10 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Rust in Peace" (1990)



Większość fanów Megadeth można podzielić na dwie grupy. Tych, którzy za najlepszy album uważają "Peace Sells... But Who's Bying?", oraz na tych, którzy preferują "Rust in Peace". Zapewne istnieje jeszcze spora grupa stawiająca na czele "Countdown to Extinction", natomiast zwolennicy pozostałych albumów to już margines. W sumie nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat "Rust in Peace" cieszy się takim uznaniem.

Album jest debiutem nowego, najtrwalszego i być może najsłynniejszego składu zespołu - z gitarzystą Martym Friedmanem i perkusistą Nickiem Menzą, którzy dołączyli do Dave'a Mustaine'a i Dave'a Ellefsona. Pod pewnymi względami stanowi jednak powrót do korzeni zespołu. Oczywiście, nie ma tutaj aż takiej dawki agresji i infantylności, jak na "Killing Is My Business... and Business Is Good!" (wciąż jednak jest tego za dużo). Za to utwory są tak samo chaotyczne - przeładowane niezliczoną ilością riffów i solówek, sprawiających wrażenie połączonych zupełnie przypadkowo. Szybkie tempo, w jakim utrzymana jest większość albumu, zdecydowanie nie pomaga ogarnąć, co tutaj właściwie się dzieje.

Niektórzy chwalą ten album za jego skomplikowanie. Ok, nie jest to łatwa do zagrania muzyka, jednak jej trudność sprowadza się do szybkiego tempa, mnogości przypadkowo zestawionych motywów i solówek, a także opanowania paru technicznych sztuczek. Żadna głębsza myśl się za tym wszystkim nie kryje. Brzmi to raczej jak próba ukrycia braku jakichkolwiek pomysłów. Muzycy popisują się swoimi umiejętnościami grania, ale prócz tych popisów praktycznie nic więcej tu nie ma. Kompozycje właściwie nie istnieją. Melodie są tak nijakie, że w sumie też ich nie ma. Jakichkolwiek prób urozmaicenia, zaskoczenia słuchacza również nie stwierdzam (no dobrze, jest "Dawn Patrol", ale to tylko nic nie wnoszący przerywnik - niespełna dwuminutowy monolog z akompaniamentem sekcji rytmicznej). A nie jest to przecież żadna abstrakcyjna, eksperymentalna muzyka, gdzie brak struktury i brak melodii prowadziłby do jakiegoś celu. To tylko ordynarne, metalowe napieprzenie, przy którym można poskakać lub pomachać głową, gdy ma się te naście lat.

Ale "Rust in Peace" nawet w kategorii metalowego napieprzania jest do niczego, bo tego typu muzykę, ze wszystkimi jej ograniczeniami, można grać w bardziej przemyślany i uporządkowany sposób. Nie przypadkiem Megadeth zawsze pozostawał w cieniu Metalliki, która potrafiła uczynić thrash metal bardziej przystępnym, tworząc utwory, a nie chaotyczne zlepki licznych riffów, przeplatanych pseudo-wirtuozerskimi solówkami. Na poprzednich albumach zespół przynajmniej próbował pokazać większą różnorodność (na "Peace Sells..." nawet z dobrym skutkiem), podczas gdy "Rust in Peace" jest cholernie jednorodny. A przy tym zachowuje podstawowe wady swoich poprzedników, takie jak brak wyrazistości, chaotyczność i epatowanie infantylną agresją. Cóż, wychodzi na to, że to najsłabszy z pierwszych czterech albumów Megadeth.

Ocena: 4/10



Megadeth - "Rust in Peace" (1990)

1. Holy Wars... The Punishment Due; 2. Hangar 18; 3. Take No Prisoners; 4. Five Magics; 5. Poison Was the Cure; 6. Lucretia; 7. Tornado of Souls; 8. Dawn Patrol; 9. Rust in Peace... Polaris

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Mike Clink


21 komentarzy:

  1. Nawet w czasach kiedy słuchałem metalu i również thrashu to jakoś nigdy nie mogłem polubić Rust in Peace a wiele razy próbowałem. Ta płyta brzmi jak soundtrack do gry komputerowej. Strasznie szczeniacka. No ale cała twórczość Megadeth taka jest a Rust in Peace to apogeum. Wydaje mi się że gdyby nie legenda Metaliki to Megadeth byłby podrzędnym zespołem.

    OdpowiedzUsuń
  2. NIE ROZUMIEM PANA INTENCJI. PRZECIEŻ PAN NIE LUBI METALU , WIĘC PO CO RECENZUJE PŁYTY W TYM GATUNKU ? Z CHĘCI PRZYŁOŻENIA DLA PRZYŁOŻENIA .CHYBA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nie rozumiem, czemu ma służyć pisanie wielkimi literami.

      Była prośba o kolejne recenzje Megadeth. Napisałem szczerze, co myślę o tym albumie. I tyle. Nie napisałem przecież, że jest zły, bo mi się nie podoba, tylko wskazałem konkretne wady.

      Metalu ogółem nie lubię, ale są wydawnictwa, które w jakimś stopniu cenię. Dawniej lubiłem więcej, także ten album. Choć chyba głównie dlatego, że naczytałem i nasłuchałem się jaki to on jest genialny i wspaniały. I uwierzyłem w to, ignorując poczucie dysonansu poznawczego. Zapewne wiele początkujących słuchaczy daje się tak nabrać. Dlatego przyda się trochę równowagi dla tych wszystkich zachwytów w postaci tej recenzji.

      Usuń
    2. Zdaje się że pisanie wielkimi literami to "krzyczenie". ;)

      Ty to potrafisz zaskoczyć, spodziewałem się oceny 7/10, a już na pewno nie niższej niż 6/10. Głównie dlatego, że zaskoczyła mnie pozytywna ocena "Peace Sells..." więc sądziłem że i ten album doceniasz.

      Usuń
    3. "Peace Sells..." wydaje mi się jednak znacznie bardziej przemyślany i nie brakuje na nim wyrazistych momentów: tytułowy, "Wake Up Dead", "My Last Words" i przede wszystkim przeróbka "I Ain't Superstitious". A "Rust in Peace" zlewa się w jedną, chaotyczną masę.

      Usuń
    4. Ale w jakim gatunku Paweł recenzuje płyty? Czemu klasyfikujesz ten jeden album jako reprezentatywny dla całego metalu? przecież inne albumy nawet tego zespołu mają wyższe oceny. Sam nie dałbym temu albumowi więcej niż 5 - cenię go bardziej ze względu na to, że jak dam sobie go na Iphone'a i słucham np. jadąc autobusem tam i z powrotem z uczelni to lubię mieć takie wyładowywacze emocji w tym stylu jak ten album. No i nie słucham go jako całość, tylko po dwa utwory - więcej pewnie nie dałbym rady. Z resztą po co dawać mu wyższą ocenę? jest dużo lepszej muzyki

      Usuń
  3. "Rust in Peace" jest specyficzne, bo jako jedyne ma tu etykietę "thrash metal" ;) A sam album doceniam obecnie jeszcze bardziej niż w czasach kiedy go poznałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już poprawione ;) A skąd to docenianie?

      Usuń
    2. Jakoś z parę miesięcy temu powróciłem do niej po latach niesłuchania. No i sam nie wiem czemu, ale po prostu całej płyty słucha mi się obecnie przyjemniej niż kiedyś. Mimo, że często zlewa się w całość - choć z tego co kojarzę, to większość ich dzieł mi się zlewała - to nie jest monotonny. No i lubię większość tych "pseudo-wirtuozerskich" solówek, szczególnie w "Hangar 18".

      Usuń
  4. ,,Żadna głębsza myśl się za tym wszystkim nie kryje.''
    Dlaczego musi?

    ,,Brzmi to raczej jak próba ukrycia braku jakichkolwiek pomysłów. Muzycy popisują się swoimi umiejętnościami grania, ale prócz tych popisów praktycznie nic więcej tu nie ma.Kompozycje właściwie nie istnieją. Melodie są tak nijakie, że w sumie też ich nie ma.''
    To opinia, a nie fakt.


    Dlaczego Pan od każdego gatunku muzyki oczekuje tego samego? Od thrash metalu, jak sama nazwa wskazuje, powinno się doszukiwać dobrego łomotu oraz świetnych riffów i solówek, jeśli tego nie ma, to mamy do czynienia z czymś rozczarowującym.
    Od różnorodności i łamania konwencji są zespoły prog metelowe, do których jak wiadomo, Megadeth się nie zalicza. Każdy gatunek oferuje coś innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musi. A mnie nie musi się coś takiego podobać. Jak ktoś lubi słuchać prymitywnej muzyki, to niech sobie słucha.

      To co tam jest prócz popisywanie się techniką?

      Od każdego stylu oczekuję czegoś innego. Jeśli jednak są albumy thrashowe, które oferują nieco więcej, niż bezmyślny łomot i chaos, to czemu nie mam wymagać tego od "Rust in Peace"? A nawet gdyby w tym stylu chodziło wyłącznie o łomot, to nie powód bym się tym zachwycał.

      Usuń
    2. Skoro według Ciebie tutaj "nie ma urozmaiceń", "kompozycje nie istnieją" i "nie ma nic oprócz popisywania się techniką" to albumy Slayera (zwłaszcza "Reign in Blood") powinny dostać jeszcze niższą ocenę ;) ;)

      Usuń
    3. Nie przypominam sobie, żeby u Slayera było takie bezmyślne komplikowanie utworów.

      Usuń
    4. Ale "prób urozmaicenia, zaskoczenia słuchacza" nie ma tam praktycznie wcale.

      Usuń
    5. Czasem są. Na "Reign in Blood" nie ma, bo nie o to tam chodzi, tylko o łomot ;) I zespół wywiązuje się tam z tego znacznie lepiej, niż Megadeth na "Rust in Peace", który nie oferuje nic więcej, ale udaje, że to robi - komplikując na siłę i bez ciekawego na to pomysłu muzykę, która lepiej się broni bez tego. Przeznaczenie "Reign in Blood" i "Rust in Peace" jest dokładnie takie samo - żeby słuchacz rozładował swoją agresję, pomachał głową czy poskakał na koncercie. Ale ten drugi udaje, że jest czymś ambitniejszym. Przy takim przeznaczeniu, żadne komplikowanie nie jest potrzebne. Slayer na "RiB" przynajmniej jest szczery i bezpretensjonalny, jak Motorhead. A Megadeth na "RiP" jest zwyczajnie pozerski, technicznym kuglarstwem próbuje ukryć, że nie ma nic więcej do zaoferowania.

      Usuń
    6. Nigdy nie odczuwałem, żeby Megadeth udawał, że jest czymś więcej. Dla mnie "Reign in Blood", mimo że całkiem udany, jest zbyt monotonny (w ogóle do ostatnich powtórzeń dyskografii Slayera przez 4 lata wcale ich nie słuchałem). Na "Rust in Peace" przynajmniej dużo więcej się dzieje i nie zlewa się to aż tak w jedną masę, dzięki czemu słucha się tego lepiej. A same kompozycje moim zdaniem nie są aż tak nieprzemyślane. Np. taki "Holy Wars" ma niby typową budowę, ale zaskakuje świetnym zwolnieniem. Poza tym jest tu kilka spokojniejszych momentów (wspomniany "Dawn Patrol" czy pierwsze 2 minuty "Five Magics"), które pozwalają odetchnąć od dynamicznych gonitw. Wszystko to powoduje, że do "Rust in Peace" jeszcze niejednokrotnie wrócę, do "Reign in Blood" raczej nie. Chyba, że na wypadek ewentualnej recenzji, ale przyznam, że nie lubię obecnie opisywać tak jednostajnych płyt.

      Usuń
    7. A ja słyszę, że "Rust in Peace" zlewa się w jedną masę. Przez to, że do każdego (poza "Down Patrol") kawałka napakowali mnóstwo riffów i solówek, pojawiających się nagle bez żadnego uzasadnienia, album sprawia wrażenie, jakby zawierał nie dziewięć utworów, a jakieś dwadzieścia dziewięć miniaturek, wszystkie do siebie podobne.

      "Reign in Blood" ma jednak bardziej wyraziste momenty ("Angel of Death", "Rainning Blood"), a przy tym jest zdecydowanie krótszy, co też działa na jego korzyść.

      Usuń
  5. Serio masz taki kłopot z rozróżnieniem tych utworów? :D Jakoś trudno mi w to uwierzyć bo sam spokojne mogę odtworzyć w głowie sporo tych melodii, riffów i solówek i doskonale pamiętam, co z czego pochodzi. O zajebistym, jedynym w swoim rodzaju wokalu nie wspominając!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio. Zespół sypie tutaj riffami i solówkami jak popieprzony, niczym jakaś maszyna losująca, bo kolejne fragmenty kompletnie nie wynikają z poprzednich. Jakieś tam przebłyski zawartości tego albumu mam, ale co z czego pochodziło, to nie bardzo wiem. Gdyby ktoś puścił mi coś innego, niż wstępy "Holy Wars...", "Hangar 18" i "Tornado of Souls" lub "Dawn Patrol", to nie tylko nie wiedziałbym z którego kawałka to pochodzi, ale nie byłbym nawet pewien, czy to z tego albumu. A wokal jest tu taki sam, jak na innych albumach zespołu.

      Nie wiem o co chodzi z popularnością tego albumu, wygląda mi to na jakąś zbiorową hipnozę. Tzn. mogę jeszcze zrozumieć zachwyty metaluchów, którzy myślą, że jak jest tu powpierdzielane tyle riffów i solówek, to jest to mega ambitne granie i się jarają, że takiej wybitnej muzyki słuchają. Ale, że np. Ty go wysoko oceniasz, to już mnie dziwi ;)

      Usuń
    2. A powiem Ci więcej, po napisaniu tego komentarza odpaliłem "RIP" dla przypomnienia i wciąż go lubię tak samo. Jakkolwiek nie widzi mi się wykłócać z Tobą o ten album (bo i po cholerę?), to trudno ukryć, że mam zgooooooła odmienne o nim zdanie. I raczej nie było w tym roli recenzenckich zachwytów, blo poznałem go w czasach, gdy żadnych recenzji nie czytałem i po prostu słuchałem muzyki, bo słuchałem. "Powpierdzielanie" riffów i solówek raczej też nie, bo w podobnym czasie trafiłem na Steve'a Vaia i, no.......... żałuję, że to sięstało (gorzej było chyba tylko, jak później poznałem Malmsteena). Z drugiej strony tu gra Friedman, który przecież jest w zasadzie z tej samej szkoły "neoklasycystycznego metalu" :D I akurat jego pozerstwo jest tu tak samo masakryczne, jak wszędzie indziej.

      Co tu dużo gadać, riffy uwielbiam, wokal uwielbiam, melodie też - ot, odpowiedź na Twoją zagwozdkę ;) Aczkolwiek, ostatnie zdanie z Twojego komentarza biorę jako komplement ;)

      PS: Abstrahując od tego, to porównanie do maszyny losującej jest wybornie dobre :D Aż dziw, że nie wykorzystałeś tego w jakiejś recenzji :D

      Usuń
    3. Bo dopiero teraz na to wpadłem ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.