14 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Saints & Sinners" (1982)



Każdy zespół ma swoje wzloty i upadki. "Saints & Sinners" zalicza się do tych drugich. Słaby poziom wydawnictwa to poniekąd rezultat rozsypania się składu w trakcie sesji nagraniowej - w grupie zostali tylko David Coverdale i Jon Lord, pozostali muzycy odeszli po zarejestrowaniu swoich partii. Kilka miesięcy później wokaliście udało się namówić Micky'ego Moody'ego na powrót i obaj dokończyli album. W tym samym czasie do zespołu dołączyli nowi muzycy: gitarzysta Mel Galley, perkusista Cozy Powell (ex-Rainbow) i basista Colin Hodgkinson. Dwaj ostatni nie brali jednak udziału w wykańczaniu albumu, a wkład Galleya ograniczył się do nagrania chórków. Trochę szkoda, że zespół nie rozpoczął pracy nad albumem zupełnie od nowa - być może powstałoby coś bardziej interesującego od "Saints & Sinners".

Nie będę oryginalny, jeżeli napiszę, że są tu tylko dwa naprawdę udane utwory. Oczywiście mam na myśli te same dwa, które kilka lat później zostały ponownie nagrane na inny album. To te późniejsze wersje są dziś najbardziej znane. Na mnie zdecydowanie większe wrażenie robią oryginalne. Surowa, wolniejsza, cięższa i bardziej bluesowa wersja "Crying in the Rain" po prostu miażdży. A "Here I Go Again"? Tutaj jest to może mało ambitna, ale zgrabna, spokojna piosenka, jeszcze bez tego "ejtisowego" kiczu, psującego późniejszą wersję. Na pozostałe kawałki zabrakło niestety pomysłu. Nie są to może jakieś ewidentne wpadki, ale też niczym nie zachwycają. Niektóre jednak mogą irytować tym, że Coverdale bezwstydnie plagiatuje w nich styl Led Zeppelin. Momentami można mieć wątpliwości czy przypadkiem na płycie nie występuje gościnnie Robert Plant ("Love an' Affection", "Victim of Love", "Saints an' Sinners"). Wokalista o tak charakterystycznym głosie, jak Coverdale, nie powinien udawać innego słynnego wokalisty.

Ocena: 6/10



Whitesnake - "Saints & Sinners" (1982)

1. Young Blood; 2. Rough an' Ready; 3. Bloody Luxury; 4. Victim of Love; 5. Crying in the Rain; 6. Here I Go Again; 7. Love an' Affection; 8. Rock an' Roll Angels; 9. Dancing Girls; 10. Saints an' Sinners

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara; Neil Murray - bass; Ian Paice - perkusja; Jon Lord - instr. klawiszowe
Gościnnie: Mel Galley - dodatkowy wokal
Producent: Martin Birch


1 komentarz:

  1. Nie jest to aż tak zła płyta. Po prostu ukazała się po 4 genialnych albumach a prezentuje identyczną i nieco wyeksploatowaną już stylistykę. Zabrakło pomysłu na rozwinięcie tego stylu. Nie zachwyca też brzmienie. Taki monumentalny blues jak Crying in the Rain aż prosi się nieco potężniejszą produkcję. Bynajmniej nie chodzi mi tu o brzmienie z 1987. Co do zarzutów o kopiowanie Roberta Planta to dla mnie jest to nieporozumienie. Zawsze irytowały mnie te porównania Davida z Plantem. Kiedyś nawet mnie to wkurzało ale teraz się z tego śmieję. Powiem tak: Robert Plant nigdy nie zbliżył się do poziomu Davida Coverdale'a. Szczególnie widać to na koncertach, na których Plant bardzo często nie dawał rady w swoich utworach. Słuchając natomiast jak David śpiewa utwory Planta w 1993 r.podczas trasy z Jimmy Page'm uważam że zmiótł on Planta chociażby wykonaniem słynnego Rock n Roll. Co za moc w głosie!!! Nie wspomnę już o tym jak David śpiewał na koncertach w swoich najlepszych latach w Deep Purple czy Whitesnake. Coverdale jest jest a raczej był wokalistą wybitnym posiadającym swój niezwykły styl i charyzmę. Owszem widoczne są inspiracje Plantem ale nigdy nie nazwałbym tego imitacją. Zresztą już bardziej słychać u niego Paula Rogersa. Te charakterystyczne i niepowtarzalne westchnięcia to magia głosu Davida. Głosu którego niestety od wielu lat już nie ma.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.