9 czerwca 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Black Sabbath

Niniejszym tekstem rozpoczynam nowy cykl, poświęcony najważniejszym utworom w repertuarze danego wykonawcy. Omówienia będą dokładniejsze niż w recenzjach, gdzie nie ma miejsca na umieszczanie wszystkich ciekawostek dotyczących poszczególnych kawałków. Pierwszym zespołem jaki dostąpi tego zaszczytu jest Black Sabbath, który właśnie powrócił z nowym albumem, "13".

Oryginalny skład zespołu: Ozzy Osbourne, Geezer Butler, Tony Iommi i Bill Ward.


1. "Black Sabbath" (z albumu "Black Sabbath", 1970)

Mroczny utwór otwierający debiutancki album. Rozpoczyna się odgłosami burzy i bijącego dzwonu, po kilkudziesięciu sekundach wchodzi porażający riff, oparty na "diabelskim" trytonie - interwale, czyli odległości pomiędzy dwoma dźwiękami, wynoszącym pełne trzy tony, wywołującym dysonans.
"Black Sabbath" był jednym z dwóch pierwszych utworów stworzonych przez zespół (drugi to "Wicked World"). Grając [ten utwór] dostawaliśmy gęsiej skórki, bo było to takie inne - pisał Tony Iommi w swojej autobiografii "Iron Man". Nie wiedzieliśmy co to jest, ale nam się podobało. Wymyśliłem ten riff, zagrałem "dam-dam-dammm" i wtedy mnie olśniło - to jest to! Zbudowaliśmy na tym cały utwór.
Prosta rzecz, ale miała swój styl - kontynuował Iommi. Dopiero później dowiedziałem się, że użyłem czegoś, co nazywane jest "diabelskim interwałem". Zestawu akordów tak mrocznego, że w Średniowieczu jego używanie było zakazane przez Kościół. Nie miałem o tym pojęcia, to było po prostu coś, co czułem w sobie. Zupełnie jakby się ze mnie wyrwało na wolność, nuty płynęły same z siebie. Potem wszyscy zaczęli dokładać po kawałeczku i na końcu stwierdziliśmy, że to zadziwiający utwór. Dziwny, ale dobry.
Gitarzysta wyjaśnia także jaki był wkład pozostałych członków zespołu, w powstanie tej kompozycji. Przyznaje, ze autorem tekstu jest basista Geezer Butler. Ja nie mógłbym tak siedzieć i pisać, a Bill [Ward, perkusista] siedziałby dwadzieścia lat nad jedną linijką - opowiada Iommi.  Ozzy wymyślił linię melodyczną wokalu. Po prostu śpiewał, co mu przyszło do głowy. Potem Geezer dorabiał do tego właściwe słowa. Obaj odwalili kawał porządnej roboty.
Tekst opowiada o historii, która przytrafiła się basiście. Pewnego wieczora, przed zaśnięciem, czytał książkę o czarnej magii, pożyczoną od Osbourne'a. Kiedy kilka godzin później nagle się obudził, zobaczył pochylającą się nad nim ciemną postać. Początkowo nie mógł się poruszyć, a kiedy udało mu się wstać - zjawa zniknęła. Zniknęła też książka.
Utwór przyczynił się do posądzeń zespołu o satanizm, co jednak ciężko zrozumieć, biorąc pod uwagę tekst - czy jakikolwiek satanista krzyczałby please God help me? Pierwotnie utwór był dłuższy o jedną zwrotkę - w takiej wersji został zagrany podczas sesji dla programu Johna Peela w BBC Radio 1, która odbyła się 26 kwietnia 1970 roku. Jej zapis można znaleźć na kompilacji "The Ozzman Cometh" (1997), zawierającej przede wszystkim solowe przeboje Ozzy'ego Osbourne'a.
Utwór "Black Sabbath" został wydany na singlu we Francji, Japonii i na Filipinach.


2. "The Wizard" (z albumu "Black Sabbath", 1970)

Utwór znacznie pogodniejszy od poprzedzającego go na płycie, mrocznego "Black Sabbath". Zdradzający, że zespół początkowo mocno siedział w bluesie - pojawia się tutaj nie tylko charakterystyczny dla tej muzyki riff (oczywiście brzmiący odpowiednio ciężej), ale także harmonijka, na której zagrał Ozzy. W ciągu całej swojej kariery po ten instrument sięgnął jeszcze tylko trzykrotnie - w utworze "Swinging the Chain" z albumu "Never Say Die", solowym "Black Rain" z longplaya o tym samym tytule (wyd. 2007), oraz w "Damaged Soul" z sabbathowej "Trzynastki".
Tekst "The Wizard" opowiada o czarodzieju, który używa magii, by rozweselić ludzi. Muzycy udowodniają tym samym, że wbrew stereotypom dotyczących muzyków heavy metalowych, ich fascynacja okultyzmem nie dotyczy tylko negatywnych jego aspektów. Butler przyznawał, że w tamtym czasie czytał "Władcę pierścieni" Tolkiena i zainspirowało go postać Gandalfa, jednak tekst bywa różnie interpretowany. Niektórzy są przekonani, że tytułowy czarodziej to... dealer narkotyków. Późniejsze teksty zespołu (patrz opisy "Sweet Leaf" i "Snowblind") potwierdzają tą drugą teorię. Potwierdza ją też Iommi w swojej autobiografii: W tamtych czasach sporo ćpaliśmy - pisał.  Pewnej nocy znaleźliśmy się w jakimś klubie, na kompletnym zadupiu. Ozzy i Geezer zobaczyli, że ktoś na zewnątrz biega w podskokach jak szalony. Dla nich wyglądało to jak elf, albo coś podobnego. Obawiam się, że to była sprawka prochów, ale stąd chyba właśnie wziął się "Wizard". Po prostu umieścili w tekście to, co wtedy widzieli.
Utwór został wydany na singlu we Francji i na Filipinach.


3. "N.I.B." (z albumu "Black Sabbath", 1970)

Powrót do mrocznych klimatów: My name is Lucifer / Please take my hand - śpiewa Ozzy, ale Geezer uspokajał w jednym z wywiadów: Piosenka jest o tym, jak diabeł zakochuje się i ulega przemianie, staje się dobry. Utwór rozpoczyna się świetnym basowym wstępem (który na amerykańskim wydaniu albumu został uznany za osobny utwór, nazwany "Bassically"), dalej zaś pojawia się jeden z najbardziej chwytliwych riffów w dorobku grupy, a także długie gitarowe solówki.
Wiele osób uważa, że "N.I.B." oznacza "Nativity in Black", cokolwiek to znaczy - pisał Iommi w autobiografii. To typowe dla Amerykanów - zawsze podejrzewają nas o jakieś elementy satanistyczne. Tymczasem my nazywaliśmy Billa "Stalówką" [ang. nib], ponieważ z brodą jego twarz wyglądała jak stalówka od pióra. Wydawało na, się to śmieszne i kiedy zaczęliśmy się zastanawiać nad tytułem utworu, ktoś rzucił pomysł, żeby nazwać go "Nib". To był taki żart.
Geezer przyznawał: Nie mogłem wymyślić tytułu, więc nazwałem to po prostu "Nib", od Billa.  Kropki postawiłem po to, żeby tytuł bardziej intrygował.
W 2000 roku Osbourne dołączył do grupy Primus, by wspólnie nagrać nową wersję "N.I.B.", przeznaczoną na album z coverami Black Sabbath, zatytułowany... "Nativity in Black II" (pierwsza część ukazała się w 1994 roku i również zawierała jeden utwór nagrany przez Ozzy'ego z innym zespołem - "Iron Man" z grupą Therapy?).


4. "War Pigs" (z albumu "Paranoid", 1970)

Utwór oryginalnie nosił tytuł "Walpurgis" i był typowym dla ówczesnego Black Sabbath kawałkiem o treści okultystycznej. Tą pierwotną wersję, zarejestrowaną podczas wspomnianej już sesji dla Johna Peela, także można znaleźć na kompilacji "The Ozzman Cometh". Tytuł i tekst (tradycyjnie autorstwa Geezera) uległy zmianie podczas pracy nad albumem "Paranoid". Kawałek zyskał antywojenne przesłanie. Graliśmy w amerykańskich bazach w Niemczech i żołnierze opowiadali nam straszne historie o Wietnamie, o ludziach grzejących heroinę po to, by od tego uciec - wyjaśniał Geezer. Stąd wzięły się słowa. Do poprzedniej wersji nawiązuje jednak chociażby porównanie wojennej narady do sabatu czarownic. Początkowo "War Pigs" miało być także tytułem drugiego longplaya grupy, ale oprotestował to amerykański wydawca, ze względu na oczywiste skojarzenia z trwającą wówczas wojną w Wietnamie.
Jeżeli chodzi o warstwę tekstową, "Paranoid" był albumem politycznie zaangażowanym - pisał Iommi w autobiografii. A na pewno "War Pigs" taki był. Nie dlatego, że przy pierwszym albumie oskarżano nas o okultyzm, bo nigdy nie żałowaliśmy tego, co zrobiliśmy. Po prostu tak wyszło. Ale tak jak nie cały "Black Sabbath" był okultystyczny, tak i nie cały "Paranoid" był stricte polityczny.
Kompozycja składa się z dwóch części. Druga, instrumentalna i bardziej melodyjna, na niektórych wydaniach została opatrzona własnym tytułem, "Luke's Wall". Odnosił się on do nazwisk dwóch członków koncertowej ekipy zespołu, Geoffa "Luke'a" Lucasa i Spocka Walla.
Magazyn Guitar World określił "War Pigs" jako najlepszy utwór heavy metalowy, jaki kiedykolwiek powstał. Czytelnicy tego pisma umieścili go na 56. miejscu listy 100 najlepszych solówek gitarowych.
Co ciekawe, utwór był regularnie wykonywany na żywo przez grupę Elf, w której występował przyszły wokalista Black Sabbath, Ronnie James Dio.


5. "Paranoid" (z albumu "Paranoid", 1970)

Najprostszy kawałek w repertuarze grupy, w całości oparty na jednym riffie. Stworzony został na poczekaniu. Jak wyjaśniał Butler: Potrzebowaliśmy trzyminutowego zapełniacza na album. Tony wymyślił riff, ja szybko napisałem tekst, z którym Ozzy zapoznawał się na bieżąco podczas rejestrowania swojej partii. Według innych źródeł utwór powstał pod naciskiem wydawcy, domagającego się utworu na singiel. Taki kompromis ze strony grupy mógł się wydawać niektórym dziwny.  Wróciłem do domu z taśmą po pachą - wspominał Osbourne - mówiąc mojej przyszłej żonie: "Myślę, że skomponowaliśmy numer na singiel". Ona na to: "Ale przecież wy tego nie robicie".
Opłaciło się jednak. Utwór doszedł do 4. miejsca w brytyjskich notowaniach i 61. na amerykańskim Billboardzie, a liczba późniejszych rankingów najlepszych utworów, w jakich się znalazł, jest tak wielka, że nie ma sensu wymieniać poszczególnych wyróżnień. Sukces dziwił także samych muzyków: Traktowaliśmy "Paranoid" jak zwykłą zapchajdziurę - pisał Iommi w autobiografii. Nigdy nawet nie pomyśleliśmy, że stanie się hitem. Z całego naszego dorobku ten właśnie kawałek najczęściej pojawia się na wszelkiego rodzaju składankach, ścieżkach filmowych i programach telewizyjnych. Napisanie go zajęło raptem cztery minuty. Chodzi chyba o to, że najprostsze, najbardziej elementarne melodie najłatwiej wpadają ludziom w ucho.


6. "Planet Caravan" (z albumu "Paranoid", 1970)

Pierwszy eksperyment w karierze grupy. Utwór łagodny, całkowicie pozbawiony ciężkich riffów, bardzo psychodeliczny, oparty na mantrowym motywie gitary basowej, z bongosami zamiast perkusji, jazzującymi partiami Tony'ego Iommi i głosem Ozzy'ego, zniekształconym za pomocą głośnika Leslie (używanego do organów Hammonda). Tekst utworu opowiada o podróży przez wszechświat.
W 2009 roku ukazała się reedycja albumu "Paranoid", zawierająca wśród wielu bonusów starszą wersję "Planet Caravan", z innym tekstem, nieprzetworzoną partią wokalną, oraz z dłuższymi, niemal stricte jazzowymi popisami Tony'ego.


7. "Iron Man" (z albumu "Paranoid", 1970)

Jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych riffów w historii muzyki rockowej - właściwie tylko "Smoke on the Water" Deep Purple i "(I Can't Get No) Satisfaction" Rolling Stonesów mogą się z nim równać w przeróżnych rankingach. Kiedy Iommi po raz pierwszy zagrał ten riff, Osbourne stwierdził, ze brzmi jak odgłos przechodzącego gigantycznego, żelaznego faceta. Stąd wziął się oryginalny tytuł kawałka, "Iron Bloke", później zmieniony na "Iron Man", co wywołało oczywiste skojarzenia z bohaterem komiksów Marvela (utwór zresztą został wykorzystany w opartym na nich filmie "Iron Man" z 2008 roku). Historia opowiedziana w tekście jest jednak całkowicie wymyślona przez Butlera. Opowiada o człowieku, który podróżując w czasie stał się świadkiem zagłady ludzkości. Postanowił cofnąć się w czasie, żeby temu zapobiec, ale po drodze wpadł w pole magnetyczne, które zamieniło go w człowieka ze stali (dosłownie). W efekcie stracił zdolność komunikowania się i nie mógł przekazać ostrzeżenia. Ludzie traktowali go z pogardą, co wywołało jego nienawiść. Z zemsty postanowił zniszczyć wszystko w okół - doprowadzając do zagłady, którą chciał powstrzymać.
"Iron Man" powstał na motywach komiksu o ożywionym robocie - przyznawał Iommi w autobiografii. Myślę, że musiała za tym kryć się jakaś głębsza refleksja, o żywej istocie, która nie może wydostać się z tego mechanicznego ciała, z tej skorupy.
Utwór został wydany na singlu w Stanach i Kanadzie (dopiero w 1971 roku, później niż single z kolejnego albumu, "Master of Reality"). Doszedł do 52. miejsca na liście Billboardu.


8. "Sweet Leaf" (z albumu "Master of Reality", 1971)

Kolejny świetny riff Tony'ego Iommi, niestety pozostający w cieniu powyższego. Tekst tym razem dotyczy bardziej przyziemnych spraw - zachwala uroki palenia marihuany. Jest to o tyle ciekawe, że jeszcze rok wcześniej, w utworze "Hand of Doom" z "Paranoid", zespół przestrzegał przed korzystaniem z takich używek. Jednak w okresie "Master of Reality" sami zaczęli ich nadużywać, o czym można się przekonać z licznych anegdotIommi przyznawał: "Sweet Leaf" nagrywaliśmy naćpani. Wtedy braliśmy mnóstwo prochów. Kiedy nagrywałem akustyczny fragment do innego utworu, Ozzy przyniósł mi cholernie dużego jointa i powiedział żebym się sztachnął. Protestowałem, ale w końcu się zaciągnąłem i o mało nie udławiłem. Wykaszlałem wtedy chyba płuca, a oni to nagrali i wykorzystaliśmy ten fragment we wstępie do "Sweet Leaf". Bardzo na miejscu: kaszel jako wstęp do piosenki o marichuanie... i mój najlepszy występ wokalny w całej karierze.
Singiel z utworem "Sweet Leaf" został wydany na Filipinach.


9. "After Forever" (z albumu "Master of Reality", 1971)

Jeżeli ktoś ma wątpliwości czy Black Sabbath są zespołem satanistycznym, z pewnością rozwieje je ten tekst, o zdecydowanie chrześcijańskim przesłaniu. Jego autorem jest Geezer Butler (chociaż na okładce albumu autorstwo tej kompozycji przypisano wyłącznie Tony'emu Iommiemu), który w jednym z wywiadów wypowiadał się następująco o warstwie literackiej tekstów zespołu: Dużo czytałem na ten temat [czarnej magii i okultyzmu]. Ale wszystkie teksty, które napisaliśmy z Ozzym, miały przestrzegać przed satanizmem. Mówiły ludziom, że jeśli chcą się tym zajmować, niech będą ostrożni. Wychowałem się w surowej, katolickiej rodzinie, więc dużo czytałem na temat Szatana. Nigdy nie promowaliśmy satanizmu ani czarnej magii, tylko się do nich odnosiliśmy, a nie był to jedyny temat naszych tekstów. Nasze przesłanie bywało ukryte pod satanistycznym płaszczykiem, ale często dotyczyło wojny i szaleństwa, jakie ona niesie.
Pod względem muzycznym utwór wyróżnia się jako pierwszy, w którym wykorzystano brzmienie syntezatorów (gra na nich Iommi). Kawałek został wydany na singlu, ale tylko w Tajlandii.


10. "Children of the Grave" (z albumu "Master of Reality", 1970)

W przeciwieństwie do powyższego, utwór bardzo typowy dla grupy, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Geezer kontynuuje tutaj antywojenną tematykę "War Pigs" i "Electric Funeral" z poprzedniego albumu, ale ukrywa ją pod okultystycznym płaszczem. Nie chcieliśmy być zbyt oczywistymi - tłumaczył basista. Jeżeli spojrzysz na tytuł "Children of the Grave", możesz pomyśleć, że to jakaś chora piosenka. A jest to utwór ewidentnie antywojenny. Chociaż dzisiaj jest to jeden z najpopularniejszych utworów grupy, obecny na wszystkich albumach składankowych, na singlu został wydany tylko w Portugalii, Meksyku i Francji - w każdym z tych krajów z inną stroną B (były to odpowiednio: "Solitude", "Lord of This World" i "Iron Man").
Na albumie i na koncertach, "Children of the Grave" jest poprzedzany 30-sekundową miniaturką "Embryo", w której słychać wyłącznie gitarę akustyczną. Taki spokój przed burzą, dla zwiększenia dynamiki - wyjaśniał Iommi.


11. "Solitude" (z albumu "Master of Reality", 1971)

Kolejny, po "Planet Caravan", utwór pokazujący łagodniejsze oblicze Black Sabbath. Nie baliśmy się robić rzeczy nieoczekiwanych - przyznawał Iommi. Na przykład "Solitude", chyba pierwszy utwór miłosny przez nas nagrany. Ozzy, śpiewając, przeciągał, co w tym utworze wypadło znakomicie. Jego głos świetnie się nadaje do ballad. Ja gram tam na flecie.
Rzeczywiście, poza nietypowym jak na tę grupę instrumentarium (flet, gitara akustyczna), utwór zaskakuje melodyjną partią wokalną Osbourne'a, który nigdy wcześniej, ani później, nie zaśpiewał w ten sposób. Można mieć nawet wątpliwości, czy to rzeczywiście on tu się udziela.


12. "Snowblind" (z albumu "Vol. 4", 1972)

Historia identyczna jak z "War Pigs" - "Snowblind" miał dawać tytuł czwartej płycie Black Sabbath, ale muzycy zostali zmuszeni do wyboru innego. Tym razem ze względu na narkotykowe skojarzenia. Podczas całego naszego pobytu w Los Angeles [gdzie powstawał album] ciągle byliśmy na koce - wyjaśniał Butler. Ćpaliśmy więcej, niż graliśmy, więc postanowiłem napisać utwór o naszych wyczynach. Cały album jest zresztą pełen nawiązań do prochów, czego przykładem chociażby umieszczone na okładce podziękowania dla the great COKE-Cola Company, które bynajmniej nie dotyczy producenta popularnego napoju.
"Snowblind" stał się - zasłużenie - najbardziej popularnym utworem z "Czwórki". Do promocji na singlu został wybrany jednak bezbarwny "Tomorrow's Dream", o którym mało kto dzisiaj pamięta - włącznie z samym zespołem, sporadycznie grającym ten kawałek na żywo.


13. "Changes" (z albumu "Vol. 4", 1972)

Kolejna ballada, jeszcze bardziej zaskakująca od poprzednich. Nie ma tu żadnych gitar ani perkusji, akompaniament stanowi głównie pianino i melotron. W salonie [wynajmowanego] domu znalazłem fortepian i, po wciągnięciu miliona kresek koki, zacząłem na nim grać - pisał Tony w autobiografii. Nigdy wcześniej nie grałem na czymś takim. Siedziałem nad tym instrumentem całymi nocami, na zmianę grając i wciągając po kresce koki. Wymyśliłem przy tym "Changes". Ozzy'emu się to spodobało i zaraz zaczął śpiewać. Zdobyliśmy też melotron i Geezer zaczął na nim grac akompaniamenty orkiestrowe. To było to, zdecydowaliśmy się nagrać ten utwór. Brzmiał on bardzo dziwnie, jak nie nasz.
Na żywo "Changes" został wykonany tylko raz przez oryginalny skład zespołu, w 1973 roku, na nowozelandzkim The Great Ngaruawahia Music Festival. Grupa wykonała go ponownie dopiero w 1995 roku, kiedy w składzie nie było już Osbourne'a i Warda. Pierwszy z nich wykonywał go za to regularnie na swojej trasie z 1998 roku, zaś cztery lata później zarejestrował nową wersję studyjną, wspólnie ze swoją córką Kelly. Singiel z tym wykonaniem doszedł do 1. miejsca brytyjskiego notowania.


14. "Sabbath Bloody Sabbath" (z albumu "Sabbath Bloody Sabbath", 1973)

Utwór, który uratował zespół. Po wydaniu "Vol. 4", zespół nie był w stanie stworzyć niczego nowego, bo - jak przyznawał Iommi - za bardzo imprezowali. Było to dość niepokojące - mówił gitarzysta. Nie wiedziałem jak sobie poradzić z blokadą twórczą, bo nigdy wcześniej nie dotknęła mnie w takim stopniu. Według Geezera zespół był na skraju rozpadu: Myśleliśmy, że jesteśmy skończeni jako zespół. Wynajęliśmy zamek w Walii na próby. Działo się tam dużo dziwnych rzeczy, było dużo duchów, ale dla nas była to dobra atmosfera. Gdy Tony wyskoczył z początkowym riffem "Sabbath Bloody Sabbath", krzyknęliśmy: "Wróciliśmy!".
Utwór został wydany na singlu w wielu krajach (także w Wielkiej Brytanii i Stanach), a chociaż nie wszedł na żadne notowanie, to do dzisiaj pozostaje jednym z najpopularniejszych utworów grupy. W tym kontekście dziwi, że zespół rzadko wykonywał go na żywo. Być może ze względu na skomplikowaną strukturę, częste zmiany motywów, oraz wymagającą partię wokalną. W późniejszych latach, po powrocie oryginalnego składu na przełomie wieków, główny riff "Sabbath Bloody Sabbath" często był wykorzystywany jako wstęp do "Paranoid".


15. "Sabbra Cadabra" (z albumu "Sabbath Bloody Sabbath", 1973)

Najbardziej znany utwór z "Sabbath Bloody Sabbath", poza tytułowym. A także jeden z najostrzejszych jego fragmentów (znowu poza tytułowym, a także "Killing Yourself to Live"), pomimo faktu, że został złagodzony przez dźwięki pianina i syntezatora - na obu instrumentach zagrał Rick Wakeman z prog rockowego zespołu Yes, który w sąsiednim studiu nagrywał swój album "Tales from Topographic Oceans". Wbrew powszechnej opinii, Wakeman nie zagrał w innych utworach z "Sabbath Bloody Sabbath" (w pozostałych kawałkach - także w jego najbardziej elektronicznym fragmencie, "Who You Are" - na syntezatorach grają Iommi, Butler i Osbourne). Gitarzysta przyznawał, że Wakeman nie chciał za to pieniędzy, więc zapłaciliśmy mu piwem.
Tekst "Sabbra Cadabra" opowiada o ówczesnej dziewczynie Geezera. Zanim jednak został napisany, Ozzy śpiewał zupełni inne słowa... Studio, w którym nagrywaliśmy album, zajmowało się także podkładaniem lektora do niemieckich filmów pornograficznych - wspominał basista. Cały czas to słyszeliśmy, a Ozzy postanowił śpiewać w "Sabbra Cadabra" to, co mówili lektorzy. Zmieniłem to na tekst o dziewczynie, z którą się wtedy spotykałem. Tytuł nie ma żadnego związku z tekstem.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1972-76.


16. "Symptom of the Universe" (z albumu "Sabotage", 1975)

Utwór uznano za pierwszy przykład progresywnego metalu i nie mogę się z tym nie zgodzić - pisał Iommi w autobiografii. Zaczyna się od akustycznego fragmentu, a potem tempo wzrasta, nadając mu dynamikę; utwór zmienia się co chwilę, by zakończyć się wspólną improwizacją. Ten ostatni fragment wymyśliliśmy na bieżąco w studiu. Nagraliśmy utwór i na koniec zaczęliśmy improwizować. Zagrałem jakiś riff, pozostali się przyłączyli i pograliśmy sobie razem. Potem postanowiliśmy to dołączyć do nagrania. Później dograłem jeszcze ścieżkę gitary akustycznej. Kilka naszych nagrań powstało z takich improwizacji. Czasami lubimy sobie dłużej pograć i w rezultacie zakończenie trwa czasem dłużej niż sam utwór.
W tekście Butler nawiązuje do swojego snu, pełnego odniesień do stworzenia świata i mitologii.


17. "Dirty Women" (z albumu "Technical Ecstasy", 1977)

Jedyny utwór na przedostatnim albumie oryginalnego składu Black Sabbath, utrzymany w stylu wczesnych płyt. Jedyny, w którym Tony Iommi przypomina kto jest twórcą najlepszych heavy metalowych riffów, zresztą w ciągu tych siedmiu minut ma także okazje zaprezentowania swoich umiejętności jako gitarzysta solowy. Nie dziwi, że zespół chętnie wykonywał ten utwór po reaktywacji w 1997 roku. I to właśnie wersja z koncertówki "Reunion" jest najlepszym znanym wykonaniem "Dirty Women". Na albumie "Technical Ecstasy" brzmienie jest niestety zbyt wygładzone, dostosowane do pozostałych kawałków. Tekst utworu - jak można domyślić się po tytule - odnosi się do kobiet wykonujących najstarszy zawód świata.


18. "Selling My Soul" (z albumu "Reunion", 1998)

Jeden z dwóch premierowych utworów studyjnych, jakie zespół umieścił na koncertówce "Reunion". "Selling My Soul" brzmi zdecydowanie bardziej klasycznie sabbathowo, niż nowoczesny "Psycho Man", który pasowałby raczej na któryś z solowych albumów Osbourne'a. Co ciekawe, w nagraniu nie słychać Billa Warda, który nie umiał sobie poradzić ze swoją partią. Zastąpił go automat perkusyjny, obsługiwany przez producenta Boba Marlette'a. Biorąc to pod uwagę, a także fakt, że z powodu problemów zdrowotnych Ward nie brał udziału w większości ówczesnych koncertów, dziwi obecny szum, jaki podnieśli fani, gdy okazało się, że perkusista nie weźmie udziału w nagrywaniu albumu "13".
"Selling My Soul", podobnie zresztą jak "Psycho Man", zostały napisany wyłącznie przez Iommiego i Osbourne'a. Po raz pierwszy zobaczyłem, jak Ozzy pisze własne teksty i naprawdę się w to angażuje - przyznawał gitarzysta. Pisaliśmy utwory i nagrywaliśmy partie moje i Ozzy'ego w jeden dzień. Tempo było zbyt szybkie, nie mieliśmy nawet czasu oswoić się z tymi kawałkami, ale facet z Sony Records stał pod drzwiami i czekał żeby je usłyszeć. Później sprowadziliśmy Billa i Geezera, żeby dograli swoje partie. I już, gotowe! Stworzyliśmy dwa utwory, ale nie bardzo mi się one podobały. Mogłoby być o wiele lepiej, gdybyśmy mieli na nie więcej czasu.


19. "God Is Dead?" (z albumu "13", 2013)

Dziewięciominutowy utwór wydany jako pierwszy od 15 lat singiel (lub od sześciu, jeżeli liczyć nagrany w innym składzie "The Devil Cried") to bardzo odważny i zaskakujący wybór. Być może członkowie zespołu zdawali sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach nie podbiją list przebojów, za to tak długi utwór na pewno ucieszy fanów.
Tytuł odnosi się do wypowiedzi niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, który stwierdził, że "Bóg nie żyje". Autorem tekstu jest Geezer Butler, który jednak przyznaje, że temat i tytuł podsunął mu Osbourne. Byłem w czyimś biurze, na stole leżało czasopismo ze słowami "Bóg nie żyje" - opowiadał wokalista. Nagle pomyślałem o 11 września, o tych wszystkich zamachach terrorystycznych w imię religii, o tym jak ludzie umierali z jej powodu. Przyszły mi do głowy wszystkie tragedie na przestrzeni lat. Myślisz sobie, że Bóg powstrzymałby ludzi od umierania w jego imię. Stwierdziłem więc, że ludzie muszą myśleć, że Boga nie ma, że jest martwy. To mnie uderzyło. Zacząłem śpiewać "Bóg jest martwy", gdy nagrywałem wstępne ścieżki wokalne, a Geezer dał mi do tego tekst.
Pierwotny tytuł zaproponowany przez Butlera brzmiał "American Jihad", nie został jednak zaaprobowany przez Osbourne'a: To ja stoję z przodu i muszę to śpiewać - mówił.


20. "Dear Father" (z albumu "13", 2013)

Właściwie umieściłem tutaj ten utwór z jednego powodu. Kończące go odgłosy burzy i dzwonu tworzą klamrę z początkiem debiutanckiego albumu. Dlatego swoją listę też postanowiłem spiąć tą samą klamrą. Czy jednak rzeczywiście "13" będzie ostatnim albumem zespołu? Muzycy wypowiadają się na ten temat ostrożnie. Niedawno Tony Iommi, w rozmowie z australijskim dziennikiem The Age wyznał: Jesteśmy przyjaciółmi od dawna, to wspaniałe, że wróciliśmy. Myślę, że to dobry sposób na zakończenie. Nieco inny punkt widzenia prezentuje Geezer Butler: Cóż, uważam, że nigdy nie powinno się mówić nigdy. Może pojawić się nowy album, ale wiele zależy od tego, jak przyjmie się płyta "13". Zobaczymy. W podobnym tonie wypowiedział się Ozzy Osbourne: Ujmijmy to tak, nagranie tego albumu zajęło nam 35 lat. Więc jeśli będzie miał się pojawić kolejny, to na pewno się pojawi. Nie chcę jednak na razie niczego obiecywać. Nie miałbym jednak nic przeciwko, żeby stworzyć z nimi kolejną płytę. Czas pokaże.


4 komentarze:

  1. Ha! No świetny pomysł miałeś. Jako, że jestem Sabbathowym maniakiem z wielką chęcią przeczytałem. Co prawda dorzuciłbym pewnie z drugie tyle utworów (Hand Of Doom, Fairies Wear Boots, Wheels Of Confusion, Supernaut, Under The Sun, A National Acrobat, Killing Yourself To Live, Spiral Architect, Hole In The Sky, Megalomania, The Thrill Of It All, It's Alright, All Moving Parts (Stand Still),Junior's Eyes i tak dalej. Ale i tak wielki szacun!
    Napisałem, że jestem maniakiem, ale to się odnosi do składu z kochanym Ozzym. No nic nie poradzę, że dla mnie Sabbath równa się Ozzy na wokalu. Płyty z Dio owszem, są również świetne, ale to już inny zespół. Natomiast nie trawię pozostałych wokalistów, którzy przewinęli się przez kapelę. Ciekawe czy inni też tak mają?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi się podoba ten nowy cykl, tym bardziej że akurat ostatnio zacząłem się wkręcać w Black Sabbath :) Świetnie napisane, tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tu dorzuciłbym rodzynka w postaci "The Straightener" wciśniętego w "Wheels Of Confusion". Uwielbiam ten kawałek, należy do mojej krótkiej listy rzeczy, których mogę słuchać godzinami:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakoś nigdy za nimi nie przepadałam, ale ostatnio słyszałam o nich dużo pochwał, więc może się to zmieni.
    Coolturalny-tygodnik.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.