24 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Holy Diver" (1983)



Po wyrzuceniu z Black Sabbath, wokalista Ronnie James Dio założył własny zespół, któremu nadał niewyszukaną nazwę Dio. Składu dopełnili: podebrany z Black Sabbath perkusista Vinny Appice, dawny kompan z Rainbow - basista Jimmy Bain, oraz młody gitarzysta Vivian Campbell (do tamtej pory grający tylko w Sweet Savage - amatorskiej kapeli z kręgu NWOBHM). O ile w poprzednich zespołach teatralne zapędy Ronniego były (nie zawsze z powodzeniem) temperowane przez pozostałych muzyków, tak we własnym zespole mógł on całkiem pogrążyć się w wykreowanej przez siebie, infantylnej krainie smoków, tęcz i wszechobecnego kiczu.

Debiutancki album Dio, "Holy Diver", ukazał się w 1983 roku i od razu zdobył popularność wśród miłośników kiczu, eufemistycznie nazywanych fanami metalu. Na albumie dominuje typowa dla roku wydania metalowa sztampa (np. "Stand Up and Shout", "Gypsy", "Caught in the Middle"), czasem wzbogacona łagodniejszymi momentami, w których Ronnie mógł zaprezentować kobiecą stronę swojej natury... tzn. głosu ("Don't Talk to Strangers"). Są też nieudolne próby grania w stylu Black Sabbath ("Shame on the Night" i utwór tytułowy będący momentami plagiatem "Heaven and Hell"). "Rainbow in the Dark" przekracza natomiast wszelkie granice przyzwoitości. Ten kawałek powinien być podręcznikowym przykładem wszystkich słabości heavy metalu. Jest tu i banalna melodia, i pretensjonalny wokal, i pseudo-wirtuozerska solówka oparta na samej technice, a także tandetne  brzmienie, podkreślone przez naprawdę żenujący klawiszowy motyw. "Rainbow in the Dark" nadaje się na wesele w remizie w nie mniejszym stopniu, niż disco polo.

Sam przez wiele lat uważałem ten album za wielkie dzieło. Bo brakowało mi odpowiedniej perspektywy. Słuchając tylko muzyki typu hard & heavy (w tym też paru znacznie lepszych zespołów, ale i gorszych) i znając ledwie podstawy rocka progresywnego i psychodelicznego, kompletnie nie zdawałem sobie sprawy ze słabości i kiczu tego materiału. Będąc jednocześnie przekonanym o nieomylności swojego gustu, w czym utwierdzali mnie inni ignoranci, także ci z rzekomo profesjonalnych muzycznych mediów. Na szczęście zrobiłem krok do przodu, otwierając się na wielki świat muzyki. Przy ogromie wspaniałych dzieł, jakie poznałem, trudno mi teraz dostrzec cokolwiek pozytywnego w twórczości Dio. Mam nadzieję, że ta recenzja skłoni też innych do muzycznych poszukiwań poza swoją strefą komfortu.

Ocena: 4/10



Dio - "Holy Diver" (1983)

1. Stand Up and Shout; 2. Holy Diver; 3. Gypsy; 4. Caught in the Middle; 5. Don't Talk to Strangers; 6. Straight Through the Heart; 7. Invisible; 8. Rainbow in the Dark; 9. Shame on the Night

Skład: Ronnie James Dio - wokal i syntezatory; Vivian Campbell - gitara; Jimmy Bain - bass; Vinny Appice - perkusja
Producent: Ronnie James Dio


23 komentarze:

  1. Ależ frustracja wylała się z tej recenzji :D Jakby narastająca niechęć do tego albumu wzbudziła w Tobie jakieś poczucie misji :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie wydaje mi się, że większość płyt z kręgu hard i heavy czeka podobny los.

      Usuń
  2. "wzbogacona łagodniejszymi momentami, w których Ronnie mógł zaprezentować kobiecą stronę swojej natury... tzn. głosu" - też potrafisz być kąśliwy ... a o zmarłych mówi się dobrze albo wcale :D ta recenzja w ogóle ma cięto negatywny charakter, chociażby opis "Rainbow in the Dark".

    Brawo, widzę, że naprawdę ostro zacząłeś patrzeć na muzykę i np. zacząłeś słyszeć w tym całym hard 'n' heavy to, czego ja nie byłem w stanie nigdy znieść.

    "Nie poleci Paweł gówna" parafrazując Wyspiańskiego.

    Skoro "Love at The First Sting" dostało 5/10, to chyba na serio niektóre ich następne płytki powinny dostać okrągłe zero :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Dio to chyba jeden z najbardziej przereklamowanych artystów na świecie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdzie tam frustracja czy nienawiść ;) Drugi akapit pisałem z rozbawieniem (nie należy go więc traktować całkiem na poważnie), a w trzecim wpadłem w refleksyjny nastrój.

    Tak, jak pisałem wcześniej, nie widzę sensu w zwiększaniu negatywnych ocen. Tak naprawdę nie ma wielkiej różnicy, że jakiemuś albumowi dałem 1, a innemu 3, bo i tak oba są dla mnie niesłuchalne w całości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie albumy są słuchalne z tym, że niektóre tylko raz :)

      Usuń
  5. Ale ocena ma chyba też ostrzegać potencjalnego słuchacza, jak daleko powinien zwiewać gdy zobaczy gdzieś takiego wykonawcę, nie? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wszystkie poniżej 6/10 zapewne odstraszają.

      Zresztą ja jestem za tym, żeby każdy sam posłuchał i ocenił. Zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach można w kilka sekund uzyskać dostęp do znacznej większości albumów, jakie kiedykolwiek zostały nagrane ;) Obecnie funkcją recenzji powinno być przede wszystkim polecanie wydawnictw, które nie są powszechnie znane.

      Usuń
    2. Mnie odstrasza i poniżej 8/10, a w wypadku jazzu poniżej 9/10. Ale z rzeczy ważnych: napisałeś "Będąc jednocześnie przekonanym o nieumyślności swojego gustu" . Czy raczej nie powinno być "nieomylności" ?

      Czy ogólny zastój (mało komentarzy, rzadkie publikacje czegokolwiek) to coś, co jest tylko przejściowe, czy stale zmieniasz częstotliwość nowych publikacji?

      Usuń
    3. To nie moja wina ani nie mój problem, że nie potrafisz czytać ze zrozumieniem i nawet jak masz napisać coś wprost, to interpretujesz to po swojemu. Na stronie ze skalą ocen jest jasno napisane: albumy z ocenami 6-7 polecam wielbicielom wykonawcy / gatunku, a z ocenami 8-10 polecam wszystkim. To jest aż tak proste.

      Znalazłeś literówkę i co z tego?

      Na ilość komentarzy nie mam żadnego wpływu, nowe recenzje są znów publikowane z częstotliwością co drugi dzień, a poprawki nigdy nie były regularne.

      Usuń
    4. To nie jest tylko literówka, a zupełnie inne słowo które może wprowadzać w błąd i budzić wątpliwości co do tego co chciałeś przekazać. Znalazłem i nic z tego, powinieneś się cieszyć z darmowej korekty ;)

      A co do ocen, dokładnie wiem co twierdzisz odnośnie skali ocen, ale zauważyłem taką zależność, że w recenzjach ósemkowych albumów jazzowych jest zwykle niemal wprost napisane "mogło być lepiej". Opis samej oceny (8) nie odda tego co zwykle wiąże się z jej wystawieniem.

      Nie wkurzaj się tak, ostatnio było tu tak dziwnie pusto, że postanowiłem po tygodniu zapytać co się dzieje ;)

      Usuń
    5. Myślę, że z kontekstu i tak było wiadomo, o co chodzi.

      Nie przypadkiem w recenzjach z oceną 8 jest taka ocena, a nie inna - i staram się to jakoś uzasadnić, żeby potem nie było, że w recenzji same pochwały, a ocena nie jest maksymalna. Ale nie ma co tych moich zarzutów wyolbrzymiać. Popatrz zresztą, ile mam w kolekcji albumów ocenionych na 8 - stanowią prawie 1/3 całej kolekcji, w czym jest sporo jazzu. W tym tytuły, do których tak naprawdę wracam chętniej, niż do ocenionych wyżej. Np. "Head Hunters" Hancocka słucham częściej od "Empyrean Isles" czy "Crossings", ale nie dałbym tak samo wysokiej oceny, bo to jednak nieco mniej ambitna muzyka.
      A poza tym, wśród albumów ocenionych przeze mnie w granicach 6-8 (a może u niżej, choć mam nadzieję, że nie) nie brakuje takich, bez których znajomości będzie się jednak miało istotne braki w muzycznej wiedzy.

      Już wróciła do normy częstotliwość publikowania nowych recenzji. Niedługo pojawia się też jakieś poprawki. Ale takie przestoje pewnie będą się jeszcze zdarzać, gdy znów nie będę miał możliwości pisania. Nie ma w tym nic niezwykłego i nie powinno być to powodem do niepokoju czy czegokolwiek.

      Usuń
    6. No dobra, ale są do poznania w drugim czy trzecim rzucie, gdy się zapozna z albumami 9-10, i będzie się dobrze wiedziało, że te ósemkowe to nie są najwyższe loty w danym gatunku. A póki nie znam wszystkich 9-10, to mogę sobie śmiało olać te ocenione niżej.

      Usuń
    7. Niekoniecznie, bo np. taki "Blue Train" Coltrane'a (dałem 8) jest ważniejszy niż takie "Crescent" czy "The John Coltrane Quartet Plays" (dałem po 9) i na ogół bardziej cenione. Tak więc nie ma tu żadnej reguły.

      I dlaczego moje oceny - w jakimś stopniu zawsze skażone subiektywnym odbiorem - miałyby być lepszym wyznacznikiem, niż zsumowane oceny wielu słuchaczy na RYMie czy wyniki plebiscytów na forach? Ograniczanie się do opinii jednej osoby - i to o niezbyt pokrywającym się guście - to bardzo kiepski pomysł na poznawanie muzyki.

      Usuń
  6. W zupełności się zgadzam z autorem. Też tak miałem że uważałem Dio za mega boga, który dla metalowców klasycznych na pewno jest i być powinien. Ale wynikało to raczej z tego że ulegałem ogólnej opinii jaki to Dio jest zajebisty. Wokalistą oczywiście był świetnym i z tym się nie spieram bo wiele razy czytałem opinie znających się na wokalizach że Dio nigdy nie zaśpiewał ani jednej fałszywej nutu. Jednak poziom jego kiczu osiągał zenitu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zasadniczo nie lubię zadawać takich pytań, ale: skoro, jak mniemam, Twoim zdaniem nie ma tu nic godnego uwagi, to skąd tak wysoka ocena jak 4 (a nie np. wzorem "Sacred Heart" 1)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Holy Diver" nie jest aż tak żenujący. Stężenie kiczu jest tu mniejsze (choć dla mnie za duże), a kompozycje i wykonanie lepsze (choć ani jedno ani drugie nie wykracza poza metalową średnią).

      Usuń
    2. No i pewnie nie ma w tym zespole jakiegoś utworu, do którego chciałbyś kiedykolwiek powrócić? ;)

      Usuń
    3. No chociażby, żeby posłuchać pięknego głosu Dio (mi tam się akurat podoba) :)

      Usuń
    4. Dio wykorzystywał swoje umiejętności w bardzo zły sposób, popadając w patos i kicz. To jest przeciwieństwo piękna.

      Jak chcę posłuchać czegoś pięknego, to mam np. Popol Vuh albo Johna Coltrane'a ;)

      Usuń
    5. Ale z drugiej strony czy wchodząc na wysokie rejestry wokalne (co często robił) mógłby wykorzystywać swój głos w inny sposób niż w ten jaki słychać na albumach? Tzn. śpiewać zupełnie inaczej.

      Usuń
    6. Na pewno mógłby śpiewać inaczej, bez wchodzenia na wysokie rejestry i przede wszystkim bez tego całego nadęcia. W sumie to całe jego zamiłowanie do kiczu i przesada w okazywaniu emocji musi wynikać z włoskiego pochodzenia. Bo ten sam problem dotyczy włoskich wokalistów rockowych.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.