30 sierpnia 2014

[Recenzja] Faith No More - "King for a Day... Fool for a Lifetime" (1995)



Przez trzy lata, które minęły między wydaniem "Angel Dust", a ukazaniem się jego następcy, zdążył zmienić się gitarzysta (Jamesa Martina zastąpił Trey Spruance) oraz - po raz kolejny - styl. "King for a Day... Fool for a Lifetime" to najbardziej rockowy/metalowy album Faith No More w dotychczasowej dyskografii. Elementy innych gatunków wciąż są obecne, ale stanowią tylko dodatek (z wyjątkiem nielicznych utworów, w których wybijają się na pierwszy plan). Już na otwarcie czeka stricte rockowy "Get Out", oparty na ciężkim gitarowym riffowaniu i mocnej grze sekcji rytmicznej (ten bas!). Żadnych klawiszy. W tym samym stylu utrzymany jest jeszcze singlowy "Digging the Grave", z bardziej wyrazistą melodią, ale tak samo ciężkim brzmieniem. Oba utwory utrzymane są w szybkim tempie, ale podobne patenty sprawdzają się świetnie także w wolniejszych, bardzo melodyjnych "Ricochet" i "The Last to Know" (choć akurat w nich w tle słychać lekkie klawiszowe ubarwienie). Jest jeszcze półtytułowy "King for a Day", który zdaję się być pomostem, między tą nową, "normalniejszą" odsłoną Faith No More, a tą bardziej zwariowaną z poprzednich albumów.

Są tutaj też zdecydowanie cięższe, bardziej agresywne i pokręcone utwory, często z wokalem Mike'a Pattona momentami zbliżającym się do growlu: "The Gentle Art of Making Enemies", "Cuckoo for Caca" (w którym schizofreniczny klimat pogłębiają klawisze),  "Ugly in the Morning" i "What a Day". Z drugiej strony, na albumie jest wyjątkowo dużo spokojniejszych, balladowych utworów: np. "Caralho Voador", "Take This Bottle", "Just a Man". Wspominałem też o utworach zdradzających inspirację innymi gatunkami. "Evidence" to właściwie czysty soul, zbudowany na świetnej, głębokiej linii basu, z delikatnymi partiami gitary i pianina. Świetnie w soulowej stylistyce odnalazł się także Patton. To w ogóle jeden z najlepszych utworów w repertuarze grupy. Zupełnie inny od wszystkiego co zespół stworzył, ale dzięki temu jeszcze bardziej intrygujący. Drugim wyjątkiem jest funkowy "Star A.D." z udziałem sekcji dętej. To już nieco mniej udany eksperyment.

"King for a Day... Fool for a Lifetime" to najbardziej gitarowy album Faith No More, całkowicie pozbawiony elementów hip hopowych i z niewielką rolą instrumentów klawiszowych. Już to wystarczyłoby, żebym uznał go za najlepszy w dyskografii grupy. Ale zawarte tu utwory (przynajmniej część z nich) stanowią jakość samą w sobie.

Ocena: 8/10



Faith No More - "King for a Day... Fool for a Lifetime" (1995)

1. Get Out; 2. Ricochet; 3. Evidence; 4. The Gentle Art of Making Enemies; 5. Star A.D.; 6. Cuckoo for Caca; 7. Caralho Voador; 8. Ugly in the Morning; 9. Digging the Grave; 10. Take This Bottle; 11. King for a Day; 12. What a Day; 13. The Last to Know; 14. Just a Man

Skład: Mike Patton - wokal; Trey Spruance - gitara; Bill Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe, gitara
Producent: Andy Wallace


5 komentarzy:

  1. Zawsze byłem wielkim fanem tej kapeli. A ten album jest po prostu genialny. Fantastycznie różnorodny. Ja bym wspomniał jeszcze zamykający płytę 'Just a Man'. Ależ się tam dzieje - i lekko i mocno i jeszcze chór do tego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie chcę się kłócić, ale czy po 3 latach podtrzymujesz tę ocenę? Momentami brzmi to jak protoplasta System of a Down...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie słuchałem w ciągu ostatnich trzech lat, ale ogólnie FNM to ciekawy zespół. Niby czerpią garściami z ówczesnego mainstreamu, nie tylko rockowego, ale efekt jest nie mniej porąbany, niż np. King Crimson ;) No, niestety przyczynili się do powstania tych wszystkich syfiastych kapel numetalowych, ale poza tym był to naprawdę spoko zespół, taki z ambicjami, nie grający konwencjonalnie.

      Usuń
  3. Wróciłem dziś do tej recenzji i myślę, że nastąpi przetasowanie w ocenach FNM...

    A tak myślę, gdyż ostatni akapit tej recenzji sprawia wrażenie, że pisał go wielki fan hard rocka i gitarowego grania, który wszystko inne uważał za kiepściznę. Ale że w ciągu następnych lat bardzo powiększył swoją wiedzę o muzyce i otworzył się na inne gatunki, to w tej chwili na pewno nie użyłby takiego argumentu do umotywowania wysokiej oceny - jak i doceniłby wpływy w innych albumach.

    Coś czuję, że na chwilę obecną będzie tak, że najbardziej ulubionym albumem nazwiesz "Angel Dust", a Real Thing i King For Day zjadą trochę w dół ;) i może Album of The Year też bardziej docenisz?

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.