29 sierpnia 2014

[Recenzja] Faith No More - "Angel Dust" (1992)



Drugi album Faith No More z Mikem Pattonem przez wielu fanów i krytyków uznawany jest za szczytowe dzieło grupy; longplay zajmuje też wysokie pozycje na listach najlepszych i najbardziej inspirujących płyt lat 90. W porównaniu z poprzednim w dyskografii "The Real Thing" na pewno lepsze jest brzmienie, a zdecydowanie na korzyść zmieniły się proporcje między składnikami stylu grupy - elementy hip hopowe idą w odstawkę, a zwiększa się rola patentów metalowych (momentami jest naprawdę ciężko - vide "Malpractice" i "Jizzlobber"). A jednak osobiście stawiam ten album odrobinę niżej od jego poprzednika. Na "The Real Thing" jest kilka naprawdę wspaniałych utworów, z tytułowym na czele; tutaj nie ma aż takich highlightów. Jest natomiast kilka fragmentów, które ewidentnie mnie odpychają. Przede wszystkim "RV" - pastisz piosenki kabaretowej, oraz po prostu tragiczny "Be Aggressive" z rapowaniem Pattona i okropnymi żeńskimi chórkami. Nie przekonuje też "Crack Hitler" z zniekształconym wokalem, trochę niepotrzebny wydaje się też zamykający całość "Midnight Cowboy" - interpretacja filmowego tematu autorstwa Johna Barry'ego.

Oczywiście "Angel Dust" ma też dobre fragmenty. Przede wszystkim singlowy przebój "Midlife Crisis", z śpiewającym na niezliczoną ilość sposobów Pattonem. Jak przystało na ten zespół, jest to utwór bardzo pokręcony, ale jednocześnie przebojowy. Podobną mieszankę znajdziemy w "Everything's Ruined". Choć pod względem chwytliwości żaden utwór na albumie nie może się równać "Kindergarten". Świetnym, orientalnym klimatem porywa "Smaller and Smaller", a łagodniejsze oblicze grupa prezentuje w "A Small Victory". Całkiem niezły jest też początek albumu - "Land of Sunshine", oparty na klangującym basie i klawiszowym tle, brzmiącym jak z jakiegoś horroru, oraz równie pokręcony "Caffeine", w którym na pierwszy plan wybija się ciężki gitarowy riff, ale w tle znów słychać te przerażające klawisze. O czymś zapomniałem? Tak, jest jeszcze utwór włączony do repertuaru albumu na reedycjach. Przeróbka napisanego przez Lionela Richiego hitu Commodores, "Easy". To jeden z największych i najbardziej rozpoznawalnych przebojów Faith No More, co zupełnie nie powinno dziwić - ta łagodna, prosta piosenka znacznie odbiega od zwariowanego, cięższego materiału zaprezentowanego na "Angel Dust". Co w zależności od punktu widzenia, może być wadą lub zaletą. Mnie ten kawałek specjalnie nie rusza, ale i nie odpycha.

Jak już wcześniej pisałem, "Angel Dust" nie jest albumem pozbawionym wad. Ale wypada go znać - chociażby po to, żeby wiedzieć, że rock lat 90. to nie tylko grunge, komercyjny hard rock Guns N' Roses i nowoczesny thrash metal Pantery.

Ocena: 7/10



Faith No More - "Angel Dust" (1992)

1. Land of Sunshine; 2. Caffeine; 3. Midlife Crisis; 4. RV; 5. Smaller and Smaller; 6. Everything's Ruined; 7. Malpractice; 8. Kindergarten; 9. Be Aggressive; 10. A Small Victory; 11. Crack Hitler; 12. Jizzlobber; 13. Midnight Cowboy

Skład: Mike Patton - wokal, harmonijka klawiszowa (13); James Martin - gitara; Bill Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe
Producent: Matt Wallace i Faith No More


5 komentarzy:

  1. Właśnie przez to przebrnąłem, to jedyny album Patton Era Faith No More, który dostawał ode mnie kolejne i kolejne szanse, jako coś ogromnie różnorodnego i ciekawego. Opinie fanów też zrobiły swoje ;) Poza numerami 3 (najlepszy) 5,6 (średnie, pod koniec dłużące się) 8 (prawie tak dobry jak 3) ciężko było mi wytrwać przy kolejnych kawałkach dłużej niż półtorej minuty. To jeden wielki śmietnik, coś prawdziwie niespójnego i w efekcie przyprawiającego mnie o nerwicę. Jasne, 7 ma rację bytu, jak weźmie się pod uwagę nieszablonowośc i wartość artystyczną, ale ja dałbym temu jakieś 3.2/10

    OdpowiedzUsuń
  2. Obawiam sie Panowie, że nie macie pojęcia o muzyca FNM.

    OdpowiedzUsuń
  3. najlepsza płyta fnm EVER

    OdpowiedzUsuń
  4. 3.2 dla jednego z najlepszych albumów jakie kiedykolwiek wydał ten świat...kpina. Kocham FNM,nie ma płyty której nie lubię ale najwyżej cenię The Real Thing i właśnie Angel Dust chociaż ostatnio nocami najczęściej słucham debiutu "We Care A Lot"... WHY DO YOU BROTHER, AS THE WORM TURN - szkoda Chuck'a...:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądząc po pierwszym zdaniu - niewiele jeszcze słyszałeś/aś ;) Na tle metalu jest to jeden z najlepszych, wręcz najwybitniejszych albumów. Ale przyjmując szerszą perspektywę? Na tle całego rocka już tak szczególnie nie wypada. A na tle całej muzyki jest co najwyższej przeciętny.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.