Q & A

Tutaj można zadawać pytania niezwiązane z konkretnymi postami. Niekoniecznie na tematy muzyczne.

Ważne: Zanim zadasz pytanie, upewnij się czy nie ma odpowiedzi na nie na stronie FAQ

Pytania i odpowiedzi będą po jakimś czasie kasowane, aby uniknąć bałaganu. Najciekawsze pytania, a nawet całe dyskusje, będą przenoszone na stronę FAQ.


151 komentarzy:

  1. gdzieś na tej stronie podałeś "wielką dziewiątkę" zespołów progresywnych, ja z tego zestawienia pamiętam tylko: Pink Floyd, Genesis, King Crimson, Yes, Gentle Giant,
    mógłbyś może dokończyć bo nie pamiętam reszty ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są w niej jeszcze Van der Graaf Generator, ELP, Jethro Tull i Camel.

      Usuń
    2. O co chodzi tak naprawdę w progresywnym rocku? To na serio brzmi jak kolaż, często niepowiązanych ze sobą fragmenciku, albo po prostu pitolenie różnych patentów na jednym podkładzie. Słucham własnie Tago Mago i Halleluhwah ogromnie mi się dłuży, a ja się zastanawiam czy nie powinienem przestać mieć nadzieję, na jakąś eksplozję i sięgnąć po kolejny krążek z kolejki, która jest długa jak do pośredniaka.

      Usuń
    3. mówisz raczej o krautrocku a nie o typowym rocku progresywnym

      Usuń
    4. Odpowiadałem Ci już na to pytanie kilka razy, ale nie mogę teraz znaleźć gdzie to było. Więc napiszę jeszcze raz. Ostatni raz.

      Tak naprawdę o nic nie chodzi. Po prostu kiedyś (na przełomie lat 60. i 70.) przyklejano taką etykietkę wszystkim wykonawcom, którzy robili coś innowacyjnego, wykraczającego poza schematy i konwencję ówczesnego rocka. Każdy z tych zespołów chciał osiągnąć coś innego, stworzyć własny styl i dlatego każdy z nich grał tak naprawdę zupełnie inaczej. Myślenie w sposób, że "w rocku progresywnym chodzi o tworzenie kolaży" jest błędne, bo na każdego wykonawcę, który ma takie utwory w swoim repertuarze, przypada kilka, którzy niczego takiego nigdy nie nagrali.

      Usuń
    5. Anonimowy słusznie zauważył. Krautrock to bardzo specyficzna odmiana progresu, w której monotonia jest elementem służącym do wytworzenia hipnotyzującego klimatu. Trzeba się w to wczuć, a nie narzekać na brak akcji.

      Usuń
    6. Ale efekt jest zwykle mizerny, bo z tych utworów robi się rozwleczone do niedorzecznych często długości hybrydy uwalane czasem jakimiś dziwnymi - w zamierzeniu intrygującymi - hałasami, żenującymi wstawkami na pianinie czy improwizacjami gdzie na jednym podkładzie są wokale, partie gitary i jakieś organy. Dlaczego stało się to synonimem muzyki z wyższej półki?

      Usuń
    7. Muzyka z wyższej półki ma to do siebie, że nie należy słuchać jej z nastawieniem na usłyszenie czegoś konkretnego, tylko z otwartą głową, starając się zrozumieć. Zwykle potrzeba do tego więcej niż jednego przesłuchania.

      To, że Tobie coś się nie podoba, to nie znaczy, że jest to mizerne. Jeżeli dyskutujemy na poważnie, to miarą jakości jest np. wpływ, jaki dany gatunek/nurt/styl wywołał. A ten w przypadku krautrocka jest przeogromny. Chyba żaden inny nurt w muzyce rockowej nie był tak inspirujący. Przyczynił się nie tylko do powstania nowych (czy też "nowych") odmian rocka (głównie tych z post-nazwami), ale właściwie cała współczesna elektronika wywodzi się właśnie z krautrocka.

      Wracają co poprzedniego wątku, krautrock jest na tyle odrębnym nurtem, że ocenianie przez jego pryzmat całego rocka progresywnego (lub odwrotnie) jest bezsensowne. Ponadto, sam krautrock, wbrew pozorom, jest bardzo różnorodny. Jedni przedstawiciele wywodzili się ze sceny jazzowej, drudzy z folkowej, trzeci postanowili rozwijać na swój sposób psychodelię, jeszcze inni zapatrzyli się w brytyjski rock progresywny, nie brakowało też takich, którzy odważnie eksperymentowali z elektroniką. A ta łącząca je monotonna transowość (u jednych większa, u innych mniejsza) moim zdaniem wcale nie musiała wynikać z tego, że świadomie chcieli osiągnąć konkretny cel. Raczej takie "mechaniczne" granie leży w naturze Niemców. Dlatego pewne podobieństwa do krautrocka można usłyszeć też np. u tamtejszych grup hardrockowych (np. Nosferatu, Kin Ping Meh - no, te dwie akurat grały trochę bardziej złożony hard rock - Lucifer's Friend, czy nawet - o tyle, o ile - Scorpions z debiutanckiego "Lonesome Crow").

      Usuń
    8. My zawsze dyskutujemy na poważnie.

      Wychodzi na to, że kraut rocka nie powinienem podciągać pod rock progresywny. Bo różnica jest spora. A podstawowa jest taka, że prog rock mi się nierzadko podoba. A Can to największe rozczarowanie ostatnich czasów (tj spodziewałem się czegoś wielkiego, a dostałem coś co sobie leciało, a ja się po kilku utworach wyłączyłem)

      Ale od początku. Zobaczyłem, że kilka niegłuchych osób z których gustem się liczę, ceni sobie właśnie ten nieszczęsny Tago Mago. Trafiłem na Can na jakiejś progrockowej liście (tam akurat był "Future Days"), więc nie podchodziłem do tego jako do szkoprocka (którego instynktownie - wygląda na to że słusznie unikałem)

      Włączam pierwszy utwór - po kilku minutach nie wiem o co chodzi. Ale daję mu szansę i wracam do początku. I tak jeszcze dwa razy. Ale gdy doszedłem do tych 3 najdłuższych utworów (z Halleluhwah na czele) i po 4 minutach myślałem, że minęło ich co najmniej 15 to spasowałem. Nie wiem kogo ta muzyka wpędza w trans , ale mnie po prostu nuży.

      A co do zwykłego prog-rocka. 100x bardziej wolę bajzel u Gentle Gianta (do którego na 100% wrócę, bo to jest coś co trzeba ogarnąć i rzeczywiście wymaga czasu - mimo eunuchowych zaśpiewów rodem z chłopięcego chóru) niż to co jest tutaj. Nudziarstwo jest też problemem ELP, gdzie też, poza debiutem, albumy mnie męczyły i dłużyły się okrutnie.

      Jest prog zły z rozwlekaniem i nieudolnymi próbami stworzenia czegoś dobrego i prog dobry, gdzie skala utworów została dopasowana do ich wartości kompozycyjnej.

      To samo zrobiłem ja (sam sobie dałbym 7, nie więcej). Postawiłem na burzę i ekspresję, żeby słuchacz się nie zanudził, a nie sadzenie plam dźwięku i malowanie muzycznych pejzaży.

      Usuń
    9. Zniechęcanie się do całego nurty, który - jak pisałem wcześniej - jest bardzo różnorodny, to kiepskie podejście. Jeżeli Can nie podeszło, to nie znaczy, że twórczość Agitation Free, Embryo, czy innych wymienionych przeze mnie wyżej zespołów, nie podejdzie.

      A u Gentle Giant bałagan jest tylko pozorny. Po kilku przesłuchaniach wszystko układa się w logiczną całość.

      Usuń
    10. To cenię w zespołach, że jedno przesłuchanie nie daje 100% obrazu płyty. Trzeba wrócić nawet wiele razy by wyłapać wszystkie smaczki.

      Słowo bajzel było ukąsem ;)

      Może to kwestia indywidualna z tym kautrockiem. Ty np
      Kiedyś złorzeczyłeś na prog włoski (francuski i hiszpański też jest zły? kiedyś podsunąłem Ci Carmen z półwyspu Iberyjskiego) - a mi się on właśnie bardzo podoba.

      To truizm, ale są różne gusta.

      Usuń
    11. Włoski prog jest strasznie przerysowany, co pewnie wynika z włoskiego temperamentu. W dodatku upodobali sobie "symfoniczną" odmianę proga, w której najłatwiej popaść w kicz. Co nie znaczy, że w ogóle nie było tam dobrych zespołów. Całkiem spoko jest np. Goblin, którego większość albumów to ścieżki dźwiękowe do włoskich horrorów ;)

      Francuski prog to głównie zeuhl. Trudna muzyka, której w większości nie rozumiem, ale nie krytykuję, bo słyszę, że jest to bardzo złożone granie, do którego trzeba sporych umiejętności. Półwysep iberyjski to terra incognita na mojej muzycznej mapie.

      Gusta są różne, ale są pewne obiektywne kryteria, za pomocą których można ocenić muzykę. Przecież oczywistym faktem jest, że np. jazz to muzyka z wyższej półki niż disco, choć niektórzy (i, obawiam się, należący do większości) wolą słuchać tego drugiego.

      Usuń
  2. słuchasz może muzyki klasycznej ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo rzadko. Nawet nie dlatego, że bym nie chciał, tylko nie wiem od czego zacząć, jakie wybrać wykonanie, itd.

      Usuń
  3. Jeżeli chodzi o muzykę klasyczną, mogę zaproponować parę rzeczy na sam początek, po przesłuchaniu których załapiesz, o co biega i nabierzesz rozpędu.
    Barok:
    Klaudiusz Monteverdi
    a)Nieszpory(Savall)
    b)Orfeusz(Harnoncourt) - pierwsza opera, wstyd nie znać;
    c)Madrygały.
    Klasycyzm:
    -Mozart
    a)symfonie 36-40(Kleiber, Bernstein);
    b)"Czarodziejski flet" i "Figaro" - celowo wymieniam w jednym podpunkcie;
    c)"Great Mass in C-minor"(Gardiner).
    -Beethoven:
    a)dziewięć symfonii(Carlos Kleiber, Bernstein, Academy of Ancient, Karajan, Furtwangler, Gardiner);
    b)wszystkie kwartety z okresu heroicznego i romantycznego - czyli od siódmego do ostatniego - szesnastego; nie zapomnij o "Grosse Fuge".
    c)sonaty: "Pathetic", "Moonlight", "Appassionata"(Kempff, Gould lub Ashkenazy).
    Romantyzm:
    -Chopin
    a)cztery ballady(Krystian Zimerman);
    b)preludia(Rubinstein - wszystko dostępne na youtube);
    c)etiudy(Lisiecki - wszystkie na yt);
    d)polonezy(Blechacz - jak wyżej);
    e)koncerty(Rubinstein - łatwo dostępne; tylko dwa);
    Gdy przesłuchasz wszystko, co zapodałem i będziesz miał ochotę na muzykę Fryderyka, weź mazurki - wstyd nie znać - szczególnie, że Chopin to fenomen na skalę światową.
    -Brahms:
    a)Cztery symfonie(Karajan, natomiast czwartą - Kleiber);
    b)Koncerty(Zimerman wespół z Bernsteinem);
    -Hector Berlioz:
    a)Symfonia fantastyczna(Sir Colin Davis);
    b)Romeo i Julia(Gardiner);
    -Czajkowski:
    a)pierwszy koncert(Marta Argerich);
    b)koncert skrzypkowy(Perlman);
    c)symfonie(Karajan);
    d)uwertura 1812.
    -Liszt
    a)koncerty(Zimerman).
    -Sibelius
    a)wszystkie symfonie(Karajan);
    b)poematy symfoniczne(Finlandia).
    Dwudziestowieczni:
    -Strawiński
    a)wszystkie balety, które znajdziesz w dużym wydawnictwie "Stravinsky conduct Stravinsky".
    -Mahler
    a)Wszystkie symfonie(Abbado, Boulez, Bernstein).
    Nie ma sensu zanadto się rozpisywać, bo wszystkie dzieła godne uwagi znajdziesz w wiadomym miejscu, zaś lista, którą ci podrzuciłem, niechaj służy za wstęp, żebyś zainteresował się muzyką klasyczną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki ;) Sporo tego, ale postaram się to ogarnąć.

      Usuń
  4. Od jakiegoś pół roku ten blog się regularnie zmienia na gorsze, Twoje wpisy są coraz bardziej aroganckie i z większą śmiałością opluwające klasyczne rockowe granie (najnowsza recenzja)

    Uśmiech wzbudza coraz bardziej gorączkowe odcinanie się od etykietki blogera, poprzez dawanie sprawiających wrażenie profesjonalnych działów "FAQ" czy "Q&A". Im bardziej lecisz w stronę jazzu tym butniej się tu robi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dużo muzycznych blogów i stron, które możesz czytać zamiast tej. Bez problemu znajdziesz tutaj listę polecanych blogów - wszystkie o tematyce stricte rockowej. Możesz też czytać Teraz Rocka, który od kilkunastu lat pisze w kółko o tym samym i prawie wszystko ocenia pozytywnie. Swoją drogą - od kiedy ocena 7/10 jest opluwaniem? Na pewno nie w mojej skali.

      Taką wybrałem drogę rozwoju i jestem zadowolony z tego, że robię tu to, na co mam ochotę. Nie widzę powodu, by się ograniczać dlatego, że Czytelnicy nie chcą rozwijać się muzycznie razem ze mną.

      Czy zadałeś sobie, panie Patryku, w ogóle trud posłuchania tych jazzowych albumów, które tu polecam? Akurat one mają - czy to brzmieniowo, czy ze względu na samo podejście muzyków - więcej wspólnego z rockiem, niż wiele rzeczy uznawanych za rockowe. Milesowi Davisowi w okresie, który teraz opisuję, zdecydowanie bliżej było do rocka, niż tradycyjnego jazzu. A John Coltrane grał na saksofonie w taki sposób, że inspirowali się nim rockowi gitarzyści, od Roberta Frippa, po Jimiego Hendrixa i Duane'a Allmana. Jak najbardziej jest to muzyka, którą może docenić, a nawet polubić rockowy słuchacz. Wystarczy trochę otwartości. I wbrew pozorom, jest to muzyka znacznie mniej pretensjonalna od chociażby takiego 2066 and Then.

      Natomiast te działy nie mają nic wspólnego z odcinaniem się od bycia blogerem. "Q&A" ma zmniejszyć ilość komentarzy nie na temat pod recenzjami (swoją drogą, nie widziałem, żeby jakaś strona miała taki dział), a "FAQ" - ograniczyć pojawianie się tych samych pytań. I tyle, nic więcej za tym się nie kryje.

      Usuń
  5. Witam. Chciałbym pogratulować Panu świetnego bloga. Dzięki takim ludziom jak Pan, ta muzyka, mam na myśli głównie ,,starego rocka progresywnego'', jazz - rocka/fusion, nie zginie w mrokach dziejów ;) Szczere gratulacje i podziękowania za Pana pracę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam i dziękuję za miłe słowa ;) Dawniej ten blog nazywał się "Rock'n'Roll Will Never Die!" i w nazwie tej chodziło właśnie o podtrzymywanie pamięci o starym, dobrym rocku.

      Usuń
  6. Przed chwilą słuchałem Miles Davis - Miles in the Sky. Jak na razie znam tylko trzy płyty tego artysty, wyżej wspomnianą, Kind of Blue, i In a Silent Way. Wszystkie klasa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to czeka Cię jeszcze wiele wspaniałych albumów na tym samym poziomie ;)

      Usuń
  7. Włączyłem sobie Miles In The Sky i, co tu dużo mówić, porwało mnie. Naprawdę wspaniała muzyka. Jak wcześniej komentarze niektórych o czerstwości jazzu mnie irytowały, tak teraz działają mi na nerwy jeszcze bardziej. Cudowna, ponadczasowa płyta, której wstyd nie znać. Dzięki, Paweł. Sam z siebie bym raczej po nią nie sięgnął, gdyby nie ten blog.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem przekonany, że takie komentarze wynikają wyłącznie z braku wiedzy (nieznajomości albumów, o których piszę) i braku chęci jej uzupełnienia (czyli próby przesłuchania ich), a także konfabulacji. Temu komuś jazz kojarzy się pewnie z muzyką ze starych filmów, czyli jazzem tradycyjnym, jakimś swingiem, vocal jazzem i tego typu rzeczami. Czyli ówczesnym odpowiednikiem mainstreamowego popu, muzyką o stricte rozrywkowym charakterze, która w dodatku dziś brzmi bardzo archaicznie. Ewentualnie ma bardziej współczesne skojarzenia ze smooth jazzem, czyli tak naprawdę popem stylizowanym na jazz. Smętną, łagodną muzyką dla słuchacza, który chce sprawiać wrażenie wyrafinowanego, a nie jest w stanie słuchać czegoś choć trochę bardziej skomplikowanego (czyli podobnie do neo-proga).

      A z jazzem jest jak z rockiem. Pod tym względem, że istnieje mnóstwo różnych odmian, kierowanych do różnych odbiorców. Bo przez rockowy jest i King Crimson, i Ramones, a nawet zalicza się do niego Linkin Park (który zawsze grał pop z pewnymi elementami rocka i metalu). Fusion, free jazz i inne style, o których piszę, można porównać do klasycznego rocka progresywnego, tradycyjny jazz - może nie do Ramones, ale do rock and rolla, a smooth jazz to taki Linkin Park jazzu, albo coś w stylu neo-proga (coś łatwego w odbiorze, wypaczającego muzykę, z której czerpie inspiracje).

      Usuń
    2. Chciałbym jeszcze zapytać, jak właściwie wygląda proces tworzenia takiej płyty jazzowej? Czy kompozytor przychodzi z wymyślonym motywem przewodnim, szkicem i od niego odchodzą improwizacje wymyślane na bieżąco, czy może jeszcze inaczej?

      Usuń
    3. To zależy od odmiany jazzu i od samego kompozytora. W jazzie nowoczesnym zwykle tak to wygląda, że kompozytor przedstawia tylko temat (motyw przewodni) i szczątkowe informacje, jak np. akordy lub skalę, tempo, itd., a reszta to improwizacja rejestrowana na setkę, czyli na żywo. Nagrywano kilka podejść, a później po prostu wybierano najlepsze (pod koniec lat 60. Davis i Teo Macero wprowadzili do jazzu miksowanie fragmentów różnych podejść). Czasem nawet tematy nie są wcześniej przygotowywane.

      Usuń
    4. Rozumiem. Już sam proces twórczy jest imponujący, a pomyśleć, co z niego wychodzi! :) Dziś zasłuchałem się w In A Silent Way. Jestem oczarowany tą płytą.

      Usuń
    5. "In a Silent Way" to klasyk ;) Najpiękniejszy album Davisa, obok "Kind of Blue". Ale wszystko z lat 70. też jest wybitne. Poprzednia dekada również jest rewelacyjna, choć mniej interesująca dla rockowych słuchaczy (z pewnymi wyjątkami).

      Usuń
    6. Kind Of Blue też dziś słuchałem. Masz rację w recenzji, nie zestarzał się ani trochę. Na start bardzo podoba mi się właśnie okres u Milesa od 68 do 72 roku, nie licząc Kind Of Blue, które również mnie kupiło.

      Usuń
    7. "Kind of Blue" to jeden z kilku albumów, które powinno się puszczać dzieciakom na lekcjach muzyki. Nie wiem czy to nie największe arcydzieło tak zwanej muzyki rozrywkowej.

      Ale okres elektryczny (68-75) to też absolutne mistrzostwo, podobnie jak dokonania Drugiego Wielkiego Kwintetu. To niewiarygodne, że jeden muzyk był w stanie nagrać tyle genialnych albumów i to pod rząd. Choć to nie tylko jego zasługa, ale też pozostałych genialnych instrumentalistów z którymi współpracował. Tak, największym talentem Davisa była umiejętność dobierania współpracowników.

      Usuń
  8. Witam :) Po przeczytaniu jakiś czas temu recenzji płyty Stormcock Roya Harpera w końcu postanowiłem ją przesłuchać. Nie jestem wielkim fanem folku, folk - rocka, ale płyta bardzo mi się spodobała. Bardzo ciekawy, niebanalny album. Fajny wokal, momentami pan Roy ,,bawi się'' głosem nieco podobnie jak Robert Wyatt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Stormcock" to absolutne mistrzostwo w swoim gatunku (i nie tylko - jest w moim TOP50 całej muzyki). Ja akurat lubię muzykę folkrockową, zapoznałem się z twórczością licznych przedstawicieli tego stylu, ale nie znalazłem drugiego tak genialnego albumu. Poza wokalem warto też zwrócić uwagę na te przepiękne, misternie poukładane partie gitary akustycznej. Niedawno odświeżyłem sobie ten album i wciąż zachwyca ;)

      Z podobnych klimatów mogę polecić Townesa Van Zandta. Na początku kariery nagrał parę fajnych albumów, z których najlepsza jest chyba "Our Mother the Mountain". Tim Buckley też jest bardzo dobry, oryginalnie śpiewający wokalista, który ciekawie mieszał folk z jazzem (np. na "Happy Sad" i "Lorca"). Poza tym na pewno warto znać inne albumy Harpera z lat 70., a także ten nagrany wspólnie z Jimmym Page'em w połowie następnej dekady. W międzyczasie nagrał, niestety, kilka bardziej komercyjnych płyt (m.in. z pomocą Dave'a Gilmoura i Kate Bush) - oj, ciężko się tego słuchało.

      Usuń
  9. Dzięki, na pewno sprawdzę tego Townesa. Ja folk - rocka, czy też bardziej progresywnego folk - rocka znam przede wszystkim z kilku płyt NKRowych, m.in. kanadyjskie Harmonium -Si On Avait Besoin D'une Cinquième Sainson - piękna płyta, na bank znasz ;), brytyjska Fuchsia z 1971 roku, niemieckie Broselmaschine również z 1971, włoskie Celeste z płytą Principe Di Un Giorno przypominające nieco wyżej wspomniane Harmonium.

    OdpowiedzUsuń
  10. Co przestało Ci się podobać w Iron Maiden? Bo widzę, że na RYM oceny są znacznie niższe niż te, które dałeś kiedyś w recenzjach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprzednie oceny utrzymywały się z powodu sentymentu. Ale teraz, po długim czasie nie wracania do twórczości zespołu, mogę na nią spojrzeć z dystansem i trzeźwo ocenić poszczególne albumy. I dyskografia zespołu nie wygląda najlepiej z takiej perspektywy. Na każdym albumie są fajne rzeczy, ale zawsze pomiędzy nimi (czy wręcz wokół nich) znajdują się kompletne gnioty. Nie mogę dać więcej niż 7/10 longplayom, na których są tak okropne kawałki, jak np. "Run to the Hills", "Back in the Village", "Heaven Can Wait" czy "Can I Play with Madness".

      Usuń
    2. To chyba przesyt słuchania muzyką jazzową powoduje automatycznie zmniejszanie ocen dobrym albumom rockowym czy metalowym ...

      Usuń
    3. A tak poza tym, to spodziewałem się takiego pytania. Ale żeby już na drugi dzień po zmianie ocen ktoś to zauważył?

      Usuń
    4. Jeśli mam jakiś przesyt, to powtarzającą wciąż te same schematy i patenty muzyką rockową. A na zmniejszanie ocen dobrym albumom rockowym ma wpływ nie tylko poznawanie lepszych albumów jazzowych, ale także... lepszych albumów rockowych.

      Usuń
    5. A to nie jest tak, że po prostu wyrosłeś z takiej muzyki? Tak samo jak miałeś ze Scorpions, których najpierw uwielbiałeś i stawiałeś w jednym rzędzie z np. Led Zeppelin, z tym że Twoja sympatia dla tych pierwszych przeminęła a dla drugich nie. Iron Maiden to dla mnie właśnie taka muzyka z której się wyrasta.

      Usuń
    6. Coś w tym może być. Tzn. dalej mam sympatię dla Iron Maiden, ale ta cała infantylna otoczka (stroje i zachowanie muzyków na koncertach, roboty na scenie, itd.) oraz zamiłowanie zespołu do kiczu (np. te rycerskie zaśpiewy Dickinsona), działają na mnie coraz bardziej odpychająco. Muzycy zresztą nie kryją się z tym, że chcą trafiać do młodych słuchaczy - stąd te wszystkie stosowane przez nich zabiegi, które coraz bardziej uważam za żałosne. Niemniej jednak nagrali też trochę bardzo dobrej muzyki (podobnie jak Scorpionsi mają "Lonesome Crow"). Iron Maiden należy też bez wątpienia do najlepszych rzeczy, na jakie może natrafić początkujący słuchacz - ma potem szansę rozwijać swój gust w stronę muzyki, z której IM czerpało (klasyczny hard rock, rock progresywny), choć istnieje też niebezpieczeństwo, że zatrzyma się w rozwoju i będzie sięgał po jakiś power metal i inne badziewia.

      Usuń
    7. Wychodzi na to, że mój stary komentarz, który umieściłem pod recenzją Ramones:

      """ Kurczę, za parę lat "okaże się", że Iron Maiden i Black Sabbath to przeciętne zespoły :) :) """

      staje się coraz bardziej aktualny - chodzi mi tu o IM ;)

      Usuń
    8. Trzeba by mieć naprawdę pecha w poszukiwaniu nowych grup, albo bardzo kiepski gust (jakkolwiek bucowato by to nie zabrzmiało), żeby z Iron Maiden przejść do power metalu. Iron Maiden jest wszystkim tym, czym power metal chce być a czym nigdy nie będzie :)

      Usuń
    9. Obawiam się, że wcale nie jest trudno znaleźć się w takiej sytuacji. Jeśli przesłuchasz Iron Maiden na last.fm czy w serwisach streamingowych, to zaraz w rekomendacjach pojawią się różne manowary, helloweeny i inne edgaye, a do tego różnych pudli w rodzaju Twisted Sister. Słuchając metalu bardzo szybko natrafia się bardzo złe rzeczy, bo po prostu tych dobrych nie ma wiele. Niektórzy w takiej sytuacji stwierdzą, że pora rozejrzeć się w innych gatunkach, ale znaczna część osób (może nawet większość) będzie się dobrze czuła w takich klimatach i podniecać kolejnymi, coraz gorszymi kapelami grającymi na jedno kopyto piosenki o smokach i braciach metalach.

      Usuń
    10. No może masz rację. Tak niestety często się dzieje i sam to czasem widzę. Dziwi mnie to o tyle, że jedno nie musi być wcale przeszkodą do drugiego. Sam często słuchuję metalu (niektóre rzeczy mi się faktycznie podobają, inne zaś służą za guilty pleasure) i wcale nie zatrzymuje mnie to w tzw. muzycznym rozwoju, badaniu jazzu, krautrocka i innych takich, mimo że słyszałem naprawdę dużo gorsze grupy Manowar czy Helloween. Coraz trudniej mi zrozumieć, dlaczego metal tak często staje się wielu słuchaczom blokadą do innych muzycznych rejonów. To się przecież nie musi wykluczać.

      Usuń
    11. Chyba po prostu nie czują potrzeby słuchania czegoś innego. Często też nie zdają sobie sprawy, jak wiele jest interesującej muzyki. Widać to po ich wypowiedziach - skrytykujesz jakiś zespół metalowy, odpowiedzą: pewnie słuchasz disco polo. Tak, jakby nie istniała żadna alternatywa.

      Usuń
    12. Jak jakiś czas temu skrytykowałem nieco nowy album Saxon, to jego obrońcy komentujący mój tekst nawet do tego się nie odwoływali :D Po prostu "słoń mi nadepnął na ucho" bo przecież "Thunderbolt to jedna z najlepszych płyt Saxon od lat" :D Fakt, że w przypadku fanów metalu efekt potwierdzenia (w domyśle: chęć po prostu przeczytania czegoś pozytywnego na temat danego albumu i usilne wyparcie faktu, że ktoś może mieć inną opinię) zdaje się być silny jak mało kiedy

      Usuń
    13. Z większością fanów metalu nie ma w ogóle co dyskutować, bo na argumenty nie potrafią odpowiedzieć argumentami, tylko piszą coś takiego, jak zacytowałeś, albo od razu przechodzą do wyzwisk.

      Usuń
    14. Pytanie-zagadka: ile ocen utrzymuje się tu jeszcze z sentymentu? ;)

      Usuń
    15. 364 ocen.

      A na poważne - nie wiem, przecież nie liczę tego.

      Usuń
  11. cześć, mam nietypową sprawę: jest taki utwór pt. "Englishman in New York" Stinga i tam w pewnym momencie pojawia się jazzowy fragment (po drugiej minucie), mógłbyś może podać jaki mniej więcej jest to rodzaj jazzu i kto mógł wykonywać taką muzykę ? Dzięki z góry za odp ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbliżej temu chyba do smooth jazzu, czyli de facto popu stylizowanego na jazz. Mimo wszystko, jest to jednak dość bliskie modalnego jazzu z lat 60., tylko bardziej wygładzone brzmieniowo, a zarazem zagrane mniej ekspresyjnie.

      Usuń
  12. Spiritus Omnipraesens28 marca 2018 15:34

    A właśnie, co złego jest w smooth jazzie, który wg mnie jest po prostu nastawiony na przyjemne tło, a nie ambitną butę? Bo wielokrotnie nań fluchciłeś. Przy okazji podpisuję się pod pytaniami o Under Arrest-Tutu-DooBop. Jeżeli zamierzasz recenzować niezliczone koncertówki które powstały po Star People to zrobienie takiej wyrwy jest po prostu głupie, szczególnie że to że Tobie się coś nie podoba nie oznacza, że nie będzie się podobało nikomu, pod warunkiem że recenzje napisałbyś obiektywnie, a nie tylko starając się zgnoić te albumy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smooth jazz jest dla osób, które chcą myśleć, że słuchają ambitnej muzyki, ale prawdziwy jazz jest dla nich zbyt trudny (to tak samo jak neo-prog). To produkt skrojony pod słuchaczy, którym tak naprawdę obojętne jest to, czego słuchają, byle coś tam sobie grało w tle i nie absorbowało. Tylko im się podoba takie proste i cukierkowo brzmiące granie.

      Powtarzanie na różne sposoby, że opisywanie tylko wybranych pozycji z dyskografii danego wykonawcy jest głupie, nie sprawi, że nagle zmienię zdanie. Głupotą jest tracenie czasu na pisanie o pierdołach, gdy w kolejce czekają setki, a może i tysiące wartych polecenia albumów. Gdybym miał pisać o wszystkim, co może się komuś spodobać, to musiałbym opisać dosłownie każdy album, jaki kiedykolwiek został wydany. Życia nie starczyłoby mi pewnie nawet na opisanie 1% z tego. Widzisz więc, że selekcja jest wskazana. Nie piszę przecież encyklopedii, tylko polecam ciekawą muzykę.

      Jeśli chcesz obiektywnych opisów albumów - czytaj artykuły na Wikipedii. Recenzja z definicji musi być subiektywna. Tutaj przeczytasz moje opinie na temat starannie wyselekcjonowanych przeze mnie albumów.

      Usuń
    2. A nie można po prostu słuchać wszystkiego? Muzyka nie musi być ambitna żeby móc się nią cieszyć. Gusta to sprawa jak najbardziej subiektywna. Uważam, że trzeba mieć odrobinę dystansu do muzyki. Nie oszukujmy się, nikt normalny nie słucha takiego np. punk rocka (no może z wyjątkiem takich podgatunków jak new wave czy post - punk) dla super - długich i rozbudowanych aranżacji, czystych wokali itd. Muzyka, w moim mniemaniu, może być zarówno sztuką jak i "dawcą rozrywki", że tak to ujmę.

      Usuń
    3. Nigdzie nie napisałem, że zabraniam komuś czegoś słuchać. Jak dla mnie, możesz być nawet wielbicielem disco polo. Wszystko będzie ok, dopóki nie zaczniesz mnie nakłaniać, żebym recenzował płyty z tego gatunku i to koniecznie obiektywnie (czyt. wyszukując zalety i pomijając wady), bo przecież komuś mogą się one podobać!

      Zakładasz chyba, zupełnie zresztą błędnie, że ambitniejsza muzyka nie może dostarczać rozrywki. Tymczasem ja słucham jazzu, progresu i bluesa z tego samego powodu, dla którego Ty punku i alt rocka - bo takie granie wywołuje u mnie najbardziej pozytywne emocje. Oczywiście, doceniam kunszt wykonawczy, ale nie słucham muzyki dla poziomu jej skomplikowania. Mam jednak pewne wymagania, których taki np. smooth jazz, jako muzyka tworzona dla ludzi o niesprecyzowanym guście, zupełnie nie spełnia.

      I prawda jest taka, że jak najbardziej istnieją całkowicie obiektywne kryteria oceny, które stawiają dany gatunek ponad innym. Nikt o zdrowym umyśle nie będzie się przecież upierał, że punk rock jest tak samo wartościowy, jak muzyka poważna. Dlaczego więc nie wartościować wszystkich gatunków i stylów?

      Usuń
    4. Wiesz co, po twojej odpowiedzi na twój komentarz, zauważyłem jak bardzo mój (w większości) jest beznadziejny. Zgadzam się ze wszystkimi akapitami w których zawarłeś swoje zdanie. Nie do końca przemyślałem to co chcę napisać :)

      Usuń
  13. Słuchaj, ale to co nadchodzi, czyli morze koncertówek Davisa, zawierających w dużej mierze muzykę, która w wypadku tego twórcy zasługuje jedynie na miano ekskrementów, jawi się jako koszmar, i jeżeli najbliższe miesiące będą obfitowały własnie w takie recenzje, przeplatane innymi powielaczami tego stylu (Herbie Hancock) to nie sądzę by wielu czytelników to zdzierżyło.

    Urozmaiciłbyś trochę to co tu proponujesz.

    Przy okazji - plujesz na smooth jazz czy muzykę lżejszą, a na RYMie stawiasz dziwnie wysokie oceny tandetkom z lat 80. pokroju The Psychedelic Furs, którzy ubierają pop-rock w pseudoalternatywne brzmienie. Mam podejrzenia, że jakby w disco-polo dać pulsujący bas i mgliste gitary, zastępując tekst angielskim, to by Ci się to podobało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dość, że ślepy, to jeszcze głuchy. RATM, Velvet Underground, Beach Boys lub Captain Beefheart to też według ciebie powielacze stylu Milesa Davisa? Nawet Hancock nim nie jest.

      Ta dziwnie wysoka ocena to 6/10. Pewnie co lepsze smooth jazzy też by się na taką załapały.

      Dość już mam tracenia czasu na te jałowe dyskusje, krążące wciąż wokół tej samej tematyki, z anonimami, którzy myślą, że cokolwiek obchodzi mnie ich zdanie i to, czy będą tu wchodzić. W związku z tym, wyłączyłem możliwość dodawania komentarzy przez niezalogowanych użytkowników.

      Usuń
    2. Myślę, że niepotrzebnie im odpisujesz, bo np. ten komentarz wyżej wygląda jak typowa prowokacja, chyba nikt nie jest aż tak głupi żeby napisać to na poważnie. :D Nie karmić trolli!

      Usuń
    3. A tak z ciekawości - jakie było najgłupsze/najzłosliwsze pytanie jakie tu ktoś zadał? :D

      Usuń
    4. Nie mogę sobie przypomnieć żadnego pytania w tym stylu. Natomiast pojawiało się trochę wyjątkowo głupich wypowiedzi na temat jazzu, pisanych przez kompletnych muzycznych ignorantów (typu: jazz to zlepek przypadkowych dźwięków).

      A tak w ogóle, to odkąd zablokowałem możliwość komentowania przez anonimów, mam znacznie więcej czasu i chęci na pisanie nowych lub poprawianie starych recenzji ;)

      Usuń
    5. "A tak w ogóle, to odkąd zablokowałem możliwość komentowania przez anonimów, mam znacznie więcej czasu i chęci na pisanie nowych lub poprawianie starych recenzji ;)"

      Podoba mnie się to :)

      Usuń
  14. Co sądzisz o wokalu w muzyce jazzowej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wokal w jazzie jest zupełnie niepotrzebny. Zresztą pojawia się on głównie w tych najmniej ambitnych podgatunkach jazzu, które mnie zupełnie nie interesują. No, czasem jest też w tych bardziej ambitnych, np. na "Karmie" Pharoaha Sandersa i w niektórych utworach Coltrane'a (bez wokalu te nagrania nic by nie straciły, a nawet byłyby lepsze).

      Usuń
    2. U Coltrane'a i na "Karmie" wokal zbytnio mi nie przeszkadzał, ale kilka dni temu przesłuchałem debiut Return to Forever i tam już ciężko było mi przebrnąć przez fragmenty ze śpiewem. Bo instrumentalnie to zrobiło na mnie ogromne wrażenie i dałbym za to 9/10, ale przez ten nieszczęsny wokal dałem 4/5 na RYM, choć zastanawiałem się nawet czy nie dać 3,5...

      Usuń
    3. Mnie też nie przeszkadza, ale jest najsłabszym elementem tych nagrań ;) Z "Return to Forever" mam tak samo, ale nie zniechęcaj się do tego zespołu - kolejne albumy są nieco inne. Ten zresztą jest de facto solowym wydawnictwem Chicka Corei, a nie zespołu.

      Usuń
    4. Nie no spoko, nie zniechęcam się - "Return to Forever" to świetny album, tylko lepiej by było jakby pozostał cały instrumentalny :D Zarówno zespół, jak i solowego Chicka mam zamiar lepiej obadać, ale raczej nie od razu, bo w całym jazzie i jazz-rocku (i w sumie w innych gatunkach też) mam bardzo duże zaległości i prędzej zabiorę się raczej za wspomnianego Sandersa (znam tylko "Tauhid" i "Karmę, oraz "Journey in Satchidananda, który nagrał z Alice Coltrane).

      Usuń
    5. Z Return to Forever" polecić mogę "Hymn of the Seventh Galaxy" i "Where Have I Known You Before", bo to takie bardziej rockowe fusion pod wczesny Mahavishnu Orchestra. Później niestety bywało dość kiczowato ("Romantic Warrior"). Solowy Chick przed RtL to raczej trudna muzyka, mocno awangardowa i free (zwłaszcza nagrania z grupą Circle, ale też solowy "If"), ale jak już się takie granie załapie, to jest naprawdę fantastyczne. Natomiast później też poszedł w raczej kiczowate granie. To, co słyszałem, było kiepskie. Choć po latach, już w XXI wieku, nagrał niezłą koncertówkę z Johnem McLaughlinem - "Five Peace Band".

      Usuń
    6. Wielkie dzięki, co jakiś czas będę sprawdzać coś z tego.

      Usuń
  15. Który na chwilę obecną zespół uważasz za lepszy - Iron Maiden czy Metallicę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak Metallikę, która nigdy nie była kiczowata. W najgorszych momentach cholernie nudna, ale nie irytująca. Ale na dobrą sprawę, różnica ich poziomu nie jest już dla mnie istotna. I tak do żadnego nie wracam (nie liczę tu przypominania sobie albumów przed poprawianiem recenzji).

      Usuń
    2. Ale za to IM nie popełnił czegoś takiego jak album symfoniczny plus nie błądził przez kilkanaście lat próbując szczęścia w nowych gatunkach.

      Ale tak, Metallica nigdy nie wprawiała mnie w zażenowanie, a IM w 90% przypadków.

      Usuń
    3. Według mnie Maideni nigdy nie nagrali tak słabego albumu jak "St. Anger" i nie wchodzili w dziwne kolaboracje muzyczne z Lou Reedami itp. :)

      Ale za trzy pierwsze płyty Meta ma u mnie dozgonny szacun.

      Usuń
    4. Nie nagrali albumu z orkiestrą, ale nagrali całkiem sporo pretensjonalnych kawałków z tandetnymi orkiestracjami z syntezatora. I lepiej być poszukującym artystą, niż na kilkadziesiąt lat popaść w stagnację i nagrywać wciąż ten sam album.

      Usuń
    5. Tylko czy Metallica była zespołem poszukującym ? :D Może na początku, gdy faktycznie rozwijali thrash w ciekawym kierunku. Jakoś trudno mi uwierzyć, że "St. Anger" czy "S&M" były oznakami chęci poszukiwania czegoś nowego. Raczej próbą podpięcia się pod nowych słuchaczy.

      Usuń
    6. Poszukiwania niekoniecznie muszą iść w bardziej ambitnym kierunku, choć dobrze by było, żeby szły. Mimo wszystko było to coś nowego, odświeżającego twórczość zespołu. I wiązało się z ryzykiem - "St. Anger" i "Lulu" (ten drugi akurat jest dość ambitny) to przecież jedne z najbardziej znienawidzonych albumów w ogóle. A "Load" to przecież fajny album i dobrze, że nagrali coś takiego, zamiast kolejnej wersji "Ride"/"Master"/"Justice". Bo "Death Magnetic" wcale fajny nie jest, "Hardwired" zresztą też tylko odrobinę lepszy i to głównie za sprawą brzmienia i ostatniego kawałka.

      Usuń
    7. Już lepiej powielać stare patenty i uzyskać dobry efekt niż eksperymentować i nagrać coś słabego. Fajnie, że kapela próbuje czegoś nowego, gorzej gdy efekt tego jest niezbyt strawny.

      No bo dla mnie przesłuchanie "St. Anger" w całości jest dość męczące. Dla mnie to powinna być EP-ka (oczywiście z lepszym brzmieniem), zawierająca 3 pierwsze utwory, i w takiej formie byłaby bardzo fajną ciekawostką. Choć w sumie "Death Magnetic" też ciężko mi przesłuchać, ale tylko z powodu skopanego brzmienia, bo materiał jest lepszy niż na poprzedniku.

      Usuń
    8. Nie. Eksperymenty i poszukiwania są zawsze najlepszym rozwiązaniem. Inna sprawa, że nie zawsze efekt tego powinien zostać wydany. Nie ma jednak nic gorszego, niż zakładanie z góry: nie warto się wysilać, skopiujmy swoje pomysły, fani i tak to kupią. Nawet najbardziej nieudane eksperymenty, w rodzaju "St. Anger" są bardziej godne pochwały, niż albumy skrojone pod oczekiwania zdobytej wcześniej publiczności.

      Usuń
    9. W sumie Metallica ma już tak wyrobioną renomę i jest tak popularna, że co by nie wydała - czy eksperyment czy album skrojony pod fanów - i tak okaże się to sukcesem komercyjnym. Słuchacze kupią choćby z ciekawości. "St. Anger niby taki znienawidzony, a w wielu krajach i tak doszedł do 1. miejsca list przebojów.

      Usuń
    10. Bo to jeszcze nie były czasy, kiedy każdy mógł przesłuchać w internecie cały album na tydzień przed premierą. Kupienie albumu dla znacznej części fanów Metalliki było jedynym sposobem, aby poznać jego zawartość.

      Poza tym, mylisz dwie różne rzeczy. To, że bardziej cenię wykonawców, którzy eksperymentują, nie znaczy, że cenię każdy eksperymentalny album. Zresztą sam zobaczysz, jak będzie nowa recenzja "St. Anger".

      Usuń
  16. Przed chwilą wpadła mi w ręce zapowiedź najnowszego "Lizarda" - serio czytasz pismo gdzie się pojawiają śmieci typu Marillion, ELO czy Rainbow?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowy numer faktycznie słabo się zapowiada i pewnie go nie kupię (choć o Faraonie Sandersie i Return to Forever chętnie bym poczytał). Ale te "śmieci", jak to nazywasz, są tam tylko przynętą dla mniej wyrobionych słuchaczy. Z tego samego względu już trzeci raz pod rząd będzie artykuł o Pink Floyd. Poza tym pismo odwala kawał świetnej roboty, pisząc o mniej znanych, a bardziej wartościowych artystach, których inne gazety muzyczne całkowicie ignorują. W poprzednich numerach można było przeczytać bardzo ciekawe i fachowe teksty m.in. o Gentle Giant, Van der Graaf Generator, Chicku Corei, Mahavishnu Orchestra, Johnie Mayallu, itd.

      Usuń
    2. Sam chyba uważasz że to (przynajmniej pierwsze dwa) śmieci?

      Usuń
    3. Ja tak, ale trudno wymagać, żeby każdy tak uważał - a pismo przecież musi trafiać do jak największego grona czytelników. Misja promowania dobrej muzyki to jedno, ale przecież druk, dystrybucja i inne rzeczy nie są za darmo.

      Nie twierdziłem nigdy, że jest to idealna gazeta. Zupełnie nie podoba mi się dział z recenzjami. Nowe, obiektywnie kiepskie albumy znanych wykonawców dostają tam podejrzanie wysokie oceny, poza tym wiele recenzji jest zbyt lakonicznych. W większości pismo składa się jednak z bardzo interesujących, zwykle długich artykułów, dokładnie analizujących temat, pisanych przez ludzi którzy posiadają bardzo dużą wiedzę na temat muzyki, także z zakresu teorii. Wiele się z nich dowiedziałem i nieco wzbogaciłem swój język.

      Dla porównania, w Teraz Rocku jest jeszcze gorszy dział z recenzjami (te same wady, ale gorsza muzyka), a poza tym na treść składają się głównie wywiady, z samymi tendencyjnymi pytaniami, na które odpowiedzi nic nie wnoszą. Z artykułów jest tylko tzw. wkładka z nieciekawym opisem danego wykonawcy (nudne historie typu: muzycy poznali się w szkole, założyli zespół i rzucili naukę, potem nagrali album i wyruszyli w trasę, potem kolejny album i trasa, i tak w kółko, a w międzyczasie ktoś odszedł, ktoś doszedł i odebrali jakąś tam nagrodę). Nie mówiąc już o tym, że piszą w kółko o tych samych kilkunastu znanych wykonawcach i jakimś nowym syfie dla dzieciaków.

      Usuń
    4. No przecież nie odnoszę się do każdego, tylko do Ciebie - wiem że Ty uważasz, że to śmieci, również nie darzę tych kapel sympatią czy szacunkiem, to używam takiej retoryki. Gdyby każdy tak uważał, to wówczas Twój blog miałby znacznie więcej wejść, a komentarze dziesiątkami pojawiałyby się pod recenzjami Johna Coltrane'a czy Herbie Hancocka.

      Ostatnio pojawiło się też w Lizardzie sformułowanie, że Lou Reed powinien dostać pomnik za Transformera. Bo co? Bo z jego albumów odniósł największy sukces komercyjny? Bo trafił (zapewne tak, nie wiem) na listę 666 albumów rolling stone'a (czy Teraz rock to nie jest aby taki jego polski odpowiednik)?

      Ale zaciekawiło mnie jedno - jak to wzbogaciło Twój język? Poza szafowaniem określeniem "eponimiczny" czy śmiesznie brzmiącym "elektryczny jazz" za wiele się nie zmieniło.

      Kiedyś (w latach 90.) był jeszcze "Tylko Rock", gdzieś krążyły skany numerów z lat 1990-92, był gitara i bas (chociaż sądzę, ze bardziej skupiał się na instrumentach, nigdy go nie czytałem).

      A co do Soundgarden - określenia "wielki" nie ma co naginać do gatunku i własnych oczekiwań. Bo wrzucanie do worka "wielkie albumy" Master of Reality, Revolver-u i Love Supreme jest co najmniej kontrowersyjne. Może niepotrzebnie patrzę na oceny, ale 10 nie dajesz byle czemu.

      Jaki jest najmłodszy album któremu dałeś to 10? Bo chyba po Animals Pink Floyd z 1977 już ta ocena nie padła. 9 - wielokrotnie, ale maksymalna nota już nie (nie liczę boxów z archiwalnymi nagraniami) i koncertówek z niepremierowym materiałem.

      Usuń
    5. Nie ma dla mnie znaczenia, że czasem piszą o wykonawcach, których nie lubię - nie muszę czytać tych tekstów. Fragmentu o "Transformer" nie kojarzę, więc nie mogę się do niego odnieść, ale podejrzewam, że chodziło jednak o wartość artystyczną.

      "Elektryczny jazz" to powszechnie stosowane określenie i nie rozumiem, co w nim jest śmiesznego. Tak samo blues powszechnie dzieli się na akustyczny i elektryczny. A co do języka, to jeszcze nie miałem w pełni okazji się "popisać" ;)

      Mam jeden czy dwa numery Tylko Rocka. W sumie nie różni się to zbytnio od Teraz Rocka, choć wtedy był odrobinę lepszy dobór wykonawców. Są lub były jeszcze takie gazety, jak Metal Hammer i Mystic Art, ale to w rzeczywistości... ulotki reklamowe wytwórni płytowych, za które trzeba płacić. Zawartość - tak samo, jak w TR, tylko bez wkładki i bardziej skupione na metalu.

      Toż nie wrzucam "Superunknown" i "Master of Puppets" do jednego worka z "Revolver" i "A Love Supreme". Gdyby ten pierwszy był krótszy o parę kawałków, to pewnie miałby u mnie ocenę 8. Faktycznie, żaden studyjny album wydany po 1977 roku nie dostał ode mnie 10.

      Usuń
  17. Napisałem "Master of Reality" - dziesiątkowy album Black Sabbath. Wrzucasz do jednego worka, bo trzy albumy które wymieniłem określasz, chociażby samym faktem, że nagrodziłeś je najwyższą notą, jako wielkie - ergo. są w tym samym worku z napisem "wielkie"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie się zgadza. Każdy z tych trzech albumów jest mistrzostwem w swoim stylu. A że każdy z tych stylów uważam za ciekawy i wartościowy...

      Usuń
  18. Odpowiedzi
    1. "Lanquidity" to rewelacyjny album, ale reszta jest dla mnie zupełnie nierozróżnialna.

      Usuń
    2. Jazz by Sun Ra jest w mojej opinii naprawdę świetnym albumem jazzowym (tak samo zresztą jak The Futuristic Sounds of Sun Ra)

      Swoją drogą, cieszę się że trzeźwo patrzysz na muzykę z przeszłości (często przeglądam twojego RYM'a) i nie jesteś jednym z tych dziadów którzy mówią "kiedyś to była muzyka, nie to co teraz". Tak naprawdę, każda dekada w historii muzyki może się pochwalić zarówno dobrą jak i złą muzyką (chociaż, ocenianie muzyki to tak naprawdę subiektywna opinia każdego z nas). Tak było, jest i będzie zawsze.

      Usuń
    3. Przy wystawianiu oceny staram się brać pod uwagę także obiektywne czynniki (umiejętności/pomysłowość muzyków, nowatorstwo, inspirację dla innych). Choć są albumy, których nie potrafię dobrze ocenić, mimo obiektywnych walorów; są też takie, gdzie z przyczyn czysto subiektywnych podwyższam ocenę.

      Tak naprawdę jestem z tych, co uważają, że "kiedyś to była muzyka (a teraz nie ma muzyki)". Ostatnie ćwierć wieku to straszna bieda. Bez żalu mógłbym wymazać cały mainstream z tego okresu. W "podziemiu" jest nieco lepiej, ale wciąż nikomu nie udaje się zbliżyć do muzyki z lat 1966-77. Nawet wyżej w jednej z dyskusji była mowa o tym, że ostatnie albumy, którym dałem najwyższą ocenę, ukazały się w 1977 roku (nie licząc archiwalnych boksów i koncertówek).

      Usuń
  19. Pisałeś nieraz że zespoły takie jak Led Zeppelin i Black Sabbath zakończyły działalność w idealnym momencie ale nie uważasz że rock może umrzeć m.in. właśnie dlatego że nie ma komu wypełnić luk po tych wykonawcach ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rock już dawno umarł. Zarówno przez to, że muzycy rockowi bardzo szybko wypalają się twórczo (jak wielu z nich po dekadzie działalności miało jeszcze cokolwiek do zaoferowania? chyba tylko King Crimson), jak i przez to, że od wielu lat nie widać żadnych następców tych wielkich zespołów sprzed lat. Następcą nie może zostać żaden klon - tamte zespoły były tak dobre dlatego, że każdy z nich starał się robić coś oryginalnego. Teraz wykonawcy robiący coś oryginalnego nie mają szansy na przebicie się. To winna mediów i stworzonych przez nich odbiorców.

      Usuń
    2. Winą można też obarczyć inne czynniki:

      1) Promowanie w dużej mierze gówna (co zresztą zawsze miało miejsce, czy to w latach 50, 60 czy nawet 70. Pogląd na to "co jest gówniane a co nie jest", zmienia się z pokolenia na pokolenie)
      2) Dużo zespołów rockowych boi się wydać coś rockowego, więc romansują z muzyką popową. Często też brzmienie jest strasznie przeprodukwane (min. korzystanie z auto tune'a)
      3) Istnienie indie rock'a. Moim zdaniem największe hara - kiri na muzyce rockowej. Muzyka kompletnie bez polotu, nudna, nie raz pretensjonalna, wykastrowana z energii, naiwna a przy tym kompletnie nie szczera i płytka.
      4) Kompletny brak świeżości i innowacyjności.
      5) Ja są już jakieś niezłe (czy też nawet bardzo dobre) zespoły/artyści, to i tak ciężko je znaleźć, bo są przyćmione przez mainstream.

      Usuń
    3. "Dużo zespołów rockowych boi się wydać coś rockowego, więc romansują z muzyką popową."

      Chodzi ci o zespoły w rodzaju Linkin Park czy Fall Out Boy, które zaczynały od nu metalu i pop punku, a skończyły na electropopie? Wątpię, żeby kiedykolwiek miały one ambicje zbawiać rocka, eksperymentować, czy coś w tym stylu.

      "Muzyka kompletnie bez polotu, nudna, nie raz pretensjonalna, wykastrowana z energii, naiwna a przy tym kompletnie nie szczera i płytka."

      Poważnie? Akurat wyróżnikiem indie rocka przez dziesięciolecia było coś dokładnie odwrotnego, znaczy się stuprocentowa szczerość i często liryki z polotem. Chociaż muzycznie jest to jeden z prostszych rodzajów rocka, przez co łatwo można było go wyczyścić i spieniężyć.

      "Ja są już jakieś niezłe (czy też nawet bardzo dobre) zespoły/artyści, to i tak ciężko je znaleźć, bo są przyćmione przez mainstream."

      A z tym się zgadzam.

      Usuń
    4. A może po prostu muzyka rockowa została doszczętnie wyeksploatowana już w latach 70.? Wtedy wymyślono wszystko, co ciekawego dało się z taką stylistyką zrobić. Później zostały już tylko trzy drogi:
      - powtarzanie tych samych patentów w coraz nudniejszy sposób,
      - zmierzanie do coraz większego ekstremum (metal i jego coraz bardziej niesłuchalne dewiacje),
      - fuzje z gatunkami, które powstały po latach 70. (hip-hop, współczesna wersja popu - z tego po prostu nie mogły wyjść tak ciekawe rzeczy, jak po połączeniu rocka z bluesem, jazzem, folkiem, funkiem, elektroniką, muzyką klasyczną czy orientalną).

      Usuń
    5. Promowanie w dużej mierze gówna (co zresztą zawsze miało miejsce, czy to w latach 50, 60 czy nawet 70. Pogląd na to "co jest gówniane a co nie jest", zmienia się z pokolenia na pokolenie)

      Tylko że poziom artystyczny tego "gówna" z każdą dekadą jest coraz niższy. I nie ma to nic wspólnego z gustami czy zmieniającymi się trendami. Istnieją obiektywne kryteria pozwalające rozdzielić muzykę wartościową od "gówna".

      Usuń
    6. Jakie są to kryteria? Bo do tej pory głównie mówiłeś o subiektywnym odbiorze muzyki.

      Usuń
  20. Polecisz najbardziej ekstremalny jazz, jaki znasz? Chodzi mi o takie jazzowe płyty, ktore są naprawdę agresywne, dużo się w szybkim tempie dzieje i napieprzają lepiej niż w Slayerze :D Moze być jakieś free, ale może też być coś w stylu "Coniunctio" Blue Effect & Jazz Q Praha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Free:
      Peter Brötzmann - "Machine Gun"
      John Coltrane - "Om", "Live in Seattle", "Ascension", "Live in Japan"
      Poza tym twórczość z lat 60. Cecila Taylora, Anthony'ego Braxtona, Ornette'a Colemana, Archiego Sheppa, Sun Ra.

      Fusion:
      Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame"
      Miles Davis - przede wszystkim "Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time", ale także "Agharta", "Pangaea", "Dark Magus" i "Bitches Brew Live"
      Tony Williams Lifetime - "(turn it over)"
      Billy Cobham - "Spectrum"
      Alphonse Mouzon - "Mind Transpant" (choć to akurat bardziej pod funk pochodzi, ale jest szybko i ostro)
      Electric Masada - "At the Mountains of Madness"

      Usuń
  21. Jakiś czas temu mi się śniło, że napisałeś nową recenzję "Appetite for Destruction" i płyta dostała ocenę 1/10 xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś już drugą osobą, która śni o moich ocenach. Niepokojące ;) A "AfD" dziś z pewnością oceniłbym bardziej surowo, ale nie aż tak nisko.

      Usuń
    2. Pewnie zbieg okoliczności, bo akurat miałem tu spytać o "AfD" - jako że nie ma już recenzji. Dlaczego nie lubisz/nie cenisz tej płyty? Oprócz tego, że w swoim czasie odegrała ważną rolę.

      Moim zdaniem to esencja przebojowego hard rocka. Wiadomo, że na większe urozmaicenia nie ma co liczyć (choć np. uwielbiam spokojniejszą część "Rocket Queen"), ale na pewno nie słyszę tam jakiegoś prostactwa. Poza tym wykonanie jest fantastyczne - tej magii już by dziś nie odtworzono w studiu. Praktycznie cały materiał to kolekcja fantastycznych riffów, linii wokalnych czy solówek.

      Usuń
    3. No przecież nie dlatego, że odegrała ważna rolę (a w ogóle odegrała? nie sądzę), tylko dlatego, że to skrajnie komercyjne i efekciarskie granie, z góry nastawione na porwanie tłumów, a nie na dostarczenie jakichkolwiek artystycznych wartości. To czysto użytkowa muzyka.

      Usuń
    4. Cześć! Lubię czytać wasze blogi i szanuję za pracę wykonaną przy ich tworzeniu. Napisałem kilka anonimowych komentarzy, w wolnym czasie chciałem pisać więcej, ale trudno było się do tego zmusić, do teraz. Nie zgadzam się z opinią Pawła na kilka tematów, jeden poruszono, więc postanowiłem odpisać. Liczę, że znajdziesz czas na odpowiedź.

      Na początku napiszę, że, obiektywnie patrząc, trudno mi zrozumieć, jak można ocenić GN'R tak samo lub niżej od komercyjnego i prostackiego Aerosmith, mniej komercyjnego, ale jeszcze prostszego AC/DC i fałszujacej i również prostej (aczkolwiek najbardziej z całej trójki znośnej) Nirvany. Co do AC/DC, dodam jeszcze, że gorsze fragmenty "AfD" pasowałyby do bycia hitami na każdym z ich albumów (zwłaszcza po "BiB"), o ile Johnson podołałby im wokalnie, w co, choć podoba mi się barwa jego głosu, wątpię. I to, co napisałeś o ich muzyce, że została stworzona, by bawić i jej się udaje, możnaby równie dobrze napisać o disco-polo (oczywiście tylko o fanach "gatunku") :) Zresztą gdyby zamienić gitarę na syntezator, to powstałoby coś zbliżonego, bo wiele rzeczy się zgadza - prymitywne melodie, teksty o niczym itd.

      W tym komentarzu określiłeś jeszcze Van Halen jako pozerskie, a GN'R - patetyczne i nadęte. Z VH się zgadzam, bo rzeczywiście, bez gry Eddiego niewiele by zostało. Ale to, który typ gitarzystów jest lepszy - emocjonalni, czy naparzający, jest raczej sprawą subiektywną, nie? Moim zdaniem pierwsi są często lepszymi kompozytorami, a drudzy graczami. No i jeszcze, co znaczy dla ciebie ich pozerskość? Udawanie większych ambicji niż naprawdę?

      To był off-top. Pora na GN'R. Twoje wyrażenia zdezorientowały mnie, bo są one raczej przeciwieństwem komercji. I tyczą się chyba tylko "UYI"? Najbardziej do nich pasuje "November Rain". Ale uważam, że tam ten patos pasuje idealnie (a na pewno lepiej, niż do np. "Kashmir" oraz większości "S&M" i "MoG"), podkreślając rozmach i wielkość utworu. Poza tym, skoro jak napisałeś w odpowiedzi Fana Filmów, nie cenisz już "NR", ani "Don't Cry", to jakbyś dziś je określił?

      W którymś komentarzu było inne określenie - pretensjonalny. Szczerze mówiąc, dotąd wzorem pretensjonalności były dla mnie dwa albumy, które oceniłeś maksymalnie, nietrudno zgadnąć, które.

      Kolejna sprawa to komercja GN'R. Uważam, że zdecydowanie bardziej komercyjne było zachowanie i skandalizm muzyków zespołu (choć ten szum i hejt kreowany wobec np. St. Louis to przesada) niż muzyka. Jaka jest wg Ciebie granica komercji? Jakie warunki musi spełniać muzyka, żeby nie była komercyjna - być bardziej złożona albo dla inteligentniejszego słuchacza?

      Następna rzecz to wpływ "AfD" na rocka. Cóż, powiem po prostu, że moim zdaniem to nie przypadek, iż AC/DC, Pink Floyd, Metallica i Queen wydały swoje najlepsze albumy od dobrych kilku lat, kiedy GN'R było na szczycie.

      Dalej - napisałeś że głos Rose'a cię irytuje. Trudno mi sobie wyobrazić GN'R z innym wokalem, ale OK, rozumiem, subiektywna opinia ;) Ale musisz przyznać, że skala głosu jest niesamowita, a pod względem energii na scenie Axl jest (a raczej był) jednym z najlepszych. No i jego głos jest, w przeciwieństwie do np. Osbourne'a uniwersalny, co pokazał na Freddie Mercury Tribute, wg mnie bardzo dobrze coverując "We will rock you" (te klaskanie tysięcy ludzi - zawsze mam dreszcze) i część "Bohemian Rhapsody", w przeciwieństwie do zniszczenia "Innuendo" przez Planta (choć, ze względu na wiek, mogę mu to wybaczyć).

      Muszę jeszcze spytać, czy porywanie tłumów przez muzykę to dla Ciebie wada? Rock chyba ma w swych celach bycie porywającym. Poza tym napisałeś, że album na 10 MA być porywający, więc chyba sam sobie zaprzeczyłeś.
      Tu kończę pierwszą część. Byłem zmuszony podzielić swoją wypowiedź przez limit 4096 znaków.

      Usuń
    5. Ok, jedziemy dalej :) Chciałem jeszcze, w związku z tym, co pisałeś o wtórności "AfD" i "Lonesome Crow" spytać, czy gdyby wyszły one w latach 60., dałbyś im wyższą ocenę i o ile? Mi osobiście, jeśli coś jest dobre, nie jest ewidentnym plagiatem (vide Led Zeppelin)/wydawanym setny raz takim samym albumem (vide AC/DC, Ramones, Saxon i inni) wtórność nie przeszkadza.

      Jeszcze jedno o "UYI": 2-3 słuchalne kawałki na część to raczej przesada. Dla mnie, gdyby zostawić 7 najlepszych kawałków ("Knockin' on heaven's door", "Coma", "Estranged", "November Rain", "Don't Cry", "You could be mine" i "Civil war") powstałoby coś jeszcze lepszego od "AfD", a przecież takie "Right next door" i "Don't damn me" też daleko nie odstają. Poza tym dziwię się, że oceniłeś tak wysoko "Electric Ladyland", który dla mnie też, oczywiście oprócz końcówki i 2 jamów ma same wypełniacze. Przy okazji, byłem pewien, że skoro każda część "UYI" ma taką samą długość, jak zwyczajny album dwupłytowy, to też składa się z dwóch krążków. Czy to, że jest inaczej, jest spowodowane przez większą pojemność CD niż winylu?

      I jako ostatnie - muzyka na "AfD" idealnie wpasowuje się w moich oczach w kryteria, które postawiłeś jako te na ocenę 10. O tym, jak porywa już pisałem. Co do inspiracji - uważam, że oprócz "Sweet child" chyba tylko "Stairway" i "Smoke" zachęciły więcej osób do chwycenia za gitarę. Co z tego wyszło, to inna sprawa. I jeszcze pomysłowość - to w dużej mierze zależy od gatunku. Trudno porównywać kreatywność rocka, gdzie zazwyczaj 1 riff przypada na 1 utwór z jazzem, gdzie motywy zmieniają się co chwilę. Myślę jednak, że i pod tym względem "AfD" nie wypada źle.

      OK, koniec. Z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy, ponieważ, wbrew godzinie dodania, większość pisałem dość późno, a dziś nie miałem ochoty nic poprawiać. Nie miał to być komentarz z gatunku znienawidzonych przez Ciebie "dlaczego coś oceniłeś tak, a nie srak". Jeśli taki wyszedł, przykro mi. Pozdrawiam!

      PS.: Jeśli dotąd doczytałeś, to czy mógłbyś dać link do swojego Filmwebu? Jestem ciekaw twoich ocen, a nie potrafię go znaleźć. Widziałem Cię w jakiejś muzycznej dyskusji, ale pamiętam tylko animowaną wiewiórkę na avatarze :)

      Usuń
    6. Na przyszłość lepiej zadawaj pytania pod dyskusjami, których dotyczą, bo taki zbiór, jak powyżej, jest dla mnie dość kłopotliwy.

      Zacznę od tego, że absolutnie nie musisz się zgadzać z moimi poglądami, ale wiedz, że przynajmniej część z nich (z nowych recenzji i ostatnio poprawionych starych) jest podparta wiedzą i doświadczeniem, a nie tylko subiektywnymi odczuciami. Widzę, że Ty masz bardziej emocjonalne podejście, niestety bez merytorycznego podparcia. W czym niby GN'R jest lepszy od Aerosmith czy AC/DC? Jednemu będzie się podobał bardziej, innemu mniej, ale obiektywnie na to patrząc - wszystkie te zespoły to ten sam poziom. Czysto rozrywkowa muzyka, tworzona z czysto merkantylnych względów. Przywołane przez Ciebie disco-polo to ta sama kategoria. Za to Hendrix to już wyższa półka - muzyka odważnie eksplorująca nowe ścieżki, nastawiona na rozwój artystyczny i zaskakiwanie słuchaczy, zamiast dawania im tego, czego oczekują (a większość oczekuje prostych rzeczy). Warto podjeść do słuchania muzyki w ten sposób, że nie ma ona być tylko przyjemnym tłem, a ma stawiać nam wyzwania - z początku może denerwować, ale jeśli będzie się jej wytrwale, odpowiednio słuchać w skupieniu, to w końcu się ją zrozumie. Akurat nad Hendrixem nie trzeba długo się skupiać, a warto poświęcić chwilę, żeby spróbować zrozumieć czemu jest to bardziej wartościowa muzyka od Aerosmith, AC/DC czy GN'R.

      Tak, pisząc o tym, że ten ostatni zespół jest nadęty i pretensjonalny, miałem na myśli "UYI", ze wskazaniem na takie utwory, jak "November Rain" czy "Civil War". Natomiast w mojej powyżej odpowiedzi dla Fana Filmów chodziło mi o to, że tworzenie muzyki specjalnie w taki sposób, żeby podobała się jak największej ilości osób, jest czymś nagannym, bo taka muzyka nie będzie zawierała w sobie niczego wartościowego. Natomiast to, czy coś jest porywające, to akurat kwestia subiektywnego odbioru. Dla mnie porywające może być półgodzinne hałasowanie na saksofonie, a dla większości słuchaczy będzie to niesłuchalne.

      "AfD" i "LC" nie mogłyby powstać w latach 60. w takim kształcie, jaki znamy. Więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie.

      CD mieści do 80 minut muzyki. W przypadku płyty winylowej zależy to od szerokości rowka - im jest cieńszy, tym więcej muzyki można zapisać, ale jednocześnie spada jakość dźwięku. Dlatego zaleca się umieszczanie po ok. 20 minut muzyki na stronę (czyli 40 na całą płytę, ale znam też takie, które trwają godzinę).

      https://www.filmweb.pl/user/Pablo69

      Usuń
    7. Widzę, że oglądasz raczej lekkie rzeczy. W przypadku kina nie chcesz poszerzyć swoich horyzontów jak to zrobiłeś z muzyką?

      Usuń
    8. Jakoś mnie do tego nie ciągnie. Filmy traktuję jako coś, co ma mi zapewnić rozrywkę na wieczór. Ale nie wykluczam, że i tu zmienię podejście. Co byś polecił, żeby mnie zachęcić?

      Usuń
    9. Kurde, niestety, ja się na takim bardziej ambitnym kinie zbytnio nie znam. Mógłbym Ci podsunąć tylko jakiś absolutnie oczywistych rezyserow typu Kubrick czy Kurosawa. Więc polecam Ci raczej poczytać w internecie od czego zacząć, albo napisać do jakiś ekspertów od kina.

      Od siebie dodam, że mnie tym tematem zainteresował film "2001: Odyseja Kosmiczna" Kubricka. Szukałem filmu sci-fi, zobaczylem że jest ceniony, nic o nim nie wiedząc i pomyślałem sobie, że to może być coś podobne do Star Wars :D Film mnie wynudził, ale po paru latach wróciłem i zrobił ogromne wrażenie. Ale to było parę miesięcy temu, więc przez ten czas nie zdążyłem jakoś bardzo dużo poznać i jak mówię zbytnio Ci niestety nie pomogę ;) Ale bardzo zachęcam do zagłębienia się w takie rzeczy, wysiłek intelektualny przed telewizorem to też świetna rozrywka. Warto chyba chociaż spróbować się w to zagłębić i poznać największą klasykę, żeby mieć pojęcie zarówno o artystycznej jak i o rozrywkowej stronie kina, co nie? ;)

      Usuń
    10. Tak, zapewne ;) Z Kubricka widziałem tylko "Lśnienie", a z Kurosawy jedynie fragmenty bodajże "Tronu we krwi" na wykładach z historii kina.

      Usuń
    11. Jednak ta Odyseja Kosmiczna to jest coś, co trzeba zobaczyć, bo mimo że film z początku może wydać się nudny i pretensjonalny to to jest jednak dzieło, w którym roi się od potężnych zalet. Ale nie tylko to, myślę, że co najmniej 10 jego filmów jest godnych uwagi. Ale ogólnie to tych dwóch reżyserów dałem tak tylko dla przykładu.

      Z takich lżejszych filmów Kubricka świetny jest jeden z jego pierwszych - Zabójstwo. Taki tam noir-kryminał, ale bardzo fajny.

      Czym się sugerujesz wybierając filmy które oglądasz?

      Usuń
    12. No wiem, że tylko przykłady. Jest przecież jeszcze np. Bergman, za którego od dawna planuję się zabrać, ale czytałem, że jego filmy są przegadane, co mnie trochę zniechęca. Albo Lynch, którego akurat trochę znam.

      Filmów szukam na Filmwebie, kierując się opisami, reżyserem, obsadą, ale trochę też wpisami na forum.

      Usuń
    13. Pawle, oglądasz głównie hard rock (kryminały), heavy metal (thrillery) i pop rock (sensacja). Te gatunki mają swoje arcydzieła, ale dominują tu sztampowe pozycje. Warto obejrzeć rock progresywny (Bergman), jazz (Antonioni), folk (Fellini), blues (wczesny Jarmusch), awangardę (Godard), psychodelię (Lynch) czy elektronikę (fabuły Herzoga). Taka nasunęła mi się analogia, porównania są mocno przykładowe, ale może to Cię jakoś zachęci do filmowych poszukiwań :)

      Oczywiście, filmy (i muzyka) mają dostarczać przede wszystkim rozrywki, ale zacytuję przedmówcę (bardzo trafne spostrzeżenie): "wysiłek intelektualny przed telewizorem to też świetna rozrywka".

      Dodam jeszcze, że można oglądać przystępniejsze kino (muzykę) i jednocześnie sięgać - i bardziej cenić - po ambitniejsze filmy (muzykę). Od czasu do czasu słucham wczesnego Scorpions (oglądam Finchera), ale o wiele więcej satysfakcji daje mi VdGG (Rossellini).

      Usuń
    14. Aha, i może jeszcze taka lista okaże się przydatna:
      http://www.theyshootpictures.com/gf1000_all1000films_table.php
      Kino ambitniejsze, ale także to czysto rozrywkowe.

      Co do Bergmana: w jego filmach jest dużo dialogów, ale to nie znaczy, że są przegadane. A przynajmniej nie w negatywnym tego słowa znaczeniu, gdyż każde zdanie jakie pada jest potrzebne... Jutro przypada 100. rocznica urodzin reżysera. Hmm, dobry pretekst? :) Mniej "przegadana" jest "Hańba" - to nie jest oczywisty wybór na pierwszy film, ale ja bardzo lubię ten obraz.

      Usuń
    15. Z klasyków s.f. mogę polecić "Łowcę androidów" - może nie tak ambitny, jak "Odyseja", ale łatwiejszy do oglądania. I ta niesamowita ścieżka dźwiękowa Vangelisa! Spośród dzieł Kubricka dobry na początek wydaje mi się "Dr Strangelove" - szalona czarna komedia, wg mnie też dość ambitna. Od Kurosawy, wiadomo, najsłynniejsze dzieło "Siedmiu samurajów", film dla mnie genialny w każdym aspekcie, chyba, że przeszkadza Ci długość. Jeszcze 2 inne klasyki - "Obywatel Kane" i "12 gniewnych ludzi". W tym drugim znudzić może, że film dzieje się w jednej lokacji i tymi samymi bohaterami, ale czemu nie spróbować? :) A z nowszych filmów, widzę, że spodobało Ci się "21 gramów", więc polecam pozostałe filmy z trylogii Inarritu (tych nowszych jeszcze nie widziałem, ale cieszę się, że odniosły sukces, bo dla mnie to jeden z najbardziej utalentowanych młodych twórców).

      PS.: Zastanawiałem się, czy odpisać na twój komentarz, więc napiszę tyle - te dobre 6 tysięcy znaków wypisałem, właśnie po to, żeby wypowiedź była merytoryczna i nie brzmiała w stylu "Aerosmith i AC/DC to dno, tylko GN'R!!!!!!!!". Hendrixa lubię, wbrew temu co napisałem o "EL". A z tym rokiem wydania albumów... Cóż, mogłem napisać po prostu "wcześniej", ale uważam, że gdyby np. debiuty Cream albo BS wyszły później, też powiedziałbyś, że nie mogły wyjść wtedy, kiedy wyszły, bo nikt wtedy tak nie grał. Przyznaję jednak, że pytanie było nieprzemyślane i niepotrzebne. W końcu "gdyby babcia...". I dzięki za odpowiedzi!

      Usuń
    16. @Anonimowy - Fajnie to wymyśliłeś z tymi porównaniami. Tylko bym zmienił sensację na heavy metal (bo też często bywa kiczowata), a thrillery na thrash metal. Później zapoznam się z tą listą.

      @Janusz - "Łowcę androidów" znam, to mój ulubiony fil s-f (za którym to gatunkiem - wbrew statystykom na Filmwebie - niespecjalnie przepadam). Muzyka, ale i sam obraz tworzą świetny klimat. "Obywatela Kane'a" też, tak jakby, widziałem - tzn. obszerne fragmenty i omówienie, w ramach wspomnianych wyżej wykładów. Większość pozostałych filmów, o których wspominasz, mam w planach do obejrzenia od dawna.

      PS. Liczę na muzycznych dyskusji z Twojej strony. Rozczarował mnie brak odpowiedzi na tamten komentarz.

      Usuń
    17. Z takich lżejszych rzeczy warto też obczaić komedie od Kevina Smitha (tak do 2008 r. trzymał świetny poziom), który nie cieszy się w Polsce zbyt dużą popularnością. Kino gadane, może i dość wulgarne, ale w wielu miejscach widać w nich spostrzegawczość i inteligencję Smitha. Warto dać szansę przynajmniej jednemu-dwóm najbardziej cenionym jego filmom.

      Usuń
    18. Pierwszy Anonimowy13 lipca 2018 16:00

      Porownanie z gatunkami jest super, sam mniej więcej to miałem na myśli. Ja Cię tylko chciałem zainteresowac tematem, propozycje dostałeś od innych, więc życzę ciekawych filmowych poszukiwan ;)

      Przy okazji, ranking na RYMie jest jednak dużo lepszy od tego z filmweba, na drugiej stronie ocenia dużo osób, które nie mają żadnego pojęcia o kinie.

      Usuń
    19. Drugi Anonimowy13 lipca 2018 17:52

      Miło mi, że mój pomysł z porównaniami muzyczno-filmowymi został doceniony ;) Wiadomo, podobieństw można się doszukiwać różnych, wszak to tylko zabawa, ale zestawienie sensacja-heavy metal wydaje mi się idealne. Co do thrashu: zważywszy na to, że thriller to jeden z najpopularniejszych i najprzystępniejszych gatunków, a thrash jest mimo wszystko dosyć niszowy, to lepszy mógłby być grunge (i - chyba przede wszystkim - jego pochodne: Creed i te sprawy). Thrash pasuje mi do slasherów (a co za tym idzie: death metal - horrory gore, black metal - horrory okultystyczne).

      Z listą, którą Ci podlinkowałem można polemizować (jak z każdą listą), ale jej zaletą jest szeroki zakres czasowy i geograficzny. To, gdzie i kiedy powstał dany obraz jest równie istotne, jak jego przynależność gatunkowa - a czasami istotniejsze, bo tę przynależność determinujące. Warto się zapoznawać z kinem nieanglojęzycznym (francuskim, włoskim, duńskim, hiszpańskim, polskim, niemieckim, japońskim itd.), jak i filmami sprzed kilkudziesięciu lat (w tym niemymi). Szczerze zachęcam!

      Usuń
  22. Ostatnio z tego co widzę zagłębiłeś aie w muzykę z ostatnich lat. Jaki gatunek wg Ciebie ma się obecnie najlepiej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne ambitniejsze odmiany muzyki elektronicznej, choć wciąż nie jest to coś, czego mógłbym słuchać tak na co dzień, dla przyjemności. Ogólnie dobrze ma się muzyka niszowa, zwłaszcza jazzowa lub jazz-rockowa, choć w zdecydowanej większości i tak jest wtórna wobec tej sprzed dekad, a w całości ustępuje jej poziomem.

      Usuń
  23. Mam do Ciebie stertę pytań, jednak, aby nie utrudniać Ci odpowiedzi, ani nie pozbyć się zbyt szybko pomysłów, będę dawkował po dwa dziennie. Chyba, że uznasz to za zaśmiecanie strony Q&A.
    1. Masz coś przeciwko zadawaniu pytań z gatunku "Co myślisz o...?" Miałbym ich dość dużo, ale gdzieś czytałem, że Ci przeszkadzają.
    2. W klimacie mundialu i pytań pozamuzycznych: Interesujesz się sportem? Byłeś kiedyś na meczu Lechii?
    PS.: Tam miało być "Liczę na więcej...", tak? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak miało być.

      1) Rzeczywiście nie lubię takich pytań, bo zwykle dotyczą wykonawców, którzy są mi całkiem obojętni albo wręcz za nimi nie przepadam, ale ponieważ znam ich bardzo powierzchownie, nie bardzo potrafię uzasadnić dlaczego nie przepadam. Wolałbym udzielać merytorycznych odpowiedzi, a w przypadku takich pytań nie zawsze jest to łatwe. Poza tym po prostu wolę rozmawiać o czymś, co mi się podoba i na czego temat mam jakąś wiedzę, a nie tylko instynktowne, czysto subiektywne odczucia.

      2) Kompletnie nie interesuje mnie żaden sport.

      Usuń
  24. Pawle, wobec zmniejszonej ostatnio częstotliwości ukazywania się poprawionych artykułów (i wciąż niewielkiej częstotliwości nowych) chciałbym zapytać - czy to już na stałe, czy może w te wakacje jeszcze ruszysz z kopyta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej na razie zostanie taka częstotliwość publikowania nowych recenzji. Jest to wygodne, bo pozwala mi pisać z około tygodniowym wyprzedzeniem, zamiast na ostatnią chwilę. A stare będę poprawiał wtedy, gdy będę miał na to czas i ochotę, bo mam zamiar zajmować się też innymi rzeczami.

      Usuń
    2. Nie musisz tak ofensywnie odpowiadać, nie naciskam, nie zmusza. A jakimiż to innymi rzeczami masz zamiar się zajmować, o ile nie wstydzisz się powiedzieć?

      Usuń
    3. Nie widzę tu nic ofensywnego, to zupełnie beznamiętna odpowiedź na zadane pytanie. Nie, nie wstydzę się, ale gdybym miał ochotę się tak uzewnętrzniać, to bym o tym napisał od razu, czyż nie?

      Usuń
    4. Beznamiętna czy nie, mnie, w kontekście tego ile lat się już znamy, jej ton dotknął. W ogóle po tym czasie jaki już z Tobą miałem okazję popisać stwierdzam, że jesteś człowiekiem wyjątkowo szorstkim i biorącym zaskakująco dużo jak na swój wiek rzeczy poważnie.

      Ale - skoro dział Q&A jak sam napisałeś jest do tego żeby zadawać pytania niekoniecznie na tematy muzyczne, więc sądzę że mające bardziej związek z Twoją ludzką stroną - to zbywanie pytania 'gdybym miał ochotę się uzewnętrzniać, to bym o tym napisał od razu' n działa, przynajmniej na mnie, zniechęcająco. Bo zgadywanie przy zadawaniu pytania - "czy ten temat aby nie jest zabroniony" naprawdę nie jest przyjemnością.

      "bym napisał od razu" - no niekoniecznie, niektórzy są tak powściągliwi, że trzeba ich ciągnąć za język.

      Usuń
  25. W takim razie możesz się trochę przeliczyć. I nie chodzi o brak chęci, czy czasu, ale raczej wiedzy, choć postaram się zrobić, co w mojej mocy.
    1. Ja jednak będę upierdliwy i spytam się - co myślisz o ambiencie? Widziałem, że jakiś czas temu oceniłeś album Aphex Twin na 2,5/5. Ja przesłuchałem jego kontynuację (najwyżej oceniany album z tego stylu na RYM) i trochę się rozczarowałem. Tak jak lubię elementy tego stylu u PF i Milesa, tak to brzmiało raczej jak zapętlony minimalistyczny motyw, z nowym efektem dodawanym co kilka loopów. I tak przez dobre kilka minut. Mnie to nie pociąga, ale tobie często podoba się monotonia, więc myślałem, że ocenisz wyżej. Chyba przesłuchałeś juź nieco takich albumów, więc czuję się rozgrzeszony xD
    2. A jak z literaturą? Czytasz dużo? Masz swoje ulubione gatunki albo autorów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1) Nie lubię monotonii, tylko hipnotyzującą transowość. Wiesz, ostinatowe partie głębokiego basu i jednostajna perkusja, co może sprawiać wrażenie monotonności, ale dużo dzieje się w partiach pozostałych instrumentów.

      Apex Twina przesłuchałem, bo od czasu do czasu chcę poznawać słynne albumy. Były tam fajne motywy, ale całość strasznie mnie wynudziła. Podobnie mam niestety z większością albumów elektronicznych, a trochę ich już przesłuchałem próbując się przekonać - głównie progresywnej elektroniki z lat 70. Znalazłem jednak niedawno jeden album, który naprawdę mnie zachwycił swoją hipnotyzującą monotonią - "E2-E4" Manuela Göttschinga. Polecam, świetna rzecz.

      2) Trochę czytam, ale nie tak dużo, jak bym chciał. Gust literacki mam podobny do filmowego. Czytam też książki o muzyce.

      Usuń
    2. Göttsching ogólnie był arcymistrzem w tworzeniu takich hipnotyzujących wiązanek, czy to z pomocą gitary, czy elektroniki. Jak podeszło Ci takie granie, to polecam obczaić sobie "Le berceau de cristal" Ash Ra Tempel (wydany w 1994, nagrany około 1975). Nie gwarantuję, że Ci się spodoba, ale w wolnej chwili warto sprawdzić.

      Usuń
    3. Sprawdzę. Ale słyszałem już większość twórczości Manuela z lat 70. (wliczając Ash Ra Tempel i Ashra) i dotąd nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak "E2-E4" ;)

      Usuń
  26. 1. Mówiłeś, że grasz trochę na gitarze. Masz swój ulubiony model?
    2. Pod niektórymi albumami, np. Beatlesów na RYM zniknęły track ratingi. Czy zmieniasz je razem z poprawianiem recenzji? Choć niektóre poprawione (np. BS po "Sabbath Bloody Sabbath) też zniknęły, a nie jest to błąd urządzenia, bo mam to samo na telefonie i komputerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1) Nie, raczej nie. Ale kiedyś grałem w sklepie muzycznym na gitarze elektroakustycznej, nie pamiętam jakiej firmy (o, tak wyglądała) i bardzo podobało mi się jej brzmienie. Nie miałbym jednak gdzie trzymać trzeciej gitary ;)

      2) Nie chcę się już bawić w ocenianie poszczególnych utworów. Dużo z tym roboty, a z aktualizowaniem jeszcze więcej. Zresztą wolę traktować albumy jako całość, a nie zbiory mniejszych elementów.

      Usuń
    2. Trzeciej? A te dwie to jakie?

      Usuń
    3. Akustyczna i Fender Stratocaster.

      Usuń
    4. Czyżbyś wrócił do gry? Bo jak rozumiem - posiadasz dwie gitary, jeżeli jest to oryginalny Stratocaster, to taka nowa gitara to 4-5 tysięcy, nie wiem co to za akustyk, ale posiadanie dwóch gitar (w tym jednej takiej super) przez kogoś kto zupełnie się tym nie zajmuje jest niecodzienny - a do niedawna utrzymywałeś, że szybko zaprzestałeś gry i że chyba to w ogóle było dawno. Czy Twoje gitary to nie jest temat tabu?

      Ps. Dziś oglądałem odcinek Miami Vice, gdzie gościnnie w jednej z ról wystąpił nie kto inny tylko prawdziwy Miles Davis. Ale że zagrał alfonsa silnie powiązanego z przemytem narkotyków i do tego wyglądał dość ekscentrycznie, to tylko dzięki wspomnieniu go w czołówce w ogóle zajarzyłem że on tam gra.

      Usuń
    5. Nie, nie, obie gitary mam od kilkunastu lat, a Fender jest odkupiony od kogoś. Czasem coś tam pogrywam.

      Czytałem o tym występie w jego autobiografii ;) Poszukałem zdjęć i nie wygląda tam bardziej ekscentrycznie niż zwykle, a z narkotykami miał wiele wspólnego. Czy ten serial trzeba oglądać po kolei, czy można zobaczyć ten odcinek jako pierwszy?

      Usuń
    6. Można jako pierwszy, poza faktem, że postaci które zginęły wcześniej nie zmartwychwstają magicznie w kolejnych, to każdy odcinek to zupełnie inna historia i - przynajmniej na razie - żaden istotny wątek nie jest kontynuowany w kolejnych

      (raczej nie ma wielkiego wpływu na fabułę, że Crockett był kiedyś żonaty, albo że na łodzi gdzie mieszka, trzyma udomowionego aligatora :D )

      Czasem pogrywasz... ok. to o czym możesz powidedzieć, że UMIESZ to zagrać (jeżeli to skala pentatoniczna czy chwyt C7+/11 to również się liczy)

      Usuń
    7. Raczej eksperymentuję, olewając wszelkie zasady, albo gram jakiś niezbyt skomplikowany utwór.

      Usuń
  27. Jakbyś uporządkował listę od najlepszego do najgorszego wokalisty z tzw. Wielkiej Czwórki z Seattle (Cornell, Cobain, Staley i Vedder)? Choć ostatnie miejsce już chyba znam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadnij całość, masz podpowiedzi w nowo poprawionych recenzjach Soundgarden i Pearl Jam.

      Usuń
    2. Zgadnę ja: Cornell-Staley-Vedder-Cobain. Ja bym zamienił 2 ostatnie miejsca, ale to szczegół.

      Czekam na poprawki recenzji wielkich kopistów czyli Stone Temple Pilots :P

      Usuń
    3. Tak, choć prawdę mówiąc ta kolejność to nie jest coś, co zaprzątałoby mi głowę. I dziwi mnie brak Cantrella, wszak większość(?) partii śpiewał wspólnie z Staleyem, dzięki czemu warstwa wokalna u AiC jest tak charakterystyczna i fajna.

      Usuń
    4. Słuchałeś kawałków z jego solowej płyty? Albo tych gdzie śpiewa tylko on? Wypada blado w pojedynkę, dlatego możemy kompromisem uznać, że Staley&Cantrell to jeden organizm.

      Usuń
    5. Słuchałem, co prawda dawno temu, ale nie przypominam sobie, żeby było jakieś tragiczne. Właśnie chodziło mi o to, żeby potraktować ich, że tak powiem, holistycznie. I szczerze mówiąc, jak Cantrell obecnie śpiewa w dwugłosie z tym nowym wokalistą, to dla mnie brzmi to tak samo dobrze i nie robi większej różnicy. Wciąż od razu można rozpoznać jaki to zespół.

      Usuń
    6. Brzmienie instrumentów też się nie zmieniło, a również był to znak firmowy AiC. A na unplugged kawałki AiC gdzie śpiewał tylko Cantrell brzmiały pusto i bez wyrazu.

      A jeżeli słuchałeś dawno temu - i nie wykułeś na pamięć tak jak IM-DP-BS-SC - to nie sądzę byś i teraz uważał tak samo. Drugi album Cantrella był chyba dwupłytowy, co w ogóle było pomyłką.

      Wg jakiej kolejności poprawiasz oceny? Bo widzę, że czasem konsekwentnie przeprowadzasz korekty jednego zespołu, a ostatnio np. skaczesz z kwiatka na kwiatek

      Usuń
    7. Nie mam żadnej ustalonej kolejności. Przy niektórych wykonawcach dobrze mi idzie poprawianie całej dyskografii po kolei (Doors, Led Zeppelin), przy innych potrzebuję przerw, bo nie jestem w stanie słuchać zbyt wiele ich muzyki w krótkim czasie ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.