20 lutego 2014

[Recenzja] Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)



John Lennon i Paul McCartney byli tymi Beatlesami, którzy mieli największe predyspozycje, aby osiągnąć sukces poza grupą. O ile jednak pierwszy z nich już od początku kariery solowej potrafił zabłysnąć utworami - jeśli nie całymi albumami - na poziomie dokonań Wspaniałej Czwórki, tak działalność McCartneya początkowo przynosiła przede wszystkim rozczarowanie. Po słabym przyjęciu przez krytykę brzmiącego jak demówka debiutu "McCartney" i wypełnionego mdłymi, popowymi melodiami "Ram", muzyk postanowił stworzyć prawdziwy zespół. Niewiele to jednak pomogło, bo dwa pierwsze albumy wydane pod szyldem Wings, "Wild Life" i "Red Rose Speedway", prezentowały niewiele wyższy poziom od wcześniejszych post-beatlesowskich dokonań Paula.

Przełomem okazała się kompozycja "Live and Let Die", napisana do kolejnego filmu o Jamesie Bondzie, "Żyj i pozwól umrzeć". Świetny utwór, pełen zmian nastroju i tempa. McCartney udowodnił nim, że wciąż ma potencjał, by stworzyć coś wielkiego. Co więcej, poziom udało się utrzymać na kolejnym długogrającym albumie Wings, "Band on the Run". Nagranym w składzie okrojonym o gitarzystę Henry McCullough i perkusistę Denny Seiwell, za to z pomocą saksofonisty Howiego Casey'a i słynnego perkusisty Gingera Bakera (znanego m.in. z Cream i Blind Faith).

Pierwsza strona albumu to właściwie przebój za przebojem. Rozpoczynający całość tytułowy "Band on the Run" wyróżnia się licznymi zmianami motywów - tak naprawdę są to trzy utwory połączone w jeden - i bardzo chwytliwym refrenem. Dalej pojawia się dynamiczny "Jet", oparty na gitarowo-saksofonowym riffie. Chwilę wytchnienia przynosi akustyczny "Bluebird", z cudowną solówką na saksofonie. Po chwili jednak znów jest bardziej dynamicznie - i przebojowo - w utworach "Mrs Vandebilt" i "Let Me Roll It". Co ciekawe, ten ostatni bardziej przypomina twórczość Lennona, niż McCartneya, także w warstwie wokalnej. Z kolei melodyjny "No Words" przypomina piosenki George'a Harrisona.

Otwierający drugą stronę longplaya, folkowy "Mamunia" jest ewidentnym wypełniaczem - do bólu banalny i kiczowaty kawałek. Na szczęście pozostałe utwory trzymają poziom. Po wspomnianym już "No Words" następuje trochę dziwny, eksperymentalny "Picasso's Last Words (Drink to Me)", w którym pojawiają się cytaty z innych utworów z albumu ("Jet" i "Mrs Vandebilt"). Finał to kolejny dynamiczny, rozbudowany utwór, "Nineteen Hundred and Eighty-Five", pokazujący, że McCartney potrafi tworzyć także bardziej ambitne kompozycje. W końcówce znowu pojawia się fragment innego utworu, tym razem wyjęty z "Band on the Run". Amerykańskie wydanie longplaya zawierało dodatkowo singlowy, trochę banalny "Helen Wheels".

Ocena: 8/10



Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)

1. Band on the Run; 2. Jet; 3. Bluebird; 4. Mrs Vandebilt; 5. Let Me Roll It; 6. Mamunia; 7. No Words; 8. Picasso's Last Words (Drink to Me); 9. Nineteen Hundred and Eighty-Five

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe i perkusja; Linda McCartney - instr. klawiszowe i wokal; Denny Laine - gitara, bass, instr. klawiszowe i wokal
Gościnnie: Howie Casey - saksofon (2-4); Remi Kabaka - instr. perkusyjne (3); Ginger Baker - instr. perkusyjne (8)
Producent: Paul McCartney i Geoff Emerick


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.