29 listopada 2012

[Recenzja] Dust - "Dust" (1971) / "Hard Attack" (1972)

Amerykańska grupa Dust to jeden z tych licznych zespołów, którym nie udało się zyskać popularności i słuch szybko o nich zaginął. No, prawie... W przeciwieństwie do członków wielu innych tego typu zespołów, muzycy Dust nie porzucili całkiem muzycznej kariery. Śpiewający gitarzysta Richie Wise i pełniący rolę tekściarza oraz producenta Kenny Kerner zdobyli pewną rozpoznawalność dzięki współpracy z grupą Kiss (byli producentami jej dwóch pierwszych albumów, "Kiss" i "Hotter Than Hell"). Z kolei basista Kenny Aaronson został muzykiem sesyjnym i ma na koncie współpracę m.in. z Edgarem Winterem, Joan Jett i Billym Idolem. Największą sławę zyskał jednak perkusista Marc Bell, który w 1978 roku dołączył do The Ramones, przyjmując nazwisko Marky Ramone. Dzięki tym późniejszym dokonaniom muzyków, twórczość Dust zaczęła cieszyć się pewnym uznaniem. 

Zespół pozostawił po sobie dwa albumy studyjne. Wydany w 1971 roku debiutancki Dust charakteryzuje się bardzo surowym brzmieniem, które jednak pasuje do wykonywanej muzyki - typowego dla tamtych czasów hard rocka, z małymi wyskokami w stronę blues rocka ("Goin' Easy") lub rock and rolla ("Loose Goose"). Czasem brzmienie wzbogacają partie gitary akustycznej ("Love Me Hard", "Often Shadows Felt"), ale dominuje ostrzejsze granie. Longplay niestety niczym nie zaskakuje i już w chwili wydania brzmiał bardzo wtórnie w stosunku do pionierów stylu. Wykonanie instrumentalne  jest po prostu poprawne, a wokal bywa drażniący. Największym problemem muzyków jest jednak brak kompozytorskich zdolności. Utwory są zupełnie przeciętne, słabe melodycznie (może z wyjątkiem ballady "Often Shadows Felt"), pozbawione rozpoznawalnych motywów. Może jedynie w prawie dziesięciominutowym "From a Dry Camel" pojawiają się jakieś przebłyski talentu, choć utwór jest zbyt monotonny i na siłę przedłużany powtarzaniem tych samych motywów.
Ocena: 5/10

Rok później zespół wydał swój kolejny album, zatytułowany "Hard Attack". Zwraca uwagę lepsze brzmienie. Ale co ważniejsze, muzycy nieco poprawili się jako kompozytorzy i wykonawcy, czego najlepszym przykładem otwierający longplay kawałek "Pull Away / So Many Times" (przypominający nieco Wishbone Ash), wyróżniający się całkiem chwytliwą melodią, niezłymi partiami instrumentalistów i nieco mniej oczywistą strukturą. Do lepszych momentów zaliczyć można jeszcze częściowo akustyczny "Walk in the Soft Rain", oraz ciężki "Suicide", w którym pojawia się nawet solo na basie. Niestety, całość jest bardzo niespójna. Poza tym, zbyt wiele tutaj mdłych ballad, czasem wręcz ocierających się o stylistykę country ("Thusly Spoken", "I Been Thinkin'", "How Many Horses") i koszmarków w rodzaju "Learning to Die" z pełną patosu partią wokalną, która zdaje się zwiastować power metal, oraz rażący niemal ramonesowym banałem "All in All". "Hard Attack" można zatem - w przeciwieństwie do debiutu - uznać za album przynajmniej momentami nowatorski. Lecz akurat w tym wypadku bycie prekursorem nie jest powodem do dumy, a prędzej do wstydu.
Ocena: 5/10



Dust - "Dust" (1971)

1. Stone Woman; 2. Chasin' Ladies; 3. Goin' Easy; 4. Love Me Hard; 5. From a Dry Camel; 6. Often Shadows Felt; 7. Loose Goose


Dust - "Hard Attack" (1972)

1. Pull Away / So Many Times; 2. Walk in the Soft Rain; 3. Thusly Spoken; 4. Learning to Die; 5. All in All; 6. I Been Thinkin'; 7. Ivory; 8. How Many Horses; 9. Suicide / Entranco

Skład: Richie Wise - wokal i gitara; Kenny Aaronson - bass; Marc Bell - perkusja
Producent: Kenny Kerner i Kenny Aaronson


10 komentarzy:

  1. Uwielbiam ten stan kiedy nastawiam sobie do słuchania jakąś nieznaną płytę ( zwykle to jest NKR) po uprzednim przeczytaniu recenzji Pawła. Zawsze wtedy pojawia się ten dreszczyk emocji i pytanie czy będzie to dobre??? A potem jest już tylko muzyka... Z tą płytą było oczywiście tak samo. No i znów podoba mi się to jak cholera. Chociaź początek jest w sumie taki sobie. Otwieracz jak zauważył Paweł jest przeciętny ale dalej jest już wszystko jak trzeba. Zwracają uwagę naprawdę dobre melodie. Świetny jest blues Goin Easy. Love Me Hard trochę drażni dość banalnym refrenem ale szybko o tym zapominam bo muzycznie jest rewelacyjnie. To energetyczne hard rockowe łojenie z ciekawą akustyczną wstawką. Świetny numer. From a Dry Camel to istne rockowe dzieło! Dlaczego taki genialny kawałek nie jest znany szerszej rockowej publiczności??? Dla mnie to niemal misterium! Ten klimat doprawdy jest niesamowity. Mi raczej przypomina utwór tytułowy z debiutu Black Sabbath niż Dazed and Confused. Kolejny na płycie Often Shadows to cudowna ballada z uroczą gitarą akustyczną. Perła! Na koniec rozpędzony rock n roll Loose Goose zamyka ten magiczny album. Ufff ależ emocje. Tej nocy chyba jeszcze kikla razy posłucham.

    OdpowiedzUsuń
  2. Komentarz Michała B. na temat (wcześniej opisanego w osobnej recenzji) "Hard Attack":

    Ten album nie porywa tak jak debiut. Jest bardzo nierówny. Są utwory genialne: Pull Away / So Many Times, Suicide czy Ivory ale są też totalne niewypały takie jak How Many Horses i Thusly Spoken. Szkoda, że I Been Thinkin kończy się po zaledwie 2 minutach z okładem bo numer ma duży potencjał. Reszta to typowe średniaki, które nic nie wnoszą. Ewentualnie Walk in the Soft Rain fajnie się jeszcze słucha, taki spokojny luzacki kawałek. Po pierwszej płycie, która dla mnie była absolutnie fenomenalna ten album rozczarowuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam jak napisałeś u mnie pod recką "Hotter and Hell", że płyty Dust zawierają fajne, hardrockowe granie. Z tego co widzę już tak nie uważasz. (?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wracałem do nich przez ostatnie pięć lat. Pamiętałem je jako fajne, ale po przypomnieniu okazały się bardzo przeciętne, wręcz amatorskie.

      Usuń
  4. Dziwne, że nie udało im się przez cały album poziomu przynajmniej zbliżonego do "From A Dry Camel". Ten utwór jest niesamowity! Niestety, przez obecność pośród tak bardzo słabszych od siebie utworów dużo traci

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może właśnie dzięki pozostałym kawałkom ten wydaje się lepszy, niż w rzeczywistości? Też kiedyś uważałem go za coś wspaniałego. Ale patrząc zupełnie obiektywni, w porównaniu z podobnymi (rozbudowanymi, nieco jamowymi) utworami innych wykonawców, powiedzmy "Dazed and Confused" Zeppelina, "Warning" Sabbathu i "Child in Time" Purpli, jakościowa przepaść jest ogromna i to bynajmniej nie na korzyść "From a Dry Camel" ;)

      Usuń
    2. Co do pierwszego zdania, to chyba nie, przynajmniej nie w moim przypadku. Do dziś katuję go regularnie samego, bez reszty albumu i rozwala mi czachę równie mocno. Jeśli utwór tak bardzo mi się podoba, to chrzanię kwestie obiektywne :D

      Swoją drogą fajnie, że wspomniałeś o "Child In Time" i "Warning", bo puściłem sobie oba i wciąż są przezajebiste. Nie mogę się doczekać, aż ogarnę w końcu jakiś nienajgorszy gramofon i sobie je odpalę, bo oba albumy z tymi utworami mam już na oryginalnych winylach. Z "Camelem" tez bym z chęcią tak zrobił

      Usuń
    3. Pamiętam jak w końcu kupiłem gramofon (mając już pewnie z kilkadziesiąt winyli) i pierwsze, co włączyłem, to druga strona "Meddle", czyli "Echoes". Niezapomniane wrażenie, jakbym znów słuchał tego utworu po raz pierwszy ;)

      Z dostaniem wczesnego wydania "Dust" możesz mieć problem, przynajmniej finansowy. Jak zaczynałem zbierać winyle, to można było go dostać za około 150 pln, obecnie pewnie chodzi po dwa razy tyle.

      Usuń
    4. W przypadku "Echoes" to nawet zgrywki puszczonych winyli na youtube bija brzmieniowo na głowę każde mp3 czy CD, więc trudno mi nawet sobie wyobrazić, co będzie, jak sobie w końcu puszczę winyl w domu ;)

      Usuń
  5. Proponuję trochę przeformatować posta, bo tekst opływający obrazek trochę ciężko się czyta. :p

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.