28 listopada 2012

[Recenzja] East of Eden - "Mercator Projected" (1969)



Druga połowa lat 60. była niezwykle ciekawym okresem w muzyce rockowej. Pojawiło się wielu ambitnych twórców, których eksperymenty znacznie poszerzały ramy gatunku, tworząc nowe style. Nie wszyscy z nich zdobyli jednak należne uznanie. Do takich niedocenionych, dziś już zapomnianych wykonawców zaliczyć można brytyjską grupę East of Eden. Stało się tak pomimo obiecującego początku kariery (bardzo udane albumy "Mercator Projected" i "Snafu"), oraz zdobycia pewnej rozpoznawalności (dzięki przebojowemu singlowi "Jig-A-Jig", ale też za sprawą gościnnego występu lidera Dave'a Arbusa w utworze "Baba O' Riley" The Who).

Zawiniło wiele rzeczy. Na pewno zbyt liczna konkurencja i słaba promocja wytwórni (zespół zakontraktowany był w Deram Records - oddziale Decca Records, który słynął z małych nakładów albumów nowych wykonawców). Ale też sam zespół, który nie mógł utrzymać stałego składu, a wraz z kolejnymi zmianami, malała jakość jego muzyki. Problemem był też pewnie sam styl grupy, trudny do sklasyfikowania, co musiało rozzłościć krytyków.

Na debiutanckim albumie "Mercator Projected" zwraca uwagę bardzo bogate brzmienie, które oprócz podstawowego w rocku instrumentarium - gitara, bas i bębny - obejmuje także skrzypce, saksofon, flet, dudy, kalimbę, harmonijkę i klawisze, w tym syntezator (słyszalny przede wszystkim na początku "Communion"). Równie bogate są inspiracje zespołu - od rocka psychodelicznego, przez blues, folk i jazz, po muzykę arabską i klasyczną, a gdzieniegdzie pojawiają się też cięższe, hardrockowe riffy. W praktycznie każdym utworze muzycy mieszają przynajmniej kilka tych elementów, dzięki czemu całość brzmi bardzo oryginalnie i spójnie.

Zespół wypracował własny styl, dzięki czemu można znaleźć wspólny mianownik zarówno w tych bardziej energetycznych i przebojowych momentach albumu ("Northern Hemisphere", "Isadora"), tych bardziej stonowanych, z psychodelicznym klimatem (mocno orientalizujący "Waterways", oniryczny "Bathers"), jak i zakręconym instrumentalnym jamie "In the Stable of the Sphinx", który doskonale wieńczy i podsumowuje ten album. Nieco od całości odstaje tylko bardziej surowy brzmieniowo "Centaur Woman", o ewidentnie żartobliwym charakterze (za sprawą tekstu i odgłosu... spuszczanej wody w sedesie), ale też z fajnymi partiami bluesowej harmonijki i niezłą improwizacją z przesterowanym basem. Na brak różnorodności na pewno nie można narzekać.

"Mercator Projected" nie jest może wielkim dziełem, bo brakuje na nim czegoś naprawdę wybitnego. Ale z drugiej strony - to naprawdę dobrze skomponowany, świetnie zagrany i porządnie brzmiący, a przy tym całkiem oryginalny album. Dla miłośników muzyki z tamtych lat, którzy poznali już dobrze wszystkich znanych wykonawców - pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10



East of Eden - "Mercator Projected" (1969)

1. Northern Hemisphere; 2. Isadora; 3. Waterways; 4. Centaur Woman; 5. Bathers; 6. Communion; 7. Moth; 8. In the Stable of the Sphinx

Skład: Geoff Nicholson - wokal i gitara; Dave Arbus - skrzypce, flet, saksofon, dudy; Ron Caines - saksofon, instr. klawiszowe, wokal (4); Steve York - bass, harmonijka, kalimba; Dave Dufont - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Noel Walker


6 komentarzy:

  1. Zaskoczyłeś mnie znajomością (ba! -docenieniem) tej płyty. Jednej z moich ulubionych.

    Widze u Ciebie również takie białe kruki jak Andromeda czy Cressida. W związku z tym, Pablo, bardzo gorąco polecam Ci kilka innych tego typu wykopalisk:
    -2066 And Then - "Reflections!". Niemiecki zespól i ich jedyna płyta, wydana w 1972 roku. Mój nr 2 płyt wszech czasów, zaraz po Białym Albumie :) Stary, ta płyta to jest kosmos! Trochę Purpli, trochę Sabbath, trochę ELP, psychodelii. Bardzo długie utwory, średnia na płycie to 10 minut. Naprawdę, dzieje się!
    -Jericho - "Jericho". Zespól z Izraela, też 72 rocznik.
    -Trip - "Caronte". Włochy, 1971.
    -Museo Rosenbach - "Zarathustra".Włochy, 1973.
    A znasz w ogóle zespół Budgie?

    Płyty, które wymieniłem polcam w ciemno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię takie psychodeliczno-"wschodnie" klimaty ;) Zresztą dobra muzyka sama się obroni i nie trzeba być wielbicielem gatunku, żeby ją docenić.

      Często wyszukuję takie mniej znane zespoły, kiedy potrzebuję przerwy od słuchania w kółko znanych na pamięć płyt Floydów czy Sabbath ;) Myślę, że niedługo znowu przypomnę tutaj kilka takich nieznanych wykonawców. Dlatego dzięki za wszystkie propozycje ;) Dwie z tych płyt już znam: "Jericho" i "Caronte" (btw. przez skład Trip przewinął się nawet sam Ritchie Blackmore).
      Budgie też oczywiście znam (któż zresztą nie zna "Breadfan", nawet jeśli tylko z wykonania Metalliki), ale w dyskografię jeszcze nie wgłębiałem się dokładnie.

      Usuń
  2. Kurcze, znasz Stray a dobrze nie znasz Budgie. To tak jakbyś znał Oasis a nie znal do końca Beatlesów :) Warto poznać te bardziej uznane zespoły na początek ;)

    Ogólnie jednak podziwiam Cię za zanajomośc świetnych, a mało znanych zespołów. Co sądzisz o "Caronte" i "Jericho"?
    Koniecznie posłuchaj Twenty Sixty Six And Then

    OdpowiedzUsuń
  3. Instrumentarium może i bogatsze od Crimsona, jednak nie mają zbyt wiele wspólnego. Przez nawiązania do folku i flet przypominają raczej Jethro Tull z dodatkiem jazzu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak Ty wyszukujesz te wszystkie białe kruki? Jestem naprawdę pod wrażeniem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat ten album polecono mi w sklepie z winylami. W ten sposób poznałem także Mahavishnu Orchestra, Stray czy Damnation of Adam Blessing. A sam muzyki szukam głównie na RYM, a słucham jej na YouTube, przy okazji sprawdzając polecane filmy i dodając do listy "do obejrzenia" wszystko, co może mnie zainteresować.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.