19 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Works, Volume 1" (1977)



Piąty album Emerson, Lake & Palmer znacznie się różni od poprzednich. Na tym dwupłytowym wydawnictwie każdy członek zespołu dostał jedną stronę (wydania winylowego), na której mógł zaprezentować swoje solowe nagrania. Pomysł niezbyt oryginalny, bo podobnie zrobili muzycy Pink Floyd, niemal dekadę wcześniej na albumie "Ummagumma" (1969). Dodatkowo, czwarta strona zawiera dwa utwory zarejestrowane już przez cały zespół - "Fanfare for the Common Man" (autorstwa kompozytora Aarona Coplanda) i "Pirates". Oba rozbudowane i pełne orkiestrowego rozmachu. Pierwszy, w znacznie skróconej wersji, został wydany na singlu i stał się jedynym brytyjskim przebojem ELP, dochodząc do 2. miejsca w tamtejszym notowaniu. Pełną wersję ciężko jednak wysłuchać w całości. Podobnie zresztą jak "Pirates". Nie jest to poziom wcześniejszych dokonań grupy. A jeszcze gorzej prezentują się pozostałe trzy strony...

Najmniej przekonująca jest strona Carla Palmera. Niesprawiedliwie byłoby jednak wymagać od niego czegoś lepszego - jest świetnym perkusistą, ale na poprzednich albumach grupy nie przejawiał skłonności kompozytorskich. Nic więc dziwnego, że ratował się cudzymi utworami ("The Enemy God Dances With the Black Spirits" to fragment "Suity scytyjskiej" Siergieja Prokofjewa, a "Two Part Invention in D Minor" to kompozycja Jana Sebestiana Bacha). Albo, że sięgnął po coś ze starszego repertuaru ELP ("Tank"). Problem jednak w tym, że cała strona brzmi bardzo eksperymentalnie i nie układa się w spójną całość. Natomiast poszczególne utwory niczym nie zachwycają.

Równie odległa od dawnych dokonań jest strona Keitha Emersona. Klawiszowiec na swojej połówce zaproponował 18-minutową kompozycję w formie trzyczęściowego koncertu na pianino i orkiestrę. "Piano Concerto No. 1" to interesujące dzieło, ale zupełnie nie pasujące do albumu - mimo wszystko - rockowego zespołu. Najbliższa wcześniejszej twórczości ELP jest strona Grega Lake'a. To po prostu pięć krótkich piosenek, wcale nie tak odległych od "Lucky Man" czy "From the Beginning". Jednak w porównaniu z nimi, wypadają bardzo banalnie. A przez udział orkiestry są zbyt przesłodzone.

Na pewno inny byłby mój odbiór indywidualnych nagrań muzyków, gdyby ukazały się na osobnych wydawnictwach, sygnowanych ich nazwiskami. Zwłaszcza strona Emersona pokazuje, że klawiszowiec był wówczas w stanie nagrać interesujący album solowy. Pozostała dwójka już niekoniecznie... Eksperyment zaproponowany przez nich na "Works, Volume 1" był po prostu nietrafiony. Inna sprawa, że pracując razem też nie byliby w stanie nagrać dzieła na miarę swoich poprzednich albumów - tak przynajmniej można sądzić po jakości dwóch wspólnie nagranych utworów.

Ocena: 4/10


PS. Kilka miesięcy po "Works, Volume 1" ukazał się album "Works, Volume 2", nie będący jednak kolejnym zbiorem indywidualnych utworów poszczególnych muzyków ELP, a zbiorem odrzutów z poprzednich albumów. Trafiły na niego m.in trzy utwory z sesji nagraniowej albumu "Brain Salad Surgery" ("Tiger in a Spotlight", "Brain Salad Surgery" i instrumentalny "When the Apple Blossoms Bloom in the Windmills of Your Mind I'll Be Your Valentine"). Żaden z nich nie jest szczególnie udany, ale każdy z nich nadawałby się, aby zając na tamtym albumie miejsce "Benny the Bouncer". Najlepszym momentem "Volume 2" jest natomiast akustyczny utwór "I Believe in Father Christmas" Grega Lake'a, który nagrał go już w 1974 roku i wydał jako solowy singiel, który doszedł do 2. miejsca brytyjskiego notowania. Wersja ELP została pozbawiona obecnej w oryginale orkiestracji, dzięki czemu brzmi znacznie lepiej. O pozostałych kawałkach z "dwójki" nie warto nawet wspominać.



Emerson, Lake & Palmer - "Works, Volume 1" (1977)

LP1: 1. Piano Concerto No. 1; 2. Lend Your Love to Me Tonight; 3. C'est la Vie; 4. Hallowed Be Thy Name; 5. Nobody Loves You Like I Do; 6. Closer to Believing
LP2: 1. The Enemy God Dances with the Black Spirits; 2. L.A. Nights; 3. New Orleans; 4. Two Part Invention in D Minor; 5. Food for Your Soul; 6. Tank; 7. Fanfare for the Common Man; 8. Pirates

Skład: Keith Emerson - instr. klawiszowe (LP1: 1, LP2: 2,7,8); Greg Lake - wokal, bass i gitara (LP1: 2-6, LP2: 7,8); Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne (LP2: 1-8)
Gościnnie: John Mayer - orkiestracja (LP1: 1, LP2: 8); London Philharmonic Orchestra - orkiestra (LP1: 1);  Tony Harris i Godfrey Salmon - orkiestracja (LP1: 2-6); Joe Walsh - gitara i wokal (LP2: 2); The Orchestra De L'Opera De Paris - orkiestra (LP2: 8)
Producent: Keith Emerson (LP1: 1), Greg Lake (LP1: 2-6, LP2: 5,7,8), Peter Sinfield (LP1: 2-6), Carl Palmer (LP2: 1-6)


4 komentarze:

  1. Zgadzam się co do dokonan Palmera i Emersona, są nudne i bez polotu.Za to kompozycje Lake-a to najpiękniejsze utwory na tej płycie jak nie z całej dyskografii ELP.Kompozycja Pirates całego zespołu równie piękna.To rock symfoniczny z zaaranżowaną orkiestrą zamiast badziewnych plastików udających ją.Moze i dokonania Lake sa tutaj piosenkowe, balladowe ale też zespół rockowy powinien potrafić nagrywać takie utwory, spokojne akustyczne a nie tylko łupać na jedno kopyto.A orkiestra tylko fajnie te ballady ubarwiła.Lepsze to niż mellotron udający skrzypce czy dęciaki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgodzę się co do melotronu - zamysł rzeczywiście był taki, żeby stworzyć instrument, który mógłby zastąpić orkiestrę. I tego zamysłu faktycznie nie udało się zrealizować, dźwięki wydawane przez melotron nie brzmiały jak orkiestra. Ale miały za to swój własny, niepowtarzalny charakter. I bynajmniej nie było to plastikowe brzmienie - weźmy taki "Epitaph" King Crimson. Potężne brzmienie tego utworu to w znacznym stopniu zasługa wykorzystania melotronu. Z orkiestrą pewnie i zabrzmiałoby to jeszcze potężniej, ale i zbyt pretensjonalnie. Bo co myśleć o zespole, który już na pierwszy album zaprosiłby orkiestrę? ;)

      Jeśli natomiast chodzi o utwory Lake'a - to już wyłącznie kwestia gustu. Wg mnie te z "Works" nie dorównują jego wcześniejszym kompozycjom: "Lucky Man", "From the Beginning" i "Still... You Turn Me On". Także późniejszy "I Believe in Father Christmas" cenię bardziej.

      Usuń
    2. Oki masz swoje zdanie, ja tam też mellotron lubię ale nie nachalnie udajacy orkiestrę.A w King Crimson uzycie mellotronu wyszło świetnie akurat choć z orkiestrą zabrzmiało by równie pewnie pieknie.Ale rzucę innym przykładem utwór Mad Mad Moon zespołu Genesis z Trick of the Tail, jakże piękniej brzmiałby z orkiestrą niż z tymi klawiszami ją udawającymi.Ale to moje zdanie.Wiadomo że Genesis też "orkiestrował" ale z mellotronami i syntezatorami.. w wielu momentach wychodziło to świetnie ale we wspomnianym utworze lepiej chyba by jednak orkiestra brzmiała.Takie moje zdanie.Co do utworów Lake-a to udowodniły tylko wszechstronność tego zespołu, może i najwyższym poziomie nie są ale dobrze że rockowy zespół i takie utwory nagrywał, był otwarty na taką muzykę.A nie jak niektóre tylko łupią na jedno kopyto, np AC/DC, tam tylko szybkie łup łup łup na różne terksty ale nuta ta sama.. i aranżacja tez.

      Usuń
    3. Ale przecież napisałem, że lubię akustyczne utwory Lake'a, tylko akurat nie te, które znalazły się na tym albumie ;)

      Też natomiast nie lubię zespołów, które ciągle nagrywają jeden utwór. Dlatego też nie wracam nigdy do większości albumów AC/DC. Ale wbrew pozorom, ten zespół ma kilka utworów, które wyłamują się ze schematu: "Love Song" (akustyczna ballada!), "Ride On", "Night Prowler", "The Razors Edge" - tyle przychodzi mi teraz do głowy, ale jest ich więcej.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.