój muzyki, spokojnie. A pojedynczych utworów Hendrixa znam od groma, tylko zbytnio nie słuchałem całych albumów ("Are You Experienced" tak, ale dawno temu).

      Na dzień dzisiejszy znam z tego okresu tyle albumów i poznaję bardziej te z późniejszych dekad, bo jednak wolę mocniejsze, hardrockowe granie od bluesrockowego czy psychodelii (oczywiście nic do nich nie mam) ;)

      O Led Zeppelin nie tyle zapomniałem, co pomyliło mi się (z Sabbathami), że 2 pierwsze albumy nie pochodzą z 1969, a 1970 ;)

      Usuń
    13. Ze Stonesami to był tylko taki ogólny przykład.

      Debiut Hendrixa to bardzo ważny album, bez którego nie byłoby niczego, co najbardziej lubisz słuchać (oczywiście upraszczam, a sam Hendrix przyznawał się do inspiracji Claptonem i Beckiem), ale "Electric Ladyland" i "Band of Gypsys" są jeszcze lepsze!

      W późniejszych latach masz cięższe przestery, ale wszystko inne było już w muzyce lat 60. (zwykle w bardziej pomysłowym wydaniu). Jak chcesz czegoś naprawdę ciężkiego z tego okresu, to do propozycji dorzucam Blue Cheer. W sumie powinienem w poprzednim komentarzu wspomnieć, bo to też bardzo ważny zespół, ale osobiście nie przepadam i zapomniałem.

      No to na koniec tego wpisu jeszcze jedna propozycja, o której nie powinienem był zapomnieć - Blind Faith, czyli bezpośrednia kontynuacja Cream (bez Jacka Bruce'a, ale za to z bardziej utalentowanym wokalnie Stevem Winwoodem).

      Usuń
    14. O przesłuchaniu Blind Faith myślałem w ostatnim czasie, gdy powtarzałem trochę Cream, więc myślę, że się za niego zabiorę - zwłaszcza, że także gra tam Mr. Baker, którego grę niezwykle sobie cenię.

      Ogólnie chodzi o to, że nawet jak poznaję coś wartościowego i lepszego, i tak zazwyczaj wracam częściej do takiej prostszej odmiany rocka, którą lubię w nieco większym stopniu. Wiesz o jakie kapele chodzi. Przykład z tego obszaru - ostatnio rozkminiłem, że z katalogu płyt studyjnych Kiss jest zaledwie połowa płyt, którą bym polecił, i to właśnie do tych wracam, a do reszty rzadko. Choć np. ich debiut to moim zdaniem bardzo fajna porcja hard rocka - wiadomo, że prosta, ale nie powiedziałbym, że banalna. Może i Ty się kiedyś przekonasz do tej płyty (niektóre przypadki udowodniły, że oceny mogą wzrosnąć po czasie) :D

      Chyba nigdy o tym nie pisałem, ale w dziełach Kiss produkcyjnie zawsze podobał mi się uwypuklony bas - o ile sporo zespołów ma z tym problem, tak bas Simmonsa jest prawie zawsze bardzo dobrze słyszalny, co umila odsłuchiwanie. Fajnym smaczkiem są np. basowe wstępy w "100.000 Years" czy "Sure Know Something", albo takie "Naked City", gdzie gitara basowe fajnie i "złowieszczo" przygrywa w tle.

      Zrobiłem offtop, ale trudno...

      Usuń
    15. Prawda jest taka, że w przypadku wykonawców z dużymi dyskografiami, nie ma absolutnie sensu w słuchaniu wszystkich pozycji. Dotyczy to zresztą nie tylko rocka, ale nawet tych najbardziej wybitnych jazzmanów. Na słuchanie wszystkiego mogą sobie pozwolić psychofani i ludzie znający pięć zespołów, ale dla słuchaczy chcących się rozwijać, jest to kompletna strata czasu. Dlatego trzeba sprawdzać, które albumy warto znać. Oczywiście, można przeoczyć coś w miarę ciekawego, ale prędzej czy później gdzieś się trafi na informację, że to też warto znać ;)

      Usuń
    16. No to jestem psychofanem :) Każdy słucha na swój sposób.

      Są wyjątki od takiej reguły, jak Iron Maiden, gdzie moim zdaniem warto obczaić wszystkie płyty (może oprócz "The Final Frontier", bardziej w formie ciekawostki).

      Usuń
    17. Zdecydowałem, że zanim rozpocznę na dobre wchodzenie w jazz (chociaż mocno jazzowy "Inner Mounting Flame" ostatnio przesłuchałem i mi się to bardzo spodobało) to w miarę chronologicznie zapoznam się z tym najlepszym okresem muzyki rockowej 1966-75 (oczywiście jazz z tych lat też będę to wplatał, ale ostrożnie by nie sięgnąć po coś, co mi się nie spodoba tylko dlatego, że jestem na to jestem jeszcze za tępy) i powiem Ci tak - kawałki z tamtego okresu można tylko uratować eksperymentami i odjebami. Posłuchałem (dając mu drugą szansę) "Revolveru" i 3/4 tego albumu odrzuciło mnie swoim dziadkowstwem - ok, "Taxman" ma niezgorszy riff, "Eleanor Rigby" chwyta za zmysły swoim aranżem, a "Tomorrow Never Knows" to coś z kategorii odjebów, ale reszta to po prostu pioseneczki z nieśmiałymi próbami wprowadzenia nowych rozwiązań (te taśmy, czy II część "Yellow Submarine"). Było jeszcze "Love You To" które też jak dla mnie wypadało lepiej od innych kawałków, ale uważam to za stracony czas. Za to "Aftermath" z tego samego roku uważam za coś znacznie lepszego. Czasem były jakieś dłużyzny (kawałek trwający 3 minuty mógłby spokojnie trwać 2) ale spodobał mi się ten kowbojsko hultajski sznyt tej płyty plus było tam kilka świetnych momentów. 13th Elevators - momenty, momenty ("Rollercoaster"; "Fire Engine"), a oprócz tego proste kawałki z surfującą gitarą i odgłosami przypominającymi porykiwanie małpy) chyba najbardziej podobał mi się z tego roku właśnie debiut Cream (stąd ten komentarz piszę właśnie tutaj), gdzie co prawda były momenty do ziewania, ale (na moim wydaniu) na początek zasunęli mocarnymi "I Feel Free" i "N.S.U", a potem były "Spoonful", "Toad" i "I'm So Glad", który mógłby być minutę krótszy, ale i tak na płycie jest raczej w czubie. Potem wziąłem się za Jefferson Airplane i po bladym debiucie również na Pillow i Baxter podobały mi się bardziej te nietypowe numery, które dominowały raczej na tym drugim ("Martha", "Rejoyce", "Spare Change") a z debiutu "Plastic Fantastic Lover". Debiut Quicksilver Messenger? Jasne, ale te najdłuższe kawałki - przede wszystkim "Silver and Gold", "Pride of Men" i "The Fool" który nic by nie stracił gdyby mu odjąć tę wokalną część w ostatnich 2-3 minutach. Skupiłem się także na "Strange Days" The Doors - zaskoczę Cię, ale to mi prawie-bardzo podobało. Nie do końca rozumiem rolę "Horse Lattitudes" a "I can't see your face in my mind" jest z kategorii "o minutę za długi" ale cała reszta - najwyższy poziom, pod prawie każdym względem przebijający debiut.

      Piszę to bo cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia że to wszystko jest bardzo naiwne i mocno zdziadziało od tamtego czasu - poza prawdziwie prekursorskimi kawałkami. To rzeczy które słuchałem w ostatnim tygodniu, więc jest to moje aktualne zdanie.

      Myślę, czy teraz nie zabrać się właśnie za jazz z tego okresu (z '66 są Maiden Voyage, 2 albumy Wayne Shortera, "Freak out") czy jeszcze trochę psychodelii (trylogia Byrdsów i Da Capo+Forever Changes) - staram się iść mniej więcej chronologicznie i poza małymi wyjątkami nie wykraczać na razie poza lata 66-67

      Byrds mi się co chwila mylą z The Yardbirds...

      Usuń
    18. Czyli robisz teraz dokładnie to samo, co niedawno mi zarzucałeś - przesłuchiwanie w krótkim czasie hurtowych ilości albumów. Owszem zdarza mi się przesłuchać kilka jednego dnia, ale tylko w celu wstępnej selekcji, żeby oznaczyć te, do których na pewno będę wracał i recenzował, a także te, które nie do końca (w różnym stopniu) mnie przekonały i zasługują na kolejne szanse, ale też te, których nie chciałbym przez pomyłkę znów usłyszeć. A Ty, jak się zdaje, przesłuchałeś pobieżnie kilkanaście albumów i wydajesz na ich temat bardzo kategoryczne sądy, moim zdaniem wynikające głównie z wcześniej nabytych uprzedzeń, braku wystarczającego osłuchania i przyjęcia złej perspektywy. Przez to ostatnie mam na myśli, że porównujesz muzykę z lat 1966-67 do późniejszej. A to przecież bez sensu. Na ówczesnym rozwoju muzyki rockowej i technologii nagrywania nie dało się stworzyć czegoś takiego, jak tworzono później. Można docenić kogoś, że w 1966 grał tak, jak inni zaczęli grać w 1968, ale nie czepiać się, że ktoś w 1967 grał tak, jak grało się w 1967 (i było to w tamtym czasie bardzo świeże). Kolejna sprawa, to to dziwne słowo "dziadkowość". Przecież ta muzyka była grana przez bardzo młodych ludzi, w ogóle rock był bardzo młodym, dopiero raczkującym gatunkiem. Nie ma w tej muzyce niczego starego, prędzej można jej zarzucić szczenięcą naiwność (tak samo, jak wczesnym nagraniom bluesowym, jazzowym, elektronicznym, rapowym, jakimkolwiek). Czasem jest to wadą, czasem nie - okresie 66/67 przeważało już bardzo kreatywne podejście. Była to bardzo świeża muzyka, pełna ciekawych, innowacyjnych pomysłów i bardzo dobra melodycznie (choć czasem jeszcze naiwna). Problemem współczesnego rocka mainstreamowego jest właśnie brak świeżości, nowych pomysłów i kompletna nijakość melodyczna.

      Usuń
  3. Fajna ta płyta jednak dla mnie jest ona za grzeczna. To jeszcze takie zachowawcze granie wywodzące się z wcześniejszej epoki. Nie ma tego pazura które już ma Led Zeppelin. Z resztą to samo dotyczy Blind Faith.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podstawowy błąd, jaki tu popełniasz, to porównanie albumu z 1967 roku do twórczości zespołu, który zadebiutował w roku 1969. W czasie wydania "Disraeli Gears" mało kto grał w ten sposób. Właściwie tylko Cream i Hendrix. Led Zeppelin brzmiał dużo mocniej dlatego, że trochę zmieniło się podejście wytwórni płytowych - dali muzykom całkowitą swobodę, dzięki czemu Jimmy Page mógł eksperymentować z brzmieniem. Dwa lata wcześniej wyglądało to zupełnie inaczej. O wszystkim decydował producent spoza zespołu, który zgodnie z wytycznymi wytwórni miał stworzyć produkt, co przyniesie zyski. Stąd też brzmienie jest faktycznie wygładzone (choć podobno monofoniczny miks brzmi mocniej). I dlatego album ten kompletnie nie oddaje tego, jaki zespół był naprawdę - to słychać na koncertówkach, gdzie brzmienie jest potężniejsze.

      Blind Faith to w ogóle innego rodzaju zespół. Tam nie chodziło o granie z "pazurem". Przecież każdy z sześciu zawartych na nim utworów jest utrzymany w innej stylistyce.

      Usuń
    2. "I dlatego album ten kompletnie nie oddaje tego, jaki zespół był naprawdę - to słychać na koncertówkach, gdzie brzmienie jest potężniejsze". Teraz złapię cię za słowo (tzn ostatnie zdanie które napisałeś w ostatnim komentarzu o Heavy Weather). Ja komentuję tu konkretny album a nie to jak zespół prezentował się na koncertach :))

      Usuń
    3. Przecież nie twierdzę, że koncertowe poczynania Cream sprawiają, że "Disraeli Gears" jest lepszym albumem.

      Usuń
  4. Z tymi wykonawcami z wielkimi dyskografiami to prawda. Takim jest Frank Zappa który natukł tego tyle że są takie perełki instrumentalne jak Hot Rats , Waka Jawaka czy Grand Wazoo czy bardziej rockowe i wokalne Over-Nite Sensation, Apostrophe i One Size Fits All ale nagrał o wiele więcej płyt przeciętnych oraz trochę gniotów. Ale tak to jest jak się idzie na ilość. Był co prawda kreatywny bo nagrywał dużo ale właśnie oprócz (przynajmniej dla mnie) tych 6 płyt resztę można sobie pominąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zappa nie jest tu dobrym przykładem, bo nawet jego słabsze albumy maja jakąś wartość artystyczną. A dobrych albumów wydał więcej niż 6, a jak dodać koncertówki, to już znacznie więcej.

      Idealnym przykładem jest raczej Deep Purple, co to natłukł mnóstwo bezwartościowych gniotów, parę dobrych albumów też, ale żadnego wybitnego.

      Usuń
    2. Oj, Purplom jeden wybitny album trafił się niechcący - 'Made In Japan' ;)

      Usuń
    3. Ale to koncertówka z materiałem, który już wcześniej był wydany w wersjach studyjnych. A jakość "Made in Japan" wynika częściowo z doboru repertuaru. Zespół miał już kilka albumów na koncie, mógł więc powybierać co lepsze fragmenty i grać je na koncertach. Natomiast w studiu nigdy nie udało mu się nagrać albumu, który od początku do końca trzymałby równy, wysoki poziom.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.