19 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Ballbreaker" (1995)



Nie dajcie się zwieść futurystycznej okładce. "Ballbreaker" to do bólu klasyczne AC/DC. Mamy tu nawet powrót składu z "Back in Black" (i dwóch następnych longplayów), gdyż do zespołu zdecydował się wrócić Phil Rudd. Grupa od początku kariery nagrywa takie same albumy, które różnią się między sobą tylko ilością (lub brakiem) udanych kawałków. Tym razem nie ma ich wielu. Wyróżnia się przede wszystkim "The Furor", w którym zespół znów gra nieco wolniej i poważniej - jak w utworze tytułowym z "The Razors Edge". Tym razem jednak nie jest to tak udane nagranie, z powodu irytującej partii wokalnej Johnsona. Poza tym warto zwrócić uwagę na chwytliwy, choć banalny "Hard as a Rock" (jeden z większych przebojów grupy) i melodyjny "Burnin' Alive". Pozostałe kawałki są zupełnie nijakie i nie wyróżniają się niczym na tle ponad setki identycznych kawałków AC/DC.

Ocena: 4/10



AC/DC - "Ballbreaker" (1995)

1. Hard as a Rock; 2. Cover You in Oil; 3. The Furor; 4. Boogie Man; 5. The Honey Roll; 6. Burnin' Alive; 7. Hail Caesar; 8. Love Bomb; 9. Caught with Your Pants Down; 10. Whiskey on the Rocks; 11. Ballbreaker

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Rick Rubin i Mike Fraser


4 komentarze:

  1. "Furor" to taki 'kiepściejszy' następca "The Razor's Edge", ale i tak najlepszy na tym albumie (to uczucie gdy zaczynają sie kolejne piosenki a ty po 5 sekundach wiesz co będzie dalej)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, szkoda niewykorzystanej szansy. A był nią zarówno powrót oryginalnego perkusisty Phila Rudda na łono macierzystej grupy, jak i podjęcie współpracy z producenckim guru - Rickiem Rubinem. A więc otrzymaliśmy skład znany z Back in Black i"super" producenta; teoretycznie wszystkie warunki, żeby nagrać wspaniały album. Niestety zabrakło jednego. Najważniejszego. Dobrych pomysłów na melodie i riffy! A wydany 2 lata wcześniej na potrzeby filmu "Bohater ostatniej akcji" utwór Big Gun nastrajał pozytywnie... Założenie było szlachetne: kolejny powrót do korzeni, do "kanjpianego" bluesa i rock'n rolla w hard rockowym wydaniu. Jednak Ballbreaker nie zachwyca ani do bólu zachowawczą produkcją, ani udanymi kompozycjami. Chociaż otwierający całość Hard as a Rock nie zapowiada jeszcze katastrofy. Wszystko tu jest na swoim miejscu. Radująca uszy melodyjka, która towarzyszy mocnemu refrenowi oraz prosty, acz niezwykle "biorący" riff. Ten numer, mocniej wyprodukowany pasowałby jak ulał na The Razor's Edge i nie odstawałby tam poziomem! Zaraz potem otrzymujemy jednak już bardzo przeciętne Cover You in Oil, który przypomina jakby Meanstreak z Blow Up Your Video. Sytuację ratuje na chwilę The Furor. Znów aż prosi się o bardziej dynamiczny dźwięk, bo kompozycja sama w sobie jest niezwykle ciekawa i po raz kolejny, za sprawą niepokojącego riffu nawiązuje do słynnej Brzytwy. Takie emocje generuje jeszcze Whiskey on the Rocks, choć to już klasa przeciętniaków. Można wyróżnić Hail Caesar; bracia próbują powtórzyć tu patent z Shoot to Thrill, z gorszym skutkiem jednak, no i przydałoby się rzecz trochę skrócić. No i to by było w zasadzie na tyle. Poza tym otrzymujemy zestaw kompozycji, które jednym uchem wlatują, drugim wylatują. Nagle stylistyczna monotematyczność grupy zaczyna razić; denerwują w kółko powtarzane, najbardziej ograne patenty gitarowe Malcolma i Angusa, irytuje proste bębnienie Phila Rudda. Nie udał się niestety najbardziej oczywisty powrót do korzeni, czyli Boogie Man. Marne echo The Jack, Crabsody in Blue czy Night Prowler. Ballbreaker okazuje się jeszcze słabszy niż wspomniane wyżej Blow Up Your Video. Bo tam nawet z tych ewidentnie słabych kompozycji można było wycisnąć czasem coś ciekawego i oryginalnego. Tutaj brakuje nawet tego. Brakuje też pasji. Muzycy sprawiają wrażenie odrabiania nielubianych lekcji. Słuchając takich utworów jak Cover You in Oil, Burnin'Alive, Love Bomb, Caught with Your Pants Down czy utworu tytułowego męczymy się razem z zespołem! Właściwie tylko Hard as a Rock i The Furor bronią honoru tej płyty i odpowiadają standardom, do jakich grupa przez lata nas przyzwyczaiła. Ballbreaker to bez wątpienia najsłabszy album AC/DC i zarazem początek ich artystycznej siwizny. Ocena: 2/10

    OdpowiedzUsuń
  3. a mnie się ta płyta bardzo podoba w przeciwieństwie do zamerykanizowanej Razors Edge której właśnie nie mogę słuchać przez te miałkie przebojowe skoczne kawałki. Ba Ballbreaker trochę kombinują jak na nich oczywiście. Taka bardziej bluesowa płyta.

    OdpowiedzUsuń
  4. Furor ma prostacki refren i bardziej od "protoplasty" leci w stronę stadionowego grania.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.