10 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Fragile" (1971)



"Fragile" to mój ulubiony album Yes. O ile nie potrafię się przekonać do większości - nawet tych najbardziej klasycznych i kultowych - albumów tej grupy (głównie przez wokal Jona Andersona, nadmierny patos, a czasem wręcz kicz), tak do tego jednego longplaya nawet zdarza się mi się wracać i co więcej, sprawia mi to pewną przyjemność. "Fragile" nagrany został po kolejnej zmianie składu. Klawiszowca Tony'ego Kaya zastąpił Rick Wakeman - z pewnością bardziej utalentowany, klasycznie wyszkolony muzyk, mający jednak tendencję do przesadnego eksponowania swoich umiejętności. To właśnie w znacznym stopniu jemu zawdzięczamy tę yesową pretensjonalność. Na "Fragile" na szczęście występuje ona jedynie w śladowych ilościach, jakby Wakeman nie był jeszcze do końca pewien swojej pozycji w zespole.

Album składa się z czterech normalnych, przeważnie dość rozbudowanych kompozycji, oraz pięciu solowych miniaturek, będących prezentacją każdego z muzyków.  Całość rozpoczyna jeden z najbardziej znanych utworów grupy, "Roundabout". W skróconej wersji singlowej był to całkiem spory przebój (13. miejsce w Stanach). Tutaj jest to ponad ośmiominutowa kompozycja, z wieloma zmianami tempa i nastroju, od fragmentów akustycznych, po niemal hardrockowe granie, oparte na galopującym basie Chrisa Squire'a. W warstwie instrumentalnej dzieje się naprawdę sporo dobrego, muzycy doskonale ze sobą współpracują, nie unikając solowych popisów. Już w tym utworze zwraca uwagę bogatsze brzmienie - nowy klawiszowiec stosuje szersze instrumentarium, nie tylko organy i pianino, lecz także melotron i syntezator. Równie świetnie wypada "South Side of the Sky" - dynamiczny, chwytliwy, dość ciężki brzmieniowo i znów progrockowo skomplikowany. Zaskakująco dobrze wypada partia wokalna Andersona. Podobnie zresztą jest w finałowym, najdłuższym na płycie "Heart of the Sunrise". To kolejny bardzo dobry utwór, z ciekawymi zwrotami akcji i długimi solówkami. Piękny finał i doskonałe podsumowanie całości. Znacznie krótszy, niemal piosenkowy i nie tak dobry, jak trzy wymienione wyżej utwory, jest natomiast "Long Distance Runaround". Uwagę zwracają jednak ciekawe unisona gitary i basu.

Całości dopełniają wspomniane miniaturki, nieco psujące spójność albumu. Na plus wyróżniają się akustyczny "Mood for a Day" Steve'a Howe'a, a także "Cans and Brahms" Wakemana, będący transkrypcją fragmentów trzeciej części "IV Symfonii e-moll" Johannesa Brahmsa na cały szereg instrumentów klawiszowych. Zdecydowanie mniej przekonują mnie "We Have Heaven", z wielokrotnie nałożonymi na siebie partiami wokalnymi Andersona (zazwyczaj nie mogę znieść jego śpiewu z podkładem instrumentalnym, a co dopiero a cappella), oraz połamany rytmicznie "Five Per Cent for Nothing" Billa Bruforda, który po prostu jest zbyt krótki (trwa 35 sekund), żeby cokolwiek z niego wynikało. Pozostaje jeszcze "The Fish (Schindleria Praematurus)" Squire'a, która de facto nie jest osobnym utworem, a wyodrębnionym jako osobna ścieżka zakończeniem "Long Distance Runaround", z nieco bardziej uwypukloną partią basu.

"Fragile" to pierwszy klasyczny album Yes, pozostający jednak nieco w cieniu następnego w dyskografii "Close to the Edge". Moim zdaniem zupełnie niesłusznie. "Fragile" może i nie jest tak spójny (a wręcz jest bardzo niespójny), za to jego najlepsze fragmenty to dla mnie szczyt kompozytorskich i wykonawczych umiejętności tego zespołu, niemal bez patosu, pretensjonalności i kiczu późniejszych dokonań.

Ocena: 8/10



Yes - "Fragile" (1971)

1. Roundabout; 2. Cans and Brahms; 3. We Have Heaven; 4. South Side of the Sky; 5. Five Per Cent for Nothing; 6. Long Distance Runaround; 7. The Fish (Schindleria Praematurus); 8. Mood for a Day; 9. Heart of the Sunrise

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Yes i Eddy Offord


8 komentarzy:

  1. Fragile nie jest płytą lepszą od Close to the Edge. Fragile to płyta bardzo konwencjonalna, przypominająca zwykły rock.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli co? Beatlesów, Stonesów, The Who? No chyba jednak nie.

      Usuń
  2. Mnie też "Fragile" bardziej podoba się od "Close to the Edge" - chyba przez to, że jest bardziej energiczny i zwarty. Najlepszym momentem całości chyba jest "Heart of the Sunrise". W sumie mój ulubiony album Yes.
    Szkoda za to, że całość "Relayera" nie jest na poziomie "Bram delirium", bo byłby to najlepszy album Yes.
    Do którego momentu zamierzasz dociągnąć recenzje płyt grupy? Bo od pewnego momentu to oni nagrywali paskudne rzeczy (jak "Big Generator"). I co sądzisz o "ABWH"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrecenzowane miałem prawie wszystkie albumy od debiutu do "90125" (bez "Tormato" i koncertówki), a także dwa najnowsze studyjne. Z okresu pomiędzy, mało czego w ogóle słuchałem i właściwie nic nie pamiętam. "ABWH" w ogóle nie mogę sobie przypomnieć.

      Myślę, że jak już zabiorę się za poprawki, to dociągnę do lat 90., tym razem niczego nie pomijając. Ale najpierw chciałbym dobrze te albumy poznać, bo jakoś nigdy mi nie było po drodze z Yes.

      Usuń
  3. Pretensjonalność nie, ale barok i przepych tak. Jak dla mnie to jest Gentle Giant zmiksowany przez Van Der Graaf Generator - czyli mnóstwo słodkich melodyjek (chociaż jest tam taki hardrockowy moment, nie pamiętam który to utwór, coś ze środka), instrumentalne nieograniczenie a zarazem koszmarny chaos, który bardzo dezorientuje słuchacza.

    Tak, tutaj są moment które są szczytem kompozytorskim, ale zaraz zespół wpieprza coś zupełnie z tym niezwiązanego, mimo że dalej jest to ten sam utwór.

    Podoba mi się ta miniaturka robiona na Beethovena, ten akustyczny popis też jest fajny. Dla mnie nie ma sensu gdy płyta jest taka, że nie można powiedzieć czy to jeszcze stary utwór czy już nowy. A i Roundabout i inne długie kawałki cierpią na tę przypadłość. Dodawszy do tego te miniaturowe fragmenty naprawdę nie wiadomo o co chodzi. Chyba "The Yes Album" mi się będzie bardziej podobał, bo zacząłem go słuchać parę dni temu i było nieźle.

    6/10, ale trochę wbrew sobie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Cans and Brahms", jak wskazuje tytuł, nawiązuje do Brahmsa, a nie Beethovena, choć trochę racji masz, bo to ta sama epoka. Natomiast budowa "Roundbout" nie powinna dziwić biorąc pod uwagę tytuł, który można przetłumaczyć jako "rondo", a tak właśnie nazywa się jedna z klasycznych form muzycznych, polegająca (w uproszczeniu) na takim przeplataniu różnych sekcji w pewnym porządku. Nie wiem natomiast, w którym momencie można pomyśleć, że zaczyna się inny utwór - wyraźnie słychać, że to jedna forma. Podobnie jak w "South Side of the Sky" (to ten hardrockowy) i "Heart of the Sunshine". Jedyny moment wprawiający w konfuzję, to wydzielenie końcówki "Long Distance Runaround" jako osobny utwór - cóż, zapewne chodziło o to, żeby Squire też dostał kasę za solowy kawałek.

      Usuń
    2. Ok, może w "Heart of the Sunshine" trochę błądzą.

      Usuń
    3. Mi właśnie Beethoven się bardziej tutaj kojarzył

      Rzeczywiście Yes album mi się bardziej podobał, aczkolwiek słyszę że nie jest on tak rozpasany kompozytorsko jak ten (czyt. muzycy nie grają jeszcze tak swobodnie), w związku z czym on jest zapewne zwyczajnie prostszy dla laika. We "Fragile" takich momentów kiedy miałem wątpliwości czy to jeszcze stary czy to już nowy było mnóstwo, Nie przywołam Ci z pamięci co (ale nawet w samym Roundabout był "zwodniczy" koniec który okazał się nie być końcem), bo już dziś za dużo słuchałem, ale było tego na tyle dużo, że gdybym nie pilnował to nawet te miniaturki wziąłbym za fragment jakichś innych utworów.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.