8 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Born Again" Black Sabbath

Tym razem o jednej z najbrzydszych i najgorszych okładek wszech czasów, za którą kryje się interesująca historia powstania...


Kiedy ją zobaczyłem, zwymiotowałem - to wyznanie ówczesnego wokalisty Black Sabbath, Iana Gillana. Lider zespołu, gitarzysta Tony Iommi, w swojej autobiografii pisał: Ian nie mógł uwierzyć, kiedy ją zobaczył: "Nie możecie tego zrobić. Nie możecie dać na okładce dziecka z rogami i szponami!". Był nią całkowicie zdegustowany. Podobno ktoś pokazał projekt okładki Donowi Ardenowi [ówczesny menadżer zespołu], a jemu się to spodobało. Wmawiał ją nam mówiąc: "Ona narobi mnóstwo zamieszania, wzbudzi zainteresowanie, wszyscy będą o tym mówić!". Kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem, byłem w rozterce, ale w końcu się na nią zgodziliśmy.

Oryginał.
Przygotowanie okładki Don Arden zlecił Steve'owi Joule'owi, projektującemu wówczas okładki na solowe albumy byłego wokalisty Black Sabbath, Ozzy'ego Osbourne'a. Joule, nie chcąc stracić roboty u samozwańczego Księcia Ciemności, postanowił przedstawić grupie najgorszy projekt, jaki był w stanie wymyślić. Taki, który na pewno nie zostanie zaakceptowany. W magazynie "Mind Alive" z 1968 roku znalazł zdjęcie noworodka i - nie mając pojęcia, że wcześniej zostało już wykorzystane na singlu "New Life" Depeche Mode - przerobił je, dodając krzykliwe kolory, a także takie szczegóły, jak rogi, kły i pazury. Wbrew jego oczekiwaniom, grafika została przyjęta.

Jakby tego było mało, Arden wpadł na pomysł ożywienia okładkowej postaci podczas koncertów. Pewnego wieczora powiedział: "Chcę wam coś pokazać" - pisał Iommi w autobiografii. Weszliśmy i w całkowitej ciemności zobaczyliśmy patrzące na nas czerwone oczy. Zapaliliśmy światło i naszym oczom ukazał się karzeł w lateksowym ubranku, wyglądający jak dzieciak z okładki. Pomyśleliśmy sobie, że teraz to Don już przesadził! A on na to: "To będzie wspaniałe urozmaicenie koncertu!". Plan zakładał, że karzeł będzie pojawiał się na scenie na samym początku występu - jeszcze przed wejściem zespołu - i wspinał na dekorację przedstawiającą Stonehenge. Mieliśmy taśmę z zapętlonym krzykiem niemowlaka - wyjaśniał Gillan. Karzeł miał polecieć do tytułu na kilka metrów i wtedy rozlegał się dźwięk dzwonów, a "roadie" wychodzili przebrani za druidów. Wyglądali wspaniale. Jeśli pominąć reeboki, wyglądali bardzo autentycznie. Myślałem, że zejdę ze śmiechu. Kiedy karzeł spadał ze Stonehenge, krzyki były wyciszane i wchodzili druidzi przy dźwiękach dzwonów Pierwszego wieczora wciąż słyszeliśmy krzyk po upadku karła. Miał spaść na materac, ale podczas pierwszego koncertu ktoś go usunął! Już nie widzieliśmy więcej karła! Myślę, że pobiegł prosto do drzwi.

Okładki albumu "Born Again" (1983) i singla "New Life" Depeche Mode (1981).

Trasa pełna była tego typu zdarzeń. Problemów dostarczyła także wspomniana makieta Stonehenge, nawiązująca do tytułu jednego z utworów na "Born Again". Pomysł narodził się na spotkaniu członków zespołu z firmą, która miała zaprojektować scenę na nadchodzące koncerty. Zapytali: "Czy ktoś ma jakiś pomysł na układ sceny?" - wspominał Gillan. Popatrzyliśmy po sobie, starając się coś wymyślić, i Geezer [Butler, basista] rzucił: "Stonehenge". A ten koleś na to: "Jaki wspaniały pomysł. Jak sobie to wyobrażasz?". Na co Geezer: "Oczywiście naturalnej wielkości". Zbudowali więc replikę Stonehenge, które jest bardzo duże. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał, ale mogliśmy to zmieścić jedynie w dwóch halach, a i tak można tam było wpakować tylko trzy słupy. Pozostałe od tamtej pory leżą w kontenerach gdzieś w dokach.

Tony Iommi w swojej autobiografii broni Butlera: Geezer naszkicował jak to powinno wyglądać i dał rysunek projektantom. Dwa, albo trzy miesiące później zobaczyliśmy gotowe dekoracje. Szczeny nam poopadały. Kamienie były tak wielkie, jak w prawdziwym Stonehenge. Realizatorzy źle zrozumieli zapiski Geezera i myśleli, że dekoracja ma mieć wymiary rzeczywiste. "Jak to się, u diabła, stało?" - zapytałem. "No więc, ja podałem im wymiary w centymetrach, ale oni chyba myśleli, że to jest w calach...". Byliśmy oszołomieni. Cały czas przychodziły kolejne elementy. Z tyłu były kolumny o szerokości przeciętnej łazienki, a na przedzie kolumny o wysokości 4 metrów. A oprócz tego, na scenie musiały się jeszcze pomieścić monitory i różne inne elementy wyposażenia. Na dodatek te kamloty, zrobione z drewna i włókna szklanego, były ciężkie jak cholera.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.