11 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Heaven and Hell" (1980)



Po rozstaniu z Ozzym Osbourne'em, instrumentaliści Black Sabbath postanowili zatrudnić na jego miejsce Ronniego Jamesa Dio, który właśnie rozstał się z grupą Rainbow. Wokalistę o zupełnie innej barwie i szerszej skali głosu, co musiało wpłynąć na zmianę samej muzyki. Muzycy postanowili nawiązać do aktualnych trendów i porzucić swój eklektyczny hardrockowy styl na rzecz jednowymiarowego heavy metalu.

Pierwsze, co zwraca uwagę po włączeniu płyty, to naprawdę dobre brzmienie. Kilka poprzednich albumów grupy pozostawiało pod tym względem wiele do życzenia. Tym razem jednak zespół zatrudnił do produkcji fachowca - Martina Bircha, znanego m.in. ze współpracy z Deep Purple, Rainbow, ale też Fleetwood Mac i Wishbone Ash (a później Iron Maiden). Choć Birchowi czasem zdarzały się różne wpadki (np. niesłyszalny bas na "Rising" Rainbow), tym razem trudno do czegokolwiek się przyczepić. Zachwyca szczególnie uwypuklony w miksie bas... Choć to akurat nieco dzieło przypadku - podczas sesji nagraniowej z zespołu odszedł Geezer Butler, a jego partie zarejestrował Geoff Nicholls (lub - według swoich własnych słów - Craig Gruber, oryginalny basista Rainbow). Gdy album był już zmiksowany, do zespołu wrócił Geezer, który postanowił nagrać linie basu na nowo - nałożono je potem na gotowy miks w taki sposób, aby zagłuszyły wcześniejsze partie. Nicholls pozostał, jako klawiszowiec, stałym współpracownikiem zespołu aż do połowy lat 90.

Same utwory prezentują różny poziom. Często zalatują heavymetalową sztampą. Kawałki w rodzaju "Lady Evil", "Wishing Well" i "Walk Away" są wyjątkowo banalne. Schematami rażą także takie kawałki, jak rozpędzony "Neon Knights", czy półballadowy "Children of the Sea". W spokojniejszych momentach tego drugiego dodatkowo denerwuje kobiecy śpiew Dio. Zresztą to właśnie nowy wokalista spowodował, że zespół zaczął zbyt często ocierać się o kicz. Nie można mu odmówić sporych możliwości (pod tym względem znacznie przewyższa swojego poprzednika), ale jego teatralna maniera i nadużywanie wysokich tonów są dość irytujące. Nie brakuje tu jednak bardziej udanych momentów. Jak niezwykle szybki "Die Young", który sprawnie łączy wściekłe fragmenty z melodyjnym zwolnieniem. Albo prawdziwie monumentalny utwór tytułowy, z hipnotyzującą linią basu i chyba najlepszą solówką w całej karierze Iommiego. Czy w końcu potężny i majestatyczny finał w postaci "Lonely Is the Word". Przynajmniej w tych dwóch ostatnich udało się uniknąć metalowej sztampy i infantylności.

Black Sabbath na "Heaven and Hell" stracił wszystkie charakterystyczne elementy swojego stylu - zmienił się wokalista, Iommi zaczął grać na gitarze w zupełnie inny, mniej oryginalny sposób, a sekcja rytmiczna uprościła swoje partie. Żadna z tych zmian nie wyszła grupie na dobre w czysto artystycznym wymiarze, ale pomogła utrzymać popularność w dekadzie wszechobecnego kiczu. Oczywiście, "Heaven and Hell" nie jest kompletną porażką i na tle ówczesnej heavymetalowej tandety jawi się jako całkiem przyzwoite, a momentami naprawdę dobre dzieło. Problem w tym, że w porównaniu z twórczością zespołu z okresu 1970-73, jest to ogromny spadek jakości.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Heaven and Hell" (1980)

1. Neon Knights; 2. Children of the Sea; 3. Lady Evil; 4. Heaven and Hell; 5. Wishing Well; 6. Die Young; 7. Walk Away; 8. Lonely Is the Word

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass, Bill Ward - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


19 komentarzy:

  1. Moje dwie ulubione płyty Black Sabbath to - "Heaven And Hell" i "Mob Rules".
    Znałem Dio jeszcze z Rainbow, więc wiedziałem, że na pewno będzie dobrze. Faktycznie już pierwsze dźwięki "Neon Knights" powaliły na kolana, a dalej było jeszcze lepiej. "Dzieci Morza" - perełka, później "Zła Kobieta" lekko psuje dobre wrażenie. Po niej jednak nadchodzi utwór tytułowy, który wynosi płytę "Heaven And Hell" na metalowy piedestał.
    Strona druga z przykrością stwierdzam ma tylko dwa warte uwagi utwory - "Die Young" i "Lonely is The Word". Są jednak na tyle dobre, że tłumią niesmak dwóch dość marnych wypełniaczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Album wybitny i przełomowy. To właśnie za jego sprawą klasyczny heavy metal wyemancypował się całkowicie. Stał się całkowicie odrębnym gatunkiem, zarówno pod względem stylistycznym jak i tekstowym. No i jednocześnie stał się jaskółką zmian w brytyjskim ciężkim rocku. Tuż po nim nastąpił wybuch Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Trzeba jednak oddać honory jeszcze jednej grupie, mianowicie Judas Priest, bo jednak Brytyjska stal, także miała niebagatelny wpływ na poczynania takich grup jak Saxon, wczesne wcielenie Def Leppard czy Iron Maiden. Neon Knights, utwór opatrzony motorycznym riffem i doskonałym śpiewem Dio. Wzór heavy metalowego przeboju. Children of the Sea - pierwsza, prawdziwie metalowa ballada. Utwór tytułowy - heavy metal frapująco uprogresywniony, pełen doskonałych riffów, zmian tempa i z melancholijną akustyczną kodą, trochę w duchu muzyki barokowej. Ale, ale! Mamy tu jeszcze zaczynający się spokojnie, by nagle eksplodować Die Young, z gniewnym śpiewem Dio (z lirycznym interludium) oraz chyba najbardziej przypominający dawny Sabbath z Ozzym - Lonely is the Word, miejscami z bluesowym feelingiem w grze gitarzysty. Mamy jeszcze Lady Evil oraz Wishing Well, bardziej klasycznie hard rockowe niż metalowe, odwołujące się niejako do "tęczowej" przeszłości wokalisty. I chyba tylko Walk Away z mało wciągającym riffem i zbyt "radosnym" klimatem nie robi większego wrażenia. Podręcznik heavy metalu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście nie będę oryginalny i potwierdzę że to album wybitny. Ale powiem coś jeszcze. Dla mnie riff utworu tytułowego jest najwspanialszy w dziejach rocka. Nawet lepszy niż Smoke on the Water. Natomiast Die Young wywołuje u mnie dreszcze, szczególnie w wersjach koncertowych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda gadać, nawet już nie śledzę tych nowych recenzji bo nie potrafię zrozumieć jak można tak diametralnie zmienić punkt widzenia. Widać, że muzyka jazzowa tak bardzo Cię zajęła, że wszystko inne przestało się liczyć. Ja też trochę poszerzyłem swoje muzyczne horyzonty (głównie dzięki temu blogowi), ale wciąż klasyka jest dla mnie niezmiernie waźna i ceniona. Te wszystkie zmienione recenzje pisane są przez słuchacza jazzu a nie słuchacza rocka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz racji. Te wszystkie recenzje pisane są przez słuchacza muzyki, a nie jednego gatunku, który ceni także muzykę rockową, ale nie tolerujący kiczu ani banału.

      Widzę, że nie śledzisz, bo większość albumów Black Sabbath i Deep Purple z lat 70., praktycznie cała dyskografia Pink Floyd, oraz debiut Scorpions cały czas mają bardzo pozytywne recenzje i oceny pomiędzy 8-10. Zresztą powyższą 7 też trudno uznać za negatywną - jest po prostu bardziej obiektywna, niż recenzje tego albumu pisane przez rockowo-metalowych ortodoksów. Swoją drogą, większą wartość mają polecenia od osób słuchających różnych rzeczy, niż od wielbicieli jednego stylu, traktujący nawet najprzeciętniejsze rzeczy jako arcydzieła.

      Usuń
    2. (mały offtop, ale...) Odnosząc się do ostatniego zdania, nie bierzesz pod uwagę rekomendacji od osób słuchających przeważnie 2-4 gatunków muzycznych (jak np. ja)?

      Usuń
    3. Gdybyś polecił mi album hardrockowy, to wziąłbym poprawkę na to, że jesteś fanem tego gatunku, a tym samym nie wiedziałbym, czy to album, który ma coś do zaoferowania innym osobom, niż wielbicielom tego stylu. Ale gdybyś polecił mi np. album funkowy, to pomyślałbym: No, to musi być naprawdę dobry funk, skoro podoba się słuchaczowi hard rocka ;)

      Usuń
    4. A jak ja polecam Ci album jazzowy to co sobie myślisz?

      Usuń
    5. Że warto sprawdzić. Ten ostatni free jazz był naprawdę dobry, więc liczę na to, że odkryjesz takich więcej.

      Usuń
  5. Jazz zmienił totalnie Twój pogląd i ocenę płyt rockowych. To co dawniej było dla Ciebie świetne dziś jest kiczem. Uważam, że trochę pochopnie zmieniasz te wszystkie recenzje bo jesteś akurat po ogromnym wpływem jazzu. Przyjdzie czas na refleksję i wrócisz do tych hard rockowych klasyków po czym stwierdzisz źe to jest hednak dobre. I chyba przyznasz szczerze że poprawione recenzje są z lekka prześmiewcze, przynajmniej jeśli chodzi o Dio, Sabbath czy Deep Purple. Czekam na nowe oceny np. Rolling Stones, ciekawe jak dzisiaj postrzegasz tą muzę. Dodam, że jest to dla mnie najbardziej przereklamowany zespół w historii muzyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jazz nie miał na to większego wpływu, niż wcześniejsze zagłębienie się w bluesa, rock progresywny, psychodelię, czy otwarcie się na folk lub funk. Stopniowe poznawanie ogromnego bogactwa muzyki coraz bardziej uświadamiało mi, jak mało wartościowych wrażeń do zaoferowania ma muzyka hard & heavy i jak wiele w niej tego, co najmniej wartościowe w sztuce. I nie po to rozwijam swój gust, uczę się rozróżniania kiczu od piękna, żeby nagle wrócić do słuchania muzyki z niższej półki. Do pewnych rzeczy już się nie wraca, wyrasta się z nich. Bardziej prawdopodobne, że przyjdzie czas, gdy w końcu zainteresuję się muzyką poważną, a potem najdzie mnie refleksja i stwierdzę, że zbyt łagodnie potraktowałem tych wszystkich metalowych szarpidrutów, dając im oceny w przedziale 4-7. Tak, niektóre nowe recenzje są prześmiewcze, bo i muzyka na nich zawarta jest śmieszna. A Rolling Stones to bardzo fajny zespół i wszystkie oceny są aktualne.

      A, i widzę, że zaczynasz się bawić w internetowego psychologa. Pod inną recenzją piszesz coś o terapii i oczyszczeniu, tutaj też próbujesz wyjaśniać powody mojego działania i jesteś pewien, że się zreflektuję. Co będzie w następnym komentarzu? Sugerowanie, że jakieś wydarzenia z mojego dzieciństwa mają wpływ na obniżanie ocen albumów heavy metalowych? :D

      Wolałbym, abyś przedstawił mi w końcu dowody na to, że "Made in Europe" jest jednym z najbardziej cenionych powszechnie albumów koncertowych, albo przyznał, że Cię poniosło.

      Usuń
    2. Nie będzie następnego komentarza. Co do Made in Europe to mnie nie poniosło i sorry ale nie chce mi sie drążyć tak oczywistych rzeczy. Purpli zacząłem słuchać na powaźnie na początku lat 90 i naprawde nie pamiętam wszystkich materiałów prasowych jakie na ten temat czytałem od tamtego czasu.

      Usuń
    3. Jedyną oczywistą rzeczą jest to, że jesteś tak bardzo przekonany o swojej racji, że nie chcesz poświęcić choćby kilku minut by sprawdzić, czy przypadkiem nie piszesz głupot. Mnie wyszukanie listy najbardziej cenionych albumów koncertowych zajęło dosłownie chwilę. Tutaj masz takie linki do list dwóch najpopularniejszych i uznawanych za najbardziej opiniotwórcze pism muzycznych:
      Rolling Stone
      NME
      A tutaj jeszcze jakieś stronie o metalu: link.
      Na każdej z nich jest tylko jeden album Deep Purple i nie jest to "Made in Europe".

      Usuń
  6. W TR 5/1994 dostało toto 4,5 gwiazdki (tyle samo co Master of Reality), wyższe noty dostały tylko dwa pierwsze albumy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to bardzo ceniony album i w swoim stylu - czyli typowym 80's metalu - naprawdę niezły. Teraz przy różnych okazjach dostaje komplet gwiazdek, bo Dio nie żyje.

      Usuń
  7. Czytając powyższe dyskusje i słuchając tego albumu przychylam się do oceny pana Pawła. Jest to hard 'n heavy lat '70 najwyższej próby. Jednak nie dorównuje on pierwszym trzem, a nawet czterem płytom BL. Jak dla mnie 7 to za mało, 8 dla tego albumu to właściwa ocena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwa oczywiście dla Ciebie ;)

      Usuń
    2. Oczywiście jak dla mnie. Szczerze to tak naprawdę to ocena albumu to 7.5 - ale format ocen połówek nie przyjmuje ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.