17 stycznia 2013

[Recenzja] Riverside - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)



Nawet nie będę udawał, że to ta sama recenzja, którą opublikowałem w styczniu 2013 roku. Tamten tekst zresztą wciąż krąży w sieci (jest nawet zamieszczony na oficjalnej stronie zespołu). Po niemal sześciu latach, jakie minęły od tamtej pory - piszę te słowa w październiku 2018 roku - moja opinia na temat tego wydawnictwa diametralnie się zmieniła, co wynika z większego osłuchania z różnymi rodzajami muzyki. Z jednym wciąż się jednak zgadzam - "Shrine of New Generation Slaves" to album zaskakująco udany, biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania Riverside. Neo-progresywny patos ustąpił tu miejsca bardziej klasycznym inspiracjom, dzięki czemu wydawnictwo jest bardziej znośne. To jednak wciąż granie bardzo wtórne, pozbawione własnego charakteru, zdradzające braki w kompozytorskim i aranżacyjnym warsztacie, a ponadto nużące swoim anemicznym wykonaniem.

Nie dziwię się jednak, że przed laty album zwrócił moją uwagę. Stało się tak za sprawą singla "Celebrity Touch", który bezwstydnie kopiuje styl Deep Purple (z klasycznie hardrockowym brzmieniem gitary i organów Hammonda). Będąc wówczas wielkim fanem brytyjskiej grupy, nie mogłem przejść obok niego obojętnie. Słuchany po latach nie robi już tak dobrego wrażenia - razi mnie przede wszystkim jego wtórność, niedopasowane zwolnienia, które tylko niepotrzebnie go wydłużają, a zwłaszcza anemiczny wokal Mariusza Dudy, kompletnie niepasujący do tego typu grania. W podobnym klimacie utrzymany jest jeszcze "Escalator Shrine", łączący hardrockowe patenty (Hammondy i gitarowe riffy, w tym jeden nieco sabbathowy), prawie-cytaty z floydowskiego "Animals" i pseudo-progresywne przynudzanie w stylu Porcupine Tree. Do pewnego momentu brzmi to nawet przyjemnie, ale gdzieś w połowie zaczyna się rozłazić przez przesadne kombinowanie - muzycy chcieli skleić jak najwięcej pomysłów, ale nie mieli pomysłu jak logicznie połączyć je w spójną całość. Był potencjał, a skończyło się na dwunastominutowym przykładzie jak nie należy grać rocka progresywnego.

Pozostałe utwory są już krótsze. Nie przypadkiem akronimem tytuły jest wyraz songs. Zespół postanowił bowiem zmierzyć się z bardziej piosenkowymi formami. I poległ. Może nie tak bardzo, jak wtedy, gdy udaje zespół progresywny, ale weźmy taki "New Generation Slave" - przeładowany różnymi motywami, które nic nie wnoszą, do tego zupełnie nijaki melodycznie. Strasznie bezbarwnie i anemicznie wypada "Deprived (Irretrievably Lost Imagination)", choć zwraca uwagę pierwszym w historii zespołu wykorzystaniem saksofonu - pojawia się jednak zbyt późno, gdy kawałek zdążył już solidnie znużyć, poza tym brzmi zbyt słodko. Okropnie nudno i banalnie wypada natomiast ballada "We Got Used to Us", przypominająca podobne kawałki z poprzednich płyt zespołu. Nie mniej banalny "Feel Like Falling" wywołuje skojarzenia z późnym, poprockowym Genesis, ale brzmi dużo bardziej bezbarwnie i odpycha kiczowatym brzmieniem. Na tej samej melodii opiera się także finałowa "Coda", zagrana wyłącznie z łagodnym akompaniamentem gitary akustycznej i klawiszy. Mimo krótkiego czasu trwania, usypia swoją monotonią i anemicznym śpiewem. Na tym tle całkiem przyjemnie wypada "The Depth of Self-Delusion", w którym w końcu pojawia się bardziej wyrazista, aczkolwiek wciąż anemiczna, melodia. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się na którymś z albumów Porcupine Tree, lecz na większości z nich byłby tylko wypełniaczem.

Starałem się znaleźć pozytywy, ale poza bardziej klasycznym brzmieniem i małymi przebłyskami kompozytorskimi ("The Depth of Self-Delusion", pierwsza połowa "Escalator Shrine" i od biedy ten nieszczęsny "Celebrity Touch") nie słyszę tu nic choć trochę zasługującego na uwagę. Zespołowi wciąż brakuje własnego charakteru, niepotrzebne wydłuża kompozycje (poprzez pozbawione logiki wprowadzanie jak największej ilości różnych motywów), kurczowo trzyma się tego smętno-anemicznego klimatu i ma spory problem z pisaniem wyrazistych, zapamiętywalnych melodii. Wszystkie te problemy dotyczą także tych lepszych momentów, zaś w pozostałych przybierają iście katastrofalne rozmiary. Muzycy zrobili jednak mały krok w dobrym kierunku, ograniczając neo-progowy patos i kicz, zastępując go ciekawszymi wpływami. Jednak czerpać z inspiracji też trzeba umieć, a Riverside wyszło to w najlepszych momentach co najwyżej przeciętnie.

Ocena: 4/10



Riverside  - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)

1. New Generation Slave; 2. The Depth of Self-Delusion; 3. Celebrity Touch; 4. We Got Used to Us; 5. Feel Like Falling; 6. Deprived (Irretrievably Lost Imagination); 7. Escalator Shrine; 8. Coda

Skład: Mariusz Duda - wokal, bass, gitara, ukulele; Piotr Grudziński - gitara; Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Kozieradzki - perkusja
Gościnnie: Marcin Odyniec - saksofon (6)
Producent: Riverside, Magda i Robert Srzedniccy


23 komentarze:

  1. "Celebrity Touch", choć purpurowy, brzmi raczej jak (jednak) nieudolna kopia "Shallow" PTree. Nie słuchałem całej płyty, ale wg mnie Duda jest wielkim fanem Wilsona, choć się do tego nie przyznaje. Tyle w jego muzyce nawiązań do stylistyki PTree, że aż trudno nie skojarzyć. reszty płyty nie znam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "choć się do tego nie przyznaje"? Wiesz, warto czasami dowiedzieć się więcej na temat kogoś lub czegoś zanim zacznie się gadać takie durnoty. To na prawdę nie jest trudne, wystarczy wejść na stronę zespołu i troszeczkę poczytać. A poza tym co tu do "przyznawania się"? Czy to jakiś wstyd? To że on jest fanem Wilsona to nie jest żadna tajemnica, lecz wiedza powszechna wśród słuchaczy Riverside, nie mówiąc o tym że jest to też napisane na ich stronie.

      A tak przy okazji, to nie tylko Duda piszę muzyke, tylko cały zespół, i wydaję mi się że na ich stronie każdy jeden "przyznaje się" do lubienia Porcupine Tree. A gdybyś miał/miała uch do muzyki, to oczywiste były by też nawiązania do innych zespołow, i ta mieszanka powoduje niepowtarzane brzmienie, i ja nie znam żadnego zespołu który do czegoś nie nawiązuje.

      To tak jak ja bym powiedział "Nie słuchałem całej płyty, ale wg mnie Wilson jest wielkim fanem Gilmour'a, choć się do tego nie przyznaje.

      Usuń
  2. Więcej tam nawiązań do Marillion, Flojdów czy po prostu klasycznego rocka z lat 70. Purple, Sabbath, wszystko się zgadza. Oprócz oceny ;) Niemniej album porządny, cieszy że nie stoją w miejscu (patrz Dream Theater, Wilson i cała ta progowa hałastra).
    Nar.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak dla mnie bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10 Nagrania są krótsze, mniej rozbudowane, poza numerem siódmym nie są tak wielowątkowe jak na "ADHD" czy "MIMH". Zamiast tego mamy zestaw kawałków bardzo przemyślanych i różniących się pomiędzy sobą. Jest i spokojnie, balladowo, są rockowe riffy i młócenie, jest ambientowo, jak i klimatycznie w stylu Pink Floyd.

    OdpowiedzUsuń
  4. Co się stało z poprzednimi recenzjami Riverside? Ponadto, u ciebie na RYM pierwsze płyty mają niskie oceny, a kiedyś były ocenione naprawdę wysoko. Aż tak zmienił się ich odbiór?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesadziłem z tymi wysokimi ocenami dla tak wtórnej i w znacznym stopniu nudnej muzyki.

      Usuń
    2. Czyli dopiero teraz zrozumiałeś że to wtórna muzyka? No i co z tego? Jeśli jest to naprawde dobre granie ktore wzbudza emocje to nie widze w tym nic złego. Czy dla Ciebie liczą się jedynie ci wykonawcy, którzy wyznaczyli jakiś styl czy też nurt? Riverside grają piękną i wartościową muzykę inspirowaną najlepszymi z lat 70, która w żadnym wypadku nie jest nudna. Nudne to są półgodzinne suity z lat 70 w których popisy solowe niektórych muzyków przypominają masturbację nad dzwiękami własnych instrumentów.

      Usuń
    3. Kurde, pisałem to już ze sto razy, ale napiszę po raz sto pierwszy: Sama oryginalność nie zastąpi dobrych kompozycji i wykonania, a wtórność nie wyklucza porywających kompozycji i wykonania. Chociażby uwielbiany przeze mnie Rory Gallagher grał muzykę wtórną stylistycznie, ale jednocześnie był bardzo zdolnym muzykiem i kompozytorem. To jednak rzadko idzie w parze. Zazwyczaj ci, którzy mają na siebie jakiś oryginalny pomysł, są bardziej uzdolnieni muzycznie od tych, którzy postanowili kopiować innych. To w sumie jasno wynika jedno z drugiego. Bo czasem coś oryginalnego wcale nie jest dobre, gdyż po prostu muzycy nie mieli talentu żeby dobrze zrealizować swój pomysł.

      Znasz Pentagram? To taki zespół, który chciał być jak Black Sabbath. Tyle, że zdaniem jego muzyków, Black Sabbath to tylko riffy Iommiego i na tym oparli całą swoją twórczość. Oczywiście nie potrafią tworzyć tak dobrych riffów, jak Iommi, a ponieważ w ich utworach nie ma żadnych innych pomysłów, to cała ich twórczość jest cholernie nudna. Bo Black Sabbath to przecież nie tylko te riffy, ale także ich interakcja z pomysłową grą sekcji rytmicznej, bluesowo-jazzowe korzenie, otwartość na różne eksperymenty, itd. Pentagram wzięli z bogatej muzyki grupy tylko jeden element (bardzo ważny, ale będący tylko częścią czegoś większego) i dlatego są marną kopią, na której słuchanie szkoda czasu.

      I tak samo jest z neoprogowcami, a więc także z Riverside. Oni kompletnie nie rozumieją czym jest klasyczny rock progresywny. Dla nich to smęcenie i rozciąganie prostych piosenek do rozmiarów suit, żeby wydawały się ambitne. W klasycznym progu niczego takiego nie ma. Jest masa świetnych pomysłów aranżacyjnych i kompozytorskich, jest także mnóstwo dobrych melodii, czego u nowych grup brakuje. Jasne, że nie brakowało różnych Wakemanów, Emersonów czy Hammillów zanadto przeświadczonych o swoich umiejętnościach i często przesadzających w ich eksponowaniu, jednak są to tylko jedne z wielu elementów kompozycji, które poza tym zachwycają bogactwem pomysłów kompozytorskich, aranżacyjnych, melodycznych. Te klasyczne zespoły miały mnóstwo do zaoferowania. Nowe tylko kopiują jakąś niewielką część ich pomysłów i budują na nich całą swoją twórczość, nie dodając do niej nic własnego. Dlatego jest to tak rozwodnione i mdłe. Zapominają też o tym, co najbardziej elementarne, czyli o dobrych melodiach. Klasycy od tego zaczynali - najpierw melodia, potem reszta. Dla neoprogowców liczy się natomiast przede wszystkim to, by grać w pewnej, konkretnej konwencji (co jest zaprzeczeniem idei rocka progresywnego) i od tego zaczynają tworzenie.

      Usuń
    4. Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Jednakże nie zgadzamy się w jedej zasadniczej sprawie: dla Ciebie muzyka Riverside jest po prostu kiepskim odtwarzaniem starego progowego grania a dla mnie są to emocje i przyjemnosć słuchania dobrej muzy. Na nic nie zdaje się rozbieranie tej muzyki na czynniki pierwsze i analizowanie w jaki sposób muzycy tej grupy komponują swoje utwory. Kogo to obchodzi? Mnie na pewno nie. Jeśli mi się to podoba to tego słucham i tyle. Tobie ta muza teraz nie odpowiada i w tej kwestii się nie dogadamy.

      Usuń
    5. Problem w tym, że podejście zespołu do tworzenia ma decydujący wpływ na finalny efekt. To tak jak z tymi wszystkimi retro-rockowymi grupami, dla których priorytetem jest, żeby w XXI wieku brzmieć, jakby nagrywali w latach 70. Na tym się głównie skupiają, zamiast na ciekawych kompozycjach i dobrych melodiach. Efekt jest taki, że brzmią np. jak Led Zeppelin w 1969 roku, czyli niby fajnie, ale jakoś po jednym przesłuchaniu nie chce się do tego wracać, bo lepiej wrócić do Led Zeppelin, który ma znacznie więcej do zaoferowania, niż fajne brzmienie.

      Usuń
    6. A poza tym dziś brakuje utalentowanych muzyków i prawdziwych muzycznych osobowości jak to było np. w latach 70. Dlatego też takie grupy jak Riverside dają nadzieję że rock jeszcze nie umrze.

      Usuń
    7. Z pierwszym zdaniem nie sposób się nie zgodzić. Ale jeśli porównywać Riverside do jakiejś grupy z lat 70., to co najwyżej do Kansas.

      Usuń
    8. Nie porównuję Riverside do nikogo z lat 70 a jedynie stwierdzam że ta grupa w mojej ocenie grająca świetną muzykę jest moją nadzeją na to że dobry rock jeszcze się jakoś trzyma. Ogólnie nie jestem zwolennikiem porównań typu: ten jest epigonem Genesis a tamten zrzyna z Deep Purple. Nigdy nie podchodze do muzyki w ten sposób.

      Usuń
    9. Powyżej odniosłem się do Twojej wypowiedzi, z której wynika, że Riverside to "utalentowani muzycy i prawdziwe muzyczne osobowości jak te z lat 70.", z czym zupełnie się nie zgadzam. Uważam, że jeśli jakiś muzyk kopiuje innego muzyka, albo cały zespół naśladuje inny zespół, nie dodając nic ciekawego od siebie, to po prostu jest to pozbawiony talentu i własnej osobowości odtwórca. Nie byłoby to problemem, gdyby muzyka tych odtwórców była równie dobra, jak ta grana przez oryginały. Ale jeszcze się nie spotkałem z sytuacją, a przesłuchałem tysiące płyt, żeby odtwórca miał lepsze kompozycje i wykonanie niż oryginał.

      Myślę, że są dwa podstawowe rodzaje słuchaczy. Jedni lubią słuchać tego, co przypomina im coś, co już znają. Drudzy wolą różnorodność i dlatego nie potrzebują kilkudziesięciu identycznie grających wykonawców - wystarczy im kilka najlepszych przedstawicieli danego stylu.

      Szczerze, to nawet gdy Riverside miał tu wyższe oceny, słuchanie ich nie sprawiało mi przyjemności. Nie pamiętam, żebym choć raz włączył jakiś ich album w innym celu, niż przesłuchanie do recenzji.

      Problem z Riverside polega też na tym, że oni nie są kopią jakiejś nowatorskiej grupy z lat 70. Oni są kopią Porcupine Tree, który na potęgę zrzynał od Pink Floyd i, w mniejszym stopniu, innych klasyków proga. A więc Riverside jest wtórny do kwadratu, dlatego te progowe wpływy są u nich tak bardzo rozwodnione.

      A skąd porównanie do Kansas? Otóż to jest prekursor tych wszystkich neoprogowców. Zespół zupełnie nienowatorski, grający proste, banalne melodycznie piosenki, którym nadaje rozbuchane, pompatyczne aranżacje, które mają sprawiać wrażenie obcowania z czymś megaambitnym.

      Usuń
    10. Z tym porównaniem Riverside do utslentowanych muzyków z lat 70 tp Twoja błędna interpretacja ale być może źle sformułowałem tą wypowiedź. Natomiat widze że oprócz muzyki nieźle radzisz sobie z matmą piszą że Riverside jest wtórny do kwadratu;) Chociaaż mi wyszło że do sześcianu bo dorzuciłbym jeszcze Deep Purple ;) bo jest tam hammond. Co do Kansas to się nie zgadzam ale dyskusja na ten temat jest w innym miejscu.

      Usuń
  5. Kurczę, ciężko mi to zrozumieć. W sumie wiele ocen z RYM się tu nie zgadza (Nirvana, Scorpions czy Metallica) - doskonale rozumiem, że trudno wszystko ogarnąć, aktualizować recenzje itp. ale w takim razie na jakiej ocenie się opierać? Boję się, że niedługo pierwsze płyty Rushu czy Zeppelinów będą miały niskie oceny (oczywiście mówię pół żartem, pół serio) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oceny z RYMu są tymi aktualnymi. Mam nadzieję, że uda mi się to wszystko z czasem ogarnąć ;)

      Usuń
  6. Łał, ostała się recenzja! :D
    Pamiętam, że akurat ADHD i Shrine of.. słuchałem z prawdziwą przyjemnością (pierwsze trzy płyty były naprawdę nudne). Ale było to 3-4 lata temu. Boję się zweryfikować, czy moje obecne wysokie oceny wciąż są aktualne. ;) Z drugiej strony, tamte płyty trochę naprowadziły mnie na słuchanie "klasyków" prog rocka (choć wciąż dużej części nie słyszałem). Szkoda jednak tych słuchaczy, którzy takowych nie poznają, a zamkną się w tym współczesnym progu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te wszystkie nowoprogowe kapele to prawdziwe szkodniki. Niby mają bardzo dobre inspiracje, czasem wychodzi z nich nawet coś niezłego (choć i tak słabszego od pierwowzoru), ale nie potrafią zachęcić większości słuchaczy do sięgnięcia po klasykę, a jedynie po inne podobne do nich kapele, które wszystkie grają tak samo. Przy okazji stwarzając błędny obraz rocka progresywnego, sugerując, że jego podstawowe cechy to: melancholia, patos, instrumentalny onanizm i najlepiej jak najdłuższe utwory.

      Usuń
  7. Ciekawe, co pomyślą sobie opiekuni oficjalnej strony, gdy zobaczą nową recenzję :D Swoją drogą zajrzałem tam z ciekawości i, szok, umieszczane są tam tylko recenzje skrajnie pozytywne :D Ja rozumiem marketing i tym podobne, ale trochę to jednak takie.... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież nie zamieszczą recenzji, które mogą dać ludziom do myślenia i zwrócić ich w stronę innej muzyki ;)

      Usuń
  8. To już nie jesteś fanem brytyjskiej grupy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem. Bycie fanem moim zdaniem wiąże się z byciem bezkrytycznym wobec ulubionych wykonawców. Ja lubię tylko pięć albumów Deep Purple (w tym dwie koncertówki), dwa, trzy inne są dla mnie znośne, reszta - nie powinna istnieć. W dodatku uważam, że obecnie są to stare dziady nie pamiętające jak tworzyć dobrą muzykę, które już dawno powinny zakończyć karierę. Nie, zdecydowanie nie jestem fanem ;)

      Ogólnie fanami danego wykonawcy mogą być chyba tylko ludzie słuchający kilkunastu wykonawców, którzy mają tak mały wybór, że zmuszają się nawet do lubienia ewidentnie słabych albumów. Ja mogę być fanem co najwyżej konkretnych dzieł, nie twórców.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.