7 maja 2014

[Recenzja] High Tide - "Sea Shanties" (1969)



"Sea Shanties", debiutancki album High Tide, to jeden z najciekawszych, zapomnianych longplayów ubiegłego wieku. Zespół zaprezentował tutaj swój unikalny styl, którego głównymi składnikami są ciężkie, sfuzzowane gitary, śpiew w stylu Jima Morrisona, oraz nierzadko pierwszoplanowa rola skrzypiec - instrumentu rzadko wówczas spotykanego w muzyce rockowej (wcześniej pojawił się w kilku utworach Beatlesów, ale na tak szeroką skalę stosowała go chyba tylko równie zapomniana grupa East of Eden). Otwierający całość, mocny "Futilist's Lament" opiera się na riffach, nie tak odległych od tych, które kilka miesięcy później muzycy Black Sabbath zaprezentowali na swoim debiucie. Dalej mamy prawdziwy odlot, w postaci ponad 9-minutowego, instrumentalnego "Death Warmed Up". To przede wszystkim popis Simona House'a na skrzypcach, którego dynamiczna gra idealnie pasuje do ostrego, proto-metalowego podkładu pozostałych muzyków.

Zancznie więcej dzieje się jednak w o połowę krótszym "Pushed, But Not Forgotten", w którym łagodne fragmenty balladowe raz po raz przeplatane są kolejnymi psychodelicznymi odlotami. Bardzo interesującą kompozycją jest także "Walking Down Their Outlook", wyróżniający się bardzo przebojową melodią w stylu The Doors, pełen jednak różnych przejść i zmian nastrojów. Na pewno nie jest to kawałek pasujący do radia, choć momentalnie zapadający w pamięć. Tytuł albumu najlepiej chyba pasuje do "Missing Out" - kolejnego rozbudowanego, niemal dziesięciominutowego utworu. Melodia i brzmienie skrzypiec jak najbardziej kojarzą się z szantami, brzmienie jest jednak tak samo przesterowane, jak w pozostałych utworach, a długie popisy solowe także są domeną rocka. Finałowy "Nowhere" to kolejny utwór, w którym psychodeliczne popisy przeplatają się z ładnymi fragmentami z morrisonowskim śpiewem.

Pomimo skojarzeń z The Doors czy Black Sabbath, pojawiających się podczas słuchania "Sea Shanties", jest to album absolutnie wyjątkowy, niepowtarzalny - być może dlatego nie spotkał się z uznaniem ówczesnych słuchaczy, a grupa popadła w zapomnienie. Jeśli jednak jest się wielbicielem muzyki z tamtych lat - koniecznie trzeba znać ten longplay.

Ocena: 9/10 



High Tide - "Sea Shanties" (1969)

1. Futilist's Lament; 2. Death Warmed Up; 3. Pushed, But Not Forgotten; 4. Walking Down Their Outlook; 5. Missing Out; 6. Nowhere

Skład: Tony Hill - wokal i gitara; Simon House - skrzypce i organy; Peter Pavli - bass; Roger Hadden - perkusja
Producent: Denny Gerrard


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.