14 czerwca 2012

[Recenzje] Rainbow - "Rising" (1976)



Pierwszy album Rainbow okazał się sporym sukcesem komercyjnym, choć nie był nawet promowany trasą koncertową. Brak trasy wynikał z kontraktowych obowiązków Ritchiego Blackmore'a, który musiał grać z Deep Purple. Pozostali muzycy wykorzystali ten czas na promocję albumu "Trying to Burn the Sun", który wydali pod szyldem Elf. Gdy jednak Ritchie odzyskał wolność, odchodząc z Deep Purple, postanowił zmienić skład swojej grupy. Doszedł do wniosku, że dotychczasowi instrumentaliści - klawiszowiec Micky Lee Soule, basista Craig Gruber i perkusista Gary Driscoll - nie pasują do jego wizji zespołu. Zatrudnił więc na ich miejsce Tony'ego Careya, Jimmy'ego Baina, oraz zdolnego perkusistę Cozy'ego Powella (ex-The Jeff Beck Group). Na miejscu wokalisty pozostał Ronnie James Dio. Skład ten istniał krótko, jednak pozostawił po sobie jeden z najbardziej cenionych albumów hardrockowych - "Rising".

Początek rzeczywiście jest świetny. "Tarot Woman" doskonale łączy hardrockowy czad i chwytliwą melodię. W porównaniu z debiutem zwraca uwagę lepsze, tzn. cięższe brzmienie. Choć produkcja Martina Bircha i tym razem nie jest doskonała - praktycznie nie słychać gitary basowej. "Run with the Wolf" to kolejny energetyczny i melodyjny kawałek, niestety już nie tak bardzo zapadający w pamięć. Album stopniowo kieruje się w coraz bardziej komercyjne rejony - "Starstuck" opiera się na prostym rockandrollowym schemacie, a "Do You Close Your Eyes?" razi okropnym, niewiarygodnie banalnym refrenem. Większe ambicje muzyków pokazuje ośmiominutowy "Stargazer". W zamyśle miało to być monumentalne, inspirowane muzyką klasyczną dzieło. Udział w nagraniu wzięła nawet prawdziwa orkiestra. Efekt, jak można się domyślić, brzmi bardzo pretensjonalnie (szczególnie partie Dio i orkiestry), ocierając się o kicz i śmieszność. O wiele lepsze wrażenie sprawia finałowy "A Light in the Black" - tak samo długi, lecz stawiający na hardrockowy czad. Świetnie wypadają tutaj grane w zawrotnym tempie partie Blackmore'a, Powella i Careya.

Zachwyty nad "Rising" są zdecydowanie przesadzone. Zespół często popada tutaj w banał lub teatralność. Zdecydowanie zbyt często, jak na tak krótki - niewiele ponad półgodzinny - album. Owszem, słychać tu pewien postęp w stosunku do debiutu, zarówno w kwestii brzmienia, jak i przede wszystkim kompozycji (pierwszy i ostatni utwór są naprawdę udane), ale to wciąż za mało, by uznawać "Rising" za klasykę czegokolwiek. 

Ocena: 7/10



Rainbow - "Rising" (1976)

1. Tarot Woman; 2. Run with the Wolf; 3. Starstuck; 4. Do You Close Your Eyes?; 5. Stargazer; 6. A Light in the Black

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jimmy Bain - bass; Cozy Powell - perkusja; Tony Carey - instr. klawiszowe
Gościnnie: Munich Philharmonic Orchestra - instr. smyczkowe i dęte (5); Rainer Pietsch - dyrygent (5)
Producent: Martin Birch


13 komentarzy:

  1. Absolutna klasyka. Stawiam na równi z najlepszymi albumami Deep Purple i Black Sabbath. Pod względem produkcji nawet je przewyższa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praktycznie nie słychać na tym albumie gitary basowej, więc polemizowałbym z tą produkcją przewyższającą albumy DP i BS ;)

      Usuń
  2. To racja. Może trochę sie zagalopowałem ale i tak uważam że jest to najlepsza produkcja Martina Bircha. Brzmienie wgniata w siedzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem Birch najbardziej popisał się podczas pracy nad "Heaven and Hell" Sabbathów - tam już wszystko jest idealnie, włącznie z basem (bardzo uwypuklonym w miksie). Ogólnie lubię brzmienie Bircha, choć często zdarzały mu się wpadki, jak z tym basem na "Rising"... A brzmieniowym ideałem są też dla mnie pierwsze trzy albumy Black Sabbath (produkowane przez Rodgera Baina).

      Usuń
  3. Również mam sentyment do Bircha bo produkował moje ukochane grupy. Wpadki zdarzały sie chociażby w Iron Maiden ale też niektóre płyty Whitesnake. Na Heaven & Hell nie podoba mi się brzmienie bębnów i za dużo jest talerzy. Natomiast na Mob Rules już jest potęga.

    OdpowiedzUsuń
  4. Upierdliwiec1 lipca 2017 01:00

    A czy do "Stargazer" nie pasowałoby aby określenie "pretensjonalny" ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jak najbardziej. Ta recenzja też jest do poprawki.

      Usuń
    2. Upierdliwiec2 lipca 2017 00:54

      Obawiam się, że to się robi błędne koło. Prędzej czy później będą pojawiać się kolejne recenzje które będziesz chciał poprawić (jestem zaskoczony, że tę też), a w połączeniu z tym, że piszesz również "premierowe" recenzje, zapowiada się to iście syzyfowo

      Usuń
    3. Mam jednak nadzieję, że wszystkie nowe i stare-poprawione recenzje będą już tymi "definitywnymi".

      Usuń
  5. Przepraszam ale proszę mi wyjaśnić na czym polega pretensjonalność Stargazer??? Pretensjonalna to jest raczej twórczość niektórych grup rocka progresywnego jak np. ELP, Yes czy King Crimson.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twórczość King Crimson jest momentami podniosła, ale nie pretensjonalna. ELP i Yes faktycznie często grali pretensjonalnie. Tak jak i Rainbow w tym utworze - te klawisze udające orkiestrę, teatralny śpiew Dio...

      Usuń
  6. Tak, Stargazer jest do bólu pretensjonalny... Kiedyś uważałem to za arcydzieło, teraz nie mogę tego słuchać, w sumie dla mnie brzmi to nawet żałośnie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie druga strona "robi" ten album. W pierwszej, nawet w najbardziej udanych utworach, mógłbym się do czegoś doczepić - przykładowo lubię "Tarot Woman", ale jego wstęp jest zdecydowanie za długi i przy tym mało ciekawy (w odróżnieniu np. od "Speed King" DP).

    W niektórych źródłach można przeczytać, że "Rising" to album heavymetalowy, co moim zdaniem nie jest prawdą. Pod heavy metal może co najwyżej podpadać końcowy "A Light in the Black".

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.