22 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Forevermore" (2011)



Nie jest to dobry album. Jakoś strasznie nieudany też nie - po prostu bardzo przeciętny i schematyczny. Nagrany chyba tylko po to, żeby przypomnieć o istnieniu zespołu i dać pretekst do wyruszenia na trasę. Przeważają tu energetyczne, hard rockowe utwory (np. "All of Luck", "Love Will Set You Free"), które ciężko od siebie odróżnić. W żadnym z nich nie ma jakiegoś przyciągającego uwagę riffu czy solówki. W najlepszym wypadku jest chwytliwa linia wokalna Coverdale'a ("Love and Treat Me Right"). Częściej zdarzają się tu jednak melodie banalne - zwłaszcza w spokojniejszych kawałkach, jak w "Fare Thee Well" i naprawdę koszmarnym "One of These Days". Rozwleczonych "Easier Said Than Done" i "Forevermore" nie jestem w stanie przesłuchać w całości. Nawet "Whipping Boy Blues" - ewidentnie nawiązujący do mojego ulubionego, bluesowo hard rockowego okresu twórczości Whitesnake - jest po prostu nijaki.

Cały album sprawia wrażenie wymuszonego i nagranego na siłę. Owszem, David Coverdale nie musi już nikomu niczego udowadniać, ani niczym zaskakiwać. Dzięki dokonaniom z Deep Purple i multiplatynowemu "1987" nie szybko zostanie zapomniany. W przeciwieństwie do utworów z "Forevermore" - one nie będą grane na kolejnych trasach, nie będą umieszczane na składankach. Chyba, że zespół na siłę będzie chciał udowodnić, że to ten sam poziom, co np. "Fool for Your Loving" lub "Love Ain't No Stranger", i że na listach przebojów mogłyby konkurować z "Here I Go Again" i "Is This Love". Ale chyba nikt się na to nie nabierze. Jeżeli zaś chodzi o poniższą ocenę - jest to po prostu informacja, że "Forevermore" jest albumem zupełnie niepotrzebnym, którego mogłoby nie być. Zawarta tu muzyka, mimo wszystko, zasługuje na odrobinę wyższą ocenę.

Ocena: 5/10



Whitesnake - "Forevermore" (2011)

1. Steal Your Heart Away; 2. All Out of Luck; 3. Love Will Set You Free; 4. Easier Said Than Done; 5. Tell Me How; 6. I Need You (Shine a Light); 7. One of These Days; 8. Love and Treat Me Right; 9. Dogs in the Street; 10. Fare Thee Well; 11. Whipping Boy Blues; 12. My Evil Ways; 13. Forevermore

Skład: David Coverdale - wokal; Doug Aldrich - gitara; Reb Beach - gitara; Michael Devin - bass; Brian Tichy - perkusja
Gościnnie: Timothy Drury - instr. klawiszowe
Producent: David Coverdale, Doug Aldrich i Michael McIntyr


10 komentarzy:

  1. Po całkiem udanym "Good To Be Bad" ten album rozczarowuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze, zupełnie nie zgadzam się z kolegami. Dla mnie to kawał solidnego hard - rocka, a tytułowy numer to jeden z najlepszych w dyskografii grupy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma prawo do własnego zdania ;) Niestety, mając za punkt odniesienia takie albumy, jak "Ready an' Willing", "Come an' Get It" czy "Lovehunter", nie jestem w stanie zachwycić się muzyką zawartą na "Forevermore".

      Usuń
    2. Trudno porównywać obecne poczynania zespołu do jego wczesnego wcielenia i jeśli ktoś za punkt odniesienia stawia tamte czasy to popełnia poważny błąd. W tamtym składzie grali i Lord i Paice i juz ich obecność sprawia że muzyka jest dobra. Dzisiaj już nie ma takich muzyków. Dlatego też Wąż stał się bardziej hard - rockowy i nowoczesny. Nie można wciąż żyć przeszłością dlatego też Coverdale tożsamość zespołu odświeżył i nadał mocniejszego brzmienia. Uwielbiam wczesny Whitesnake ale podoba mi się bardzo również obecne wcielenie grupy. Brzmieniu towarzyszy niesamowita energia, której dawno w zespole nie było.

      Usuń
    3. W tamtym składzie byli nie tylko świetni muzycy, ale też całkiem nieźli kompozytorzy. Obecnie Coverdale otacza się kiepskimi rzemieślnikami, którzy nie potrafią nawet dobrze odegrać starszych utworów, a co dopiero pisać nowe. Jeżeli dobrze zrozumiałem, to wg Ciebie brak utalentowanych muzyków w tym składzie jest powodem, aby przychylniej oceniać jego "dzieła". Ale kierując się taką logiką, powinno się wysoko oceniać jakiś totalny chłam, produkowany przez zespoły typu Nickelback, bo nie grają w nich dobrzy muzycy ;)

      Nie zgadzam się też z tym, że nie powinno się oceniać nowych albumów jakiekolwiek wykonawcy przez pryzmat jego wcześniejszych dokonań. Ale nawet gdybym za punkt odniesienia przyjął współczesny hard rock, ocena byłaby tak samo niska.

      Usuń
    4. Źle mnie zrozumiałeś, nie o to mi chodziło. Ale zostawmy to. Uważam jednak że Tommy Aldridge czy Dough Aldrich to bardzo zdolni muzycy a ten ostatni też kompozytorsko sobie radzi.

      Usuń
    5. Tommy Aldridge akurat na tym albumie nie gra, ale to rzeczywiście najlepszy muzyk jaki przewinął się przez "nowy" Whitesnake. A Dough Aldrich kompletnie mi nie pasuje jako gitarzysta. Zniechęciła mnie do niego jego solówka w "Heaven and Hell" na koncertówce "Evil or Divine" Dio. Tak - za przeproszeniem - spieprzył ten genialny utwór, że chyba już nigdy nie będę w stanie powiedzieć o nim cokolwiek dobrego. W ogóle nie pasuje mi taki styl gry. Z gitarzystów, któzy przewinęli się przez Whitesnake odpowiadają mi tylko Bernie Marsden i Micky Moody, którzy mieli bluesowe wyczucie. Wszyscy późniejsi tylko popisywali się techniką, brakowało w ich grze tzw. "duszy".

      Usuń
    6. Tak oczywiście Tommy na tej płycie nie gra, ale chyba znów wrócił do zespołu. Co do H&H to ten kawałek musi grać tylko Iommi. Pamiętam jak zagrał to Vivian Campbell, który na płytach Dio pokazuje klasę, ale ten numer wyraźnie mu nie wyszedł.

      Usuń
    7. Tak, znowu gra w zespole - a właściwie powinienem napisać "marnuje się w nim", bo Coverdale postanowił przekształcić Whitesnake w cover band Deep Purple...

      Problem z gitarzystami Dio polegał chyba na tym, że oni próbowali zagrać to solo dokładnie tak, jak Iommi w wersji studyjnej. A to jest chyba niewykonalne. Podczas nagrywania tej solówki pojawiła się jakaś magia, której nigdy później nie udało się odtworzyć. Sam Tony musiał zdawać sobie z tego sprawę, skoro na koncertach nigdy nie próbował grać jej tak, jak w studiu - zawsze wymyślał jakąś nową solówkę. To utwór bardzo dobrze sprawdzający się na koncertach, ale żadna wersja "live" nie może się równać ze studyjną. Chociaż przeważnie preferuję wersję koncertowe, "Heaven and Hell" zdecydowanie wolę w albumowej. Innym takim utworem jest "Mistreated". Słyszałem z kilkanaście różnych wersji na żywo, w wykonaniach czterech różnych zespołów (Deep Purple, Whitesnake, Rainbow, Dio) i chociaż były wśród nich genialne wykonania, żadne nie miało magii wersji z "Burn".

      Usuń
  3. A ja z kolei zdecydowanie wolę wersje live obu tych utworów. Uwielbiam improwizacje Tonego momentami mające lekko jazzowe zabarwienie. A słuchając tego numeru z koncertu Wacken z 2009 po prostu odlatuję. Tej improwizacji można słuchać bez końca. No i to brzmienie...wgniata w siedzenie. Z kolei Mistreated znam również z wykonań wspominanych przez Ciebie zespołów. Oczywiście Ritchie jest jedyny i niepowtarzalny a jego wykonanie koncertowe tego numeru to majstersztyk balansowania między delikatnym bluesowym graniem a mięsistym blues rockiem. W środkowej części utworu podczas improziwacji, od ciszy przechodzi niemal do trzęsienia ziemi. No i całości dopełnia absolutnie niesamowity Coverdale, który podobnie jak Blackmore jest tu niezastąpiony. W ciekawy sposób zagrali to Whitesnake na Live in The Heart of the City (szczególnie gitary Moody`ego i Marsdena) oraz na Donington 83 (wokal Davida powala na kolana).

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.