28 sierpnia 2014

[Recenzja] Faith No More - "The Real Thing" (1989)



W drugiej połowie lat 80. popularne stało się łączenie rocka i metalu z zupełnie innymi, praktycznie niepasującymi, gatunkami, jak hip hop czy muzyka elektroniczna. Starsi wykonawcy wówczas byli raczej niechętni takim eksperymentom (wyjątki to np. wspólny utwór Arerosmith i Run-D.M.C., "Walk This Way", lub pastiszowy "I'm the Man" Anthrax), ale powstało wówczas wiele nowych grup, które swój styl zbudowały właśnie przez połączenie elementów różnych gatunków muzycznych. Wśród nich był także kalifornijski Faith No More. Grupa zadebiutowała w 1985 roku albumem "We Care a Lot", dość mocno tkwiącym w brzmieniu tamtej dekady (charakterystyczne brzmienie klawiszy), choć już wtedy muzycy łączyli rock z funkiem i skandowanymi partiami wokalnymi. Wydany dwa lata później "Introduce Yourself" nie przyniósł wielkich zmian stylistycznych, choć pod względem brzmieniowym wypadał znacznie lepiej. Najsłabszym ogniwem grupy był wokalista Chuck Mosley, który nie dysponował ani ciekawą barwą głosu, ani umiejętnościami.

Przełomowym momentem w historii zespołu była zmiana wokalisty na Mike'a Pattona - choć jego głos może irytować, to nie można mu odmówić talentu. W praktycznie każdym utworze śpiewa na kilka różnych sposobów. Już pierwszy nagrany z nim album, "The Real Thing", okazał się wielkim sukcesem - przede wszystkim komercyjnym.  Pod względem muzycznym jest to niespotykana wcześniej mieszanka rocka, metalu, funku i hip hopu, z lekkimi wpływami jazzu i soulu. Całość otwiera najbardziej chyba zachowawczy "From Out of Nowhere", z punk rockowo prostym riffem, przyjemnie pulsującym basem i z klawiszowym tłem. Większość utworu utrzymana jest w szybkim tempie, ale pojawiają się dwa zwolnienia. W "Epic" dzieje się już o wiele więcej - funkowe zwrotki z rapowaniem, popowy, śpiewany refren, typowo rockowa solówka i spokojne fortepianowe zakończenie. Nikt wcześniej czegoś takiego nie nagrał i pewnie dlatego singiel z tym utworem osiągnął ogromny sukces. Według mnie o wiele większy potencjał komercyjny ma jednak "Falling to Pieces" - melodyjny kawałek oparty na wyrazistej partii basu i mocno zmiękczony klawiszami (także wydany na singlu, ale notowany niżej od "Epic").

W "Surprise! You're Dead!" pojawia się thrash metalowy riff i agresywne skandowanie Pattona. "Zombie Eaters" dla odmiany rozpoczyna się delikatnym motywem na gitarze akustycznej, z odpowiednio łagodną partią wokalną i znów z klawiszowym tłem. Balladowy nastrój kończy się jednak po dwóch minutach, kiedy utwór nabiera ciężaru. Na podobnych kontrastach zbudowany jest utwór tytułowy - od spokojnych fragmentów utrzymanych w dość mrocznym nastroju, do ciężkiego riffowania. To najbardziej rozbudowany (trwający ponad osiem minut) i zróżnicowany (i muzycznie, i wokalnie) utwór w całej dyskografii zespołu. Być może także najlepszy. Po klimatycznym "The Real Thing" rozbrzmiewa radosny, funkowo-popowy "Underwater Love", a następnie znów mroczniejszy i cięższy "The Morning After". Instrumentalny "Woodpecker from Mars" to dziwne połączenie metalowego riffowania, funkowej gry sekcji rytmicznej i wschodniobrzmiących klawiszy. Na tym utworze kończyło się winylowe wydanie albumu, ale pozostałe formaty zawierają dwa dodatkowe utwory.

Zupełnie nie rozumiem sensu umieszczenia na albumie przeróbki "War Pigs" z repertuaru Black Sabbath. Gdyby chociaż zespół zagrał ją we własnym stylu... Ale muzycznie jest praktycznie identyczna co oryginał - nie licząc brzmienia, które jest oczywiście nowocześniejsze. Nawet Patton śpiewa do tej samej linii wokalnej, co Ozzy Osbourne. Utwór kilka lat później znalazł się na kompilacji-hołdzie dla Black Sabbath, "Nativity in Black" (1994), i tam sprawiał o wiele lepsze wrażenie. Tutaj nie bardzo pasuje, odstaje od reszty. Szkoda natomiast, że na winylowe wydanie "The Real Thing" nie trafił autorski "Edge of the World". To jeden z bardziej eksperymentalnych utworów grupy, zdradzający silny wpływ jazzu. Dominującym instrumentem jest pianino, a w końcówce słychać saksofon (być może wygenerowany z syntezatora, bo w opisie albumu nie ma żadnej informacji o udziale saksofonisty). Utwór wyróżnia się też świetną melodią - równiez pod tym względem stanowi jeden z ciekawszych fragmentów całości.

Wolę tradycyjny rock, bez tych wszystkich udziwnień typu rapowane partie wokalne, ale "The Real Thing" to kawał świetnej i ciekawej muzyki. W chwili wydania album był bardzo nowatorski, a do dzisiaj brzmi świeżo i porywająco.

Ocena: 8/10



Faith No More - "The Real Thing" (1989)

1. From Out of Nowhere; 2. Epic; 3. Falling to Pieces; 4. Surprise! You're Dead!; 5. Zombie Eaters; 6. The Real Thing; 7. Underwater Love; 8. The Morning After; 9. Woodpecker from Mars; 10. War Pigs; 11. Edge of the World

Skład: Mike Patton - wokal; James Martin - gitara; Bill Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe
Producent: Matt Wallace i Faith No More


1 komentarz:

  1. Nikt nie skomentował? To będę pierwszy - arpeggiowana gitara w ostatnich 15 sekundach "Zombie Eaters" to zrzynka z "Taurusa" i "Stairway To Heaven". Coś gitarzyści lubili kopiować ten motyw, bo potem identyczna progresja akordów pojawiła się w "The Masterplan" - który w sumie moim zdaniem zdecydowanie bardziej plagiatował kawałek Spirit.

    A powyższa płyta? To tylko popis Pattona, bo kompozycyjnie i brzmieniowo to metal na miarę lat 80. Gdyby nie zmienili wokalisty byłoby niewiele lepiej niż na poprzednich dwóch srążkach.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.