16 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "A Trick of the Tail" (1976)



Muzycy długo nie mogli znaleźć godnego następcy Petera Gabriela. W końcu zdecydowali się na sztuczkę z ogonem (jak można tłumaczyć tytuł "A Trick of the Tail"), a mianowicie powierzenie roli frontmana muzykowi, który dotąd przebywał na końcu sceny, schowany za zestawem perkusyjnym. Phil Collins w roli głównego wokalisty Genesis występował już wcześniej (utwory "For Absent Friends" i "More Fool Me"), a w studiu mógł bez problemu nagrywać zarówno wokale, jak i partię perkusji. Wystarczyło tylko wynająć dodatkowego bębniarza na koncerty (przez pewien czas rolę tą pełnił sam Bill Bruford, znany z King Crimson i Yes). Pozostawała jednak pewna kwestia do wyjaśnienia. Collins dotąd śpiewał jedynie w kawałkach o charakterze balladowym. Nie było wiadomo jak poradzi sobie z mocniejszym materiałem. Wszelkie wątpliwości rozwiało dopiero wykonanie przez niego utworu "Squonk".

Zespół na "A Trick of the Tail" nie odbiega szczególnie od swojego dotychczasowego stylu. Album jest nawet bardziej progresywny od poprzedniego w dyskografii "The Lamb Lies on Broadway". Już na początek muzycy proponują "Dance on a Volcano" - dynamiczny, rozbudowany i dość skomplikowany utwór. Swoje umiejętności do tworzenia takich właśnie kompozycji, pokazują także we wspomnianym "Squonk", oraz w finałowym, instrumentalnym "Los Endos". Z drugiej strony, longplay zawiera także zapowiedź późniejszych zmian - w prostszym, bardzo przebojowym (ale jeszcze w pozytywnym tego słowa znaczeniu) utworze tytułowym, a także w żartobliwym, radosnym "Robbery, Assault & Battery".

Ponadto album potwierdza zamiłowanie Collinsa do śpiewania utworów balladowych. Znalazły się tutaj aż trzy kompozycje tego typu. Naprawdę przejmującą partią wokalną wyróżnia się prześliczny "Entangled". Utwór opiera się głównie na brzmieniu gitar akustycznych, uzupełnianym przez syntezatorowe dźwięki kreowane przez Tony'ego Banksa. Równie pięknie wypada bardziej dynamiczny "Ripples", z podniosłym refrenem. Balladowe fragmenty, z dużą rolą fortepianu i melotronu, można znaleźć także w "Mad Man Moon".

Chociaż zespół stracił charyzmatycznego wokalistę, to nie przeszkodziło to muzykom nagrać kolejne wielkie dzieło. Album rozwijający pomysły z poprzednich wydawnictw, a jednocześnie wnoszący coś nowego do twórczości zespołu.

Ocena: 9/10



Genesis - "A Trick of the Tail" (1976)

1. Dance on a Volcano; 2. Entangled; 3. Squonk; 4. Mad Man Moon; 5. Robbery, Assault & Battery; 6. Ripples; 7. A Trick of the Tail; 8. Los Endos

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara
Producent: David Hentschel i Genesis


2 komentarze:

  1. Kuba Jasiński8 czerwca 2016 14:23

    Z tą płytą mam pewien problem, oczywiście cały czas poruszających się w bardzo wąskim zakresie dzieł genialnych i ponadczasowych. Otóż nadal twierdzę, jak już pisałem kiedyś na forum 80s że jest trochę nierówna. Ok, Entangled to jedna z najpiękniejszych piosenek zespołu w ogóle, zdecydowany mój i chyba nie tylko mój faworyt ze Sztuczki. Ripples, zachwyca zwłaszcza część instrumentalna, która stanowi jakby utwór wewnątrz utworu, aczkolwiek linia melodyczna i refren, trochę zbyt banalne jak dla mnie. Squonk kiedyś mniej mi się podobał, jednak jest to dość interesująca i niebanalna w konstrukcji piosenka. Warto zauważyć, że partia klawiszy niejako antycypuje późniejsze Turn It On Again. Robbery, Assault and Battery zawsze mi się podobał, jedna z ich operetek, następca Harold the Barrel, Get'em Out by Friday czy The Colony of Slippermen, Banks daje tutaj kolejny ekscytujący popis. Utwór tytułowy, to w zasadzie po prostu zwyczajna piosenka, o nieco wodewilowym charakterze. Natomiast Mad Man Moon i Los Endos nadal mnie nie przekonują. Pierwszy wydaje się wymuszony i sztucznie rozciągnięty. Właśnie tą kompozycję, a nie One for the Vine typowałbym jako przykład długiej kompozycji pisanej jakby "za karę". Jednak pomimo tego, nadal uważam, że ta płyta to klasyka rocka progresywnego i rocka w ogóle. Dlatego wszystkie płyty od Foxtrot po Wind and Wuthering wyceniłbym na 5 gwiazdek mimo wszystko. Bo chyba żadne z późniejszych dokonań nie zasługuje na tak wysoką ocenę. Może Invisible Touch, ale jeśli traktować ją jako dzieło zupełnie innego zespołu. Na tej płycie panowie osiągnęli perfekcję w pop-rockowym formacie. Może i na We Can't Dance mamy więcej ambitniejszego i bardziej zadumanego w swej wymowie materiału, ale skutkuje to też większym poziomem nierówności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś przez długi okres odstraszała mnie ta płyta przez osobę Phila Collinsa czyli synonim tandetnego i nachalnego popu z lat 80-ych który zapamiętałem z dzieciństwa i długo nie miałem Tricka ale wreszcie się kiedyś zmusiłem i nie pożałowałem...

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.