24 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Genesis" (1983)



Albumy "Duke" (1980) i "Abacab" (1981) okazały się wielkim komercyjnym sukcesem. Pod względem artystycznym nie były już jednak tak atrakcyjne. Zespół prawie całkowicie zrezygnował z elementów prog rockowych (zwłaszcza na drugiej z nich). Zamiast tego, muzycy zaproponowali zbiory chwytliwych, popowych piosenek, zdominowanych przez syntetyczne brzmienia. Tony Banks tłumaczył się z tego następująco: Udawało nam się działać bez singli do końca lat 70., ale w późniejszym okresie niewiele zespołów dawało sobie radę bez przebojów. Faktycznie, lata 80. nie były dobrym czasem dla tzw. "rocka albumowego". Jednak czy warto było odrzucić swoją muzyczną tożsamość, dla chwilowej popularności? Czas pokazał, że nie. Oba wymienione na wstępie albumy brzmią obecnie bardzo archaicznie, podczas gdy twórczość Genesis z lat 70. - wciąż świeżo.

Muzycy szybko jednak zatęsknili za bardziej ambitnym graniem, czego dowodem ich kolejny longplay, "Genesis". Jego pierwsza strona to najbardziej progresywna rzecz jaką nagrali od czasu albumu "...And Then There Were Tree...". Już na początek czeka jeden z najwspanialszych utworów w całym dorobku grupy, "Mama". Oparty na monotonnym rytmie automatu perkusyjnego (prawdziwe bębny wchodzą dopiero w drugiej połowie), z niepokojącymi dźwiękami klawiszy i gitary. Najbardziej przerażająco brzmią jednak nagłe wybuchy śmiechu Collinsa. Zresztą to chyba właśnie ten utwór zawiera jego życiową partię wokalną. Paradoksalnie, mimo ambitnego charakteru tej kompozycji, to właśnie "Mama" była największym singlowym przebojem zespołu w Wielkiej Brytanii (4. miejsce na UK Singles Chart).

"That's All" i "Home by the Sea" mają już bardziej piosenkowy charakter, jednak daleko im do banalności. A druga odsłona tego drugiego utworu, "Second Home by the Sea", to głównie granie instrumentalne, zdominowane przez długie popisy solowe muzyków (głównie Banksa). Gdyby cała płyta była utrzymana w takim stylu, byłby to jeden z najwspanialszych albumów zespołu. Niestety, druga strona to pięć krótkich piosenek, o zdecydowanie popowym charakterze. Już na początek pojawia się strasznie naiwny, irytujący prostotą i syntetycznym brzmieniem "Illegal Alien" (kolejny singlowy przebój). Kolejne cztery kawałki utrzymane są w podobnym stylu. Ewentualnie można wyróżnić balladowy "Taking It All Too Hard", który mimo wszystkich wad, jest na swój sposób nawet uroczy. O reszcie można zapomnieć. Najlepiej jeszcze przed próbą przesłuchania ich.

Ocena: 6/10



Genesis - "Genesis" (1983)

1. Mama; 2. That's All; 3. Home by the Sea; 4. Second Home by the Sea; 5. Illegal Alien; 6. Taking It All Too Hard; 7. Just a Job to Do; 8. Silver Rainbow; 9. It's Gonna Get Better

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i Hugh Padgham


5 komentarzy:

  1. Nigdy się w nich nie zasłuchiwałam, choć nie mogę powiedzieć, że ich nie słuchałam;) Jak na razie szykuję się na koncert starych, wspaniałych zespołów.
    Coolturalny-tygodnik.blogspot.com Serdecznie zapraszam!

    OdpowiedzUsuń
  2. będzie kiedyś recenzja Duke'a ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, żeby chciało mi się kiedyś jeszcze wracać do tego albumu.

      Usuń
    2. mi z każdym przesłuchaniem podoba się coraz bardziej

      Usuń
  3. Słucham właśnie "Misunderstanding", a wcześniej jeszcze "Duchess" z "Duke" - za przeproszeniem idzie się porzygać z nudów. Jedyne co mi się podoba z tego albumu to chyba "Behind The Lines" i "Turn It On Again". Pierwszy jest i może rozbudowany, zrobiony na wzór wcześniejszych dzieł Genesis, ale kompletnie NICZYM się nie wyróżnia, jest taki do bólu nijaki. Drugi to normalny hard rock.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.