1 czerwca 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Who Do We Think We Are" (1973)



Po udanej - zarówno pod względem artystycznym, jak i komercyjnym - serii albumów, Deep Purple byli na szczycie. Jednak narastający konflikt wewnątrz zespołu, między Ianem Gillanem i Ritchiem Blackmorem, musiał prędzej lub później przyczynić się do jego upadku. Podczas sesji nagraniowej "Who Do We Think We Are" wspomniani muzycy robili wszystko, aby tylko nie trafić na siebie w studiu. W takich warunkach nie mogło powstać arcydzieło. Ba, wyniku tej sesji nie można nawet nazwać dobrym. Mówiąc wprost, "Who Do We Think We Are" w chwili wydania był najsłabszym albumem Deep Purple. I długo nim pozostawał

Już rozpoczynający całość "Woman From Tokyo" uświadamia, że nie będzie to tak porywający longplay, jak trzy poprzednie. Nie jest to kolejna petarda w stylu "Speed King", "Fireball" czy "Highway Star", a zdecydowanie wolniejszy i wygładzony brzmieniowo utwór o niemal popowej melodii. Na swój sposób nawet udany, ale nie bardzo pasujący do Deep Purple - zamiast charakterystycznych dla grupy organów pojawia się pianino, a rola Blackmore'a ogranicza się do przygrywania w tle, bo w utworze nie ma nawet gitarowej solówki... A to i tak jeden z ciekawszych momentów albumu. W każdym razie jedyny, który zdobył jakąś popularność (był wydany na singlu, a od połowy lat 80. jest stałym punktem koncertów). Lepiej wypada tylko kolejny utwór - "Mary Long". Tutaj gitara Blackmore'a odgrywa znacznie większą rolę, pojawiają się charakterystyczne organy Jona Lorda, jednak w pamięć najbardziej zapada chwytliwa linia wokalna.

Niestety, dwa pierwsze utwory najwyraźniej wyczerpały zapas pomysłów zespołu. W kolejnych kompozycjach muzycy zaczynają zjadać własny ogon. Bo "Super Trouper" to praktycznie autoplagiat "Bloodsucker", zaś "Smooth Dancer" aż nadto kojarzy się ze "Speed King". Zresztą muzycy kopiują na tym albumie nie tylko samych siebie - riff, na którym oparto "Rat Bat Blue", to przecież nic innego, jak plagiat "Moby Dick" Led Zeppelin. Te podobieństwa są tak nachalne, że naprawdę ciężko zachwycić się tymi utworami. Na albumie znalazł się też klasyczny dwunastotaktowy blues "Place in Line" - i sam nie wiem czy traktować to jako próbę poszerzenia swojego stylu, czy raczej pójście na łatwiznę, bo przecież każdy mógłby nagrać coś tak oczywistego. Na plus trzeba jednak zaliczyć rozbudowane solówki Lorda i Blackmore'a. Finałowy "Our Lady", z niemal gospelowymi partiami wokalnymi, kojarzy się natomiast z twórczością największych epigonów Deep Purple - grupą Uriah Heep.

"Who Do We Think We Are" to strasznie przeciętny materiał, bez choćby jednego przebłysku. Na szczęście kryzys zespołu nie trwał długo. Wkrótce po wydaniu "Who Do We Think We Are" pozbyto się ze składu Iana Gillana i Rogera Glovera, a dzięki świeżej krwi w zespole przywrócono mu dawną wielkość - przynajmniej na jakiś czas. Ale to już temat na kolejne recenzje.

Ocena: 5/10



Deep Purple - "Who Do We Think We Are" (1973)

1. Woman From Tokyo; 2. Mary Long; 3. Super Trouper; 4. Smooth Dancer; 5. Rat Bat Blue; 6. Place in Line; 7. Our Lady

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


7 komentarzy:

  1. Cóż mogę powiedzieć, tej płyty po prostu nie słuchałem ... szkoda mi było kasety.
    Jedyny znany utwór to pierwszy z krążka "Woman From Tokyo". Mało efektowne rozpoczęcie w porównaniu do "Highway Star", które służyło za otwieracz płyt "Machine Head" i koncertowej "Made In Japan".
    Po kilku wielkich płytach zmęczenie materiału skumulowało się z konfliktem w zespole i wyszło tak jak wyszło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tym bardziej, że "In Rock" i "Fireball" też miały efektowne otwieracze ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po latach można napisać że to dobry album na 4 + , przyjemnie się słucha podczas jazdy samochodem, szczególnie to wydanie remaster z 2000 roku.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigdy nie rozumiałem fenomenu Woman From Tokyo. Niech mi ktoś wyja$ni na czym on polega. Coś w tym kawałku musi być skoro przez tyle lat jest stałym punktem koncertów. Bo chyba od reaktywacji w 84 r. grają tego gniota. Bardzo kiepski album. Jedynym w miarę udanym utworem jest Mary Long któty fajnie zabrzmiał na koncertach z Morsem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie publiczność na koncertach dobrze reaguje na ten kawałek. Na tle tego longplaya wypada całkiem przyzwoicie. Na tle poprzednich albumów - bardzo słabo i banalnie.

      Usuń
  5. To fakt, na koncertach zawsze był dobrze przyjmowany. Byłem na 8 koncetach Purpli i chyba tylko na Concerto w 2000 r. tego nie grali. A ja zawsze robiłem krzywą minę jak zaczynali to grać:-). Nawet już Smoke On The Water grane po raz tysięczny lubię na żywo ale Woman From Tokyo nie trawię.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mi się ta płyta podoba, no nie jest tak dobry jak poprzednie ale nie będę go tak krytykował jak większość. Fajne brzmienie, no i coś w nim jest że chętnie tego słucham. Dla mnie wszystkie płyt, od początku do "Perfect Stranger" są super, a później to różnie. Ale to tylko moja opinia, pozdrawiam wszystkich.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.