1 września 2014

[Podsumowanie miesiąca] Sierpień 2014

Postanowiłem zgapić pomysł z innych blogów, polegający na prezentowaniu pod koniec miesiąca czego autor bloga słuchał w ciągu ostatnich ~30 dni...

W sierpniu najczęściej słuchałem dwóch nowości - "Pale Communion" Opeth i "Blues Pills" Blues Pills. Nie będę się o nich teraz rozpisywał, ponieważ dopiero co poświęciłem obu tym albumom obszerne recenzje winylów. Co ciekawe, z obu tych longplayów najbardziej przypadły mi do gustu utwory o tytule "River"... Poza tym, w ciągu całego miesiąca słuchałem tylko czterech albumów, które w tym czasie wzbogaciły moją kolekcję. Każdemu z nich także poświęciłem osobną recenzję, ale było dość dawno temu, a teraz chciałbym podzielić się nowymi spostrzeżeniami na ich temat. Oto te albumy:

Winyle kupione w tym miesiącu.


Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)

Długo polowałem na ten album. Nie chciałem żadnej reedycji (które też nie należą do łatwo dostępnych), a oryginalne tłoczenie. W międzyczasie kupiłem składankę "Assortment", zawierającą połowę utworów z "Death Walks Behind You" (tytułowy, "Sleeping for Years", "I Can't Take No More" i "Tomorrow Night") i kilka utworów z innych płyt Atomowego Kurczaka. Paradoksalnie, "Death Walks..." jako całość prezentuje się znacznie lepiej od wspomnianej kompilacji. Bardzo brakowało mi na niej świetnego popisu instrumentalnego "VUG", uroczej ballady "Nobody Else", oraz "7 Streets", w którym jest jeden z najgenialniejszych wstępów w całej muzyce rockowej. Razem z wspomnianymi już utworami - niesamowitym, mrocznym "Death Walks Behind You", świetnym, czadowym "Sleeping for Years" i bardziej przebojowymi "I Can't Take No More" i "Tomorrow Night" - tworzą one jedną z najlepszych płyt wczesnych lat 70.


Rush - "2112" (1976)

W czerwcu i lipcu miałem wielką fazę na twórczość Rush, kupiłem wtedy kilka ich albumów: "Moving Pictures", "Signals", "Grace Under Pressure" i "Archives", czyli trzy pierwsze albumy w jednej okładce. W sierpniu przyszła kolej na "2112" - album przez niektórych uznawany za szczytowe osiągnięcie grupy (wszyscy pozostali - w tym ja - uznają za nie "Moving Pictures"). Przyznam, że przed kupnem uważałem ten album za nieco lepszy... Rozczarowała mnie tytułowa suita (zajmująca całą stronę A), która jest po prostu niespójna, wręcz chaotyczna. Poszczególne jej fragmenty (będące de facto osobnymi utworami) w ogóle do siebie nie pasują. O wiele lepiej wypada zbiór przypadkowych utworów ze strony B. Przede wszystkim dwa hard rockowe czady - "A Passage to Bangkok" i "Something for Nothing" - oraz przepiękna ballada "Tears", która przez długi czas chodziła mi po głowie.


"Death Walks Behind You" na talerzu gramofonu.

Queen - "Live Killers" (1979)

Zawsze najbardziej lubiłem hard rockowe oblicze Queen, a "Live Killers" to najbardziej hard rockowe wydawnictwo grupy (przynajmniej do czasu ukazania się "Live at the Rainbow '74", którego premiera jest zaplanowana na początek września). Już sam początek - szybka wersja "We Will Rock You" i wzmocniony "Let Me Entartain You" - miażdży, a dalej jest tylko lepiej. Najlepsze punkty albumu to chyba odśpiewany częściowo przez publiczność "Love of My Life" (ciekawiej zaaranżowany niż w wersji studyjnej) i rozbudowana gitarowa solówka Briana Maya z "Brighton Rock". Właśnie takie swobodne traktowanie studyjnych pierwowzorów sprawia, że koncertowe albumy z lat 70. są tak wspaniałe i nie powinny być pominięte w żadnej kolekcji.


Pink Floyd - "The Division Bell" (1994; reedycja 2014)

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię współczesnych reedycji. Jednak w czasie, gdy album ten się ukazał, mało kto kupował jeszcze winyle i po prostu nie produkowano ich zbyt wiele. Obecnie za płyty z pierwszej połowy lat 90. trzeba płacić średnio po pół tysiąca złotych. To sporo, zwłaszcza za album, który średnio się lubi - a "The Division Bell" należy wg mnie do słabszych w dorobku Pink Floyd (choć zawiera genialny "High Hopes"). Z okazji 20. rocznicy wydania albumu w sklepach pojawiła się nowa winylowa reedycja, podobno nieremasterowana. W każdym razie brzmi całkiem dobrze. Niestety, zgodnie z obecnymi standardami, album ukazał się na dwóch płytach (oryginalnie cały materiał upchnięto na jednej płycie), co trochę uprzykrza słuchanie. Całe szczęście, że na albumie jest aż 11 kompozycji i zmiany stron następują po trzech utworach (a nie po dwóch, jak np. na "13" Black Sabbath i "Pale Communion" Opeth).


A poza tymi sześcioma longplayami, zasłuchiwałem się szczególnie w dwóch utworach:

  

"The Prophet's Song" to najdłuższy i najbardziej progresywny utwór Queen, a także jeden z najcięższych w ich dorobku. Jeszcze do niedawna odpychała mnie środkowa część utworu a capella, z zwielokrotnionym wokalem Freddiego Mercury'ego. Ale reszta utworu jest na tyle genialna, że mogę wybaczyć muzykom ten fragment. Z kolei "Soon" (czyli fragment kompozycji "The Gates of Delirium") to najpiękniejszy utwór, jaki kiedykolwiek stworzyła grupa Yes.

8 komentarzy:

  1. Że tak brzydko powiem: The Prophet's Song urywa dupę (oczywiście oprócz środkowej części;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest dla mnie prawdziwy Queen - nie ten z "Radio Ga Ga" czy "I Want to Break Free", ale ten z "urywającymi dupę" utworami, jak "The Prophet's Song", "Stone Cold Crazy", "Death on Two Legs", "White Man", itp. ;)

      Usuń
  2. Kiedyś też robiłem taki cykl i chyba do niego powrócę, bardzo fajnie to się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na przyszłość chyba jednak uniknę tak długich opisów poszczególnych albumów ;)

      Usuń
  3. szkoda, że już nie robisz tego cyklu, moim zdaniem to były najbardziej interesujacr posty u Ciebie. Wrocisz kiedys do tego?

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz u siebie ocenione płytki Perfectu, Lady Pank czy Breakoutu.
    Będą kiedyś recenzje tych kapel?
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.