Q & A

Tutaj można zadawać pytania niezwiązane z konkretnymi postami. Mogą dotyczyć różnych form sztuki, nie tylko muzyki.

Ważne: Zanim zadasz pytanie, upewnij się czy nie ma odpowiedzi na nie na stronie FAQ

Pytania i odpowiedzi będą po jakimś czasie kasowane, aby uniknąć bałaganu. Najciekawsze pytania, a nawet całe dyskusje, będą przenoszone na stronę FAQ.


198 komentarzy:

  1. Od jakiegoś pół roku ten blog się regularnie zmienia na gorsze, Twoje wpisy są coraz bardziej aroganckie i z większą śmiałością opluwające klasyczne rockowe granie (najnowsza recenzja)

    Uśmiech wzbudza coraz bardziej gorączkowe odcinanie się od etykietki blogera, poprzez dawanie sprawiających wrażenie profesjonalnych działów "FAQ" czy "Q&A". Im bardziej lecisz w stronę jazzu tym butniej się tu robi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dużo muzycznych blogów i stron, które możesz czytać zamiast tej. Bez problemu znajdziesz tutaj listę polecanych blogów - wszystkie o tematyce stricte rockowej. Możesz też czytać Teraz Rocka, który od kilkunastu lat pisze w kółko o tym samym i prawie wszystko ocenia pozytywnie. Swoją drogą - od kiedy ocena 7/10 jest opluwaniem? Na pewno nie w mojej skali.

      Taką wybrałem drogę rozwoju i jestem zadowolony z tego, że robię tu to, na co mam ochotę. Nie widzę powodu, by się ograniczać dlatego, że Czytelnicy nie chcą rozwijać się muzycznie razem ze mną.

      Czy zadałeś sobie, panie Patryku, w ogóle trud posłuchania tych jazzowych albumów, które tu polecam? Akurat one mają - czy to brzmieniowo, czy ze względu na samo podejście muzyków - więcej wspólnego z rockiem, niż wiele rzeczy uznawanych za rockowe. Milesowi Davisowi w okresie, który teraz opisuję, zdecydowanie bliżej było do rocka, niż tradycyjnego jazzu. A John Coltrane grał na saksofonie w taki sposób, że inspirowali się nim rockowi gitarzyści, od Roberta Frippa, po Jimiego Hendrixa i Duane'a Allmana. Jak najbardziej jest to muzyka, którą może docenić, a nawet polubić rockowy słuchacz. Wystarczy trochę otwartości. I wbrew pozorom, jest to muzyka znacznie mniej pretensjonalna od chociażby takiego 2066 and Then.

      Natomiast te działy nie mają nic wspólnego z odcinaniem się od bycia blogerem. "Q&A" ma zmniejszyć ilość komentarzy nie na temat pod recenzjami (swoją drogą, nie widziałem, żeby jakaś strona miała taki dział), a "FAQ" - ograniczyć pojawianie się tych samych pytań. I tyle, nic więcej za tym się nie kryje.

      Usuń
  2. Witam. Chciałbym pogratulować Panu świetnego bloga. Dzięki takim ludziom jak Pan, ta muzyka, mam na myśli głównie ,,starego rocka progresywnego'', jazz - rocka/fusion, nie zginie w mrokach dziejów ;) Szczere gratulacje i podziękowania za Pana pracę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam i dziękuję za miłe słowa ;) Dawniej ten blog nazywał się "Rock'n'Roll Will Never Die!" i w nazwie tej chodziło właśnie o podtrzymywanie pamięci o starym, dobrym rocku.

      Usuń
  3. Mam pytanko do Ciebie jako wieloletniego słuchacza starych winyli. Jak wiadomo, przy kupnie sprzedaży itp. stan płyt i okładek oceniany jest według wskaźników near mint, exc, vg itd. Zdarzało Ci się kupować i słuchać płyt ocenianych na mniej niż excelent (powiedzmy vg+) i czy w ogóle warto się za takie zabierać? Bo czasem szukam jakichś winyli i powyżej VG+ są do dorwania tylko za jakieś kosmiczne pieniądze, a nie wiem, czy poniżej Excelent nie mają już jakichś poważnych urągań, które wkurzają przy słuchaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, problemem jest tu przede wszystkim niewłaściwe ocenianie. Polscy sprzedawcy mają tendencję do zawyżania ocen i zwykle płyty opisane przez nich jako EX przez zachodnich sprzedawców byłyby już opisane jako VG. Zresztą podejrzewam, że w większości i tak są to oceny wizualne, nie na podstawie odsłuchu. Z drugiej strony, wielokrotnie zdarzało mi się kupić płytę opisaną jako VG, a brzmiącą jak EX czy nawet NM. Więc zawsze jest to loteria. Zwykle jestem zadowolony z płyt ocenionych VG, za to wystrzegam się kupowania ocenionych niżej. Nie mam nic przeciwko pojedynczym "pyknięciom" czy lekkiemu "smażeniu" w cichszych momentach - inaczej kolekcjonowałbym muzykę na innym nośniku ;) Prawdę mówiąc, wolę takie niedoskonałe, ale naturalne brzmienie, niż sterylny dźwięk z kompaktów.

      Przy okazji - nie myślałeś, żeby skatalogować swoje zbiory na RYM?

      Usuń
    2. Póki co, nie są one na tyle duże, bym miał je katalogować - kilka absolutnych klasyków. Trochę mało, wręcz wstydliwie, jak na kogoś, kto chce uzbierać poważną kolekcję, ale kwestie finansowe i zagubienie w temacie gramofonów (w sensie, jak kupić coś porządnego i się nie wpieprzyć w jakiś szajs, od czytania artykułów na ten temat już mi się to miesza) wciąż są pewną barierą. Za to "listę życzeń" mógłbym ułożyć naprawdę porządną, ale zawsze o tym zapominam :D Żeby dostać ode mnie te 4/5 gwiazdek, album naprawdę musi mnie urzec, więc z automatu wszystko, co przynajmniej tak ocenię, uznaję za coś, co chciałbym kupić. Już na ten moment daje to ponad 500 pozycji, a na liście do przesłuchania mam ponad 3000, jak się to wszystko zliczy :D

      No właśnie ta nieufność do ocen czasem zabija mi ćwieka :D Bywa że facet ocenia płytę na EX, a na zdjęciu, które dodaje, widać parę rys, które kwalifikują się, by do tej oceny dodać przynajmniej minus. Ale jeśli twierdzisz, że VG zdarza się brzmieć świetnie, to mnie to starcza. Obserwuję sporo sprzedawców i aukcji, ale niczego poniżej (ewentualnie VG-, ale to okazjonalnie.) nawet nie biorę pod uwagę.

      Usuń
    3. Z tym rysami to też nie jest taka oczywista sprawa. Na zdjęciu rysa może wyglądać strasznie, ale jest na tyle płytka, że w ogóle jej nie słychać. A może też się zdarzyć, że słychać trzaski na płycie wyglądającej jak nowa. Wiele zależy też oczywiście od sprzętu. Paradoksalnie na lepszym sprzęcie płyty mogą brzmieć gorzej, bo bardziej czuła igła reaguje na najmniejsze zabrudzenia i uszkodzenia.

      Przypomniałem sobie, jak raz prawie zawału dostałem. Kupiony na Allegro winyl przyszedł w zwykłej kopercie bąbelkowej. Po otwarciu zobaczyłem płytę z tak głębokimi rysami, jakby ktoś jeździł po całej jej powierzchni gwoździem. Po chwili okazało się, że to inna płyta, a ta właściwa jest w okładce. Sprzedawca tłumaczył, że włożył ją jako usztywnienie. Okrągłą płytę jako USZTYWNIENIE kwadratowej okładki. Oczywiście, uległa uszkodzeniu - aż dziwne, że tylko jeden róg się zagiął. Oczywiście, dostał negatywa. Niestety, nie pamiętam już jego nazwy na Allegro, ale nie był to żaden z, nazwijmy to, głównych sprzedawców.

      500 to chyba idealna ilość płyt w kolekcji. Myślę, że do tylu dojdę. Nie rozumiem ludzi, którzy mają tysiące płyt - przecież większości z nich w ogóle nie słuchają. Nie byliby w stanie. Natomiast przy kilkuset można to jeszcze jakość ogarnąć.

      Usuń
    4. Mogą po prostu kolekcjonowac płyty ot tak, bez słuchania. Ma to odniesienie w grach - są wariaci, ktòrzy zbierają stare gry JESZCZE ZAPAKOWANE W FOLIĘ I nigdy ich nie odpakowują :D Oczywiście w przypadku winyli można by tak raczej robić tylko ze wznowieniami, ale poza tym może być to analogiczne. Kieeeeeeeedyś czytałem o gościu, który wtedy miał ok. 30 tys. płyt.

      Usuń
    5. To prawda, osobiście słyszałem w Saturnie rozmowę dwóch gości, z których jeden mówił, że nigdy nie ściąga folii z płyt. Jeden sprzedawca ze sklepu z winylami opowiadał mi natomiast o człowieku, który kupował hurtowo najgorsze śmieci i przechwalał się, że ma już 1000 płyt. Ja tego nie rozumiem. Tak samo jak ludzi, którzy kupują po kilka wydań tego samego albumu, bo różnią się jakimś małym szczegółem typu kolor labela (naklejki na płycie). Muszą mieć straszny nadmiar gotówki... Ja zbieram płyty przede wszystkim po to, żeby ich słuchać. Jak do któregoś albumu już nie chcę wracać, to sprzedaję go, bo zawsze przyda się więcej kasy na takie winyle, których mi brakuje.

      Ostatnio mniej kupuję, bo coraz większe trudności mam ze znalezieniem tych tytułów, które mnie interesują. Nawet kupiłem parę kompaktów, jako tymczasowe substytuty.

      Usuń
  4. Hej. Chcę wejść w wartościową muzykę - co i rusz uświadamiam sobie jakie prymitywne jest to czego do tej pory słuchałem. I za bardzo nie wiem gdzie zmierzać - bo brnąć w takie granie już nie chcę. Od czego zacząć?

    ps. Nie lubię King Crimson, Floydzi też mi nie podpasowali (obydwu próbowałem i to więcej niż jedną płytę)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli Pink Floyd i King Crimson to najbardziej ambitni wykonawcy, jakich dotąd słuchałeś, a nie podpasowali, to nie wiem czy jest sens iść dalej w tym kierunku. Bo to jednak podstawa i dobry punkt wyjścia. Ich albumy są jednocześnie przystępne i dobrze przygotowują do słuchania trudniejszych rzeczy. Warto przesłuchać całe dyskografie (oprócz PF bez Watersa), bo prawie każdy album tych zespołów jest trochę (PF) lub bardzo (KC) inny od poprzednich. Zanim kategorycznie stwierdzisz, że nie lubisz Pink Floyd, posłuchaj najpierw ich wczesnych dokonań, starając się zrozumieć o co w nich chodzi ("The Piper at the Gates of Dawn", "A Saucerful of Secrets", "Ummagumma"). Tak samo z King Crimson - sięgnij po "Islands" i "Lizard" (przygotowują do słuchania jazzu), "Larks' Tongues in Aspic" i "Starless and Bible Black" (wprowadzenie do awangardy), a także "Discipline", "Beat" i "Three of a Perfect Pair" (świetny wstęp do post-punku i nowej fali); "The Power to Belive" to też fajne granie, bardzo współczesne, więc może łatwiej się do niego przekonać. Potem możesz się brać za Jethro Tull, Genesis, Yes i ELP, bo to też łatwe w odbiorze, a ambitne (jakie albumy? np. te, które wysoko oceniłem). A potem koniecznie Gentle Giant i Van der Graaf Generator. Następnie możesz wziąć się za krautrock, scenę Canterbury lub dziwaków w rodzaju Zappy i Beefhearta - nie będę teraz wnikał w szczegóły, bo na to za wcześnie.

      Możesz też zacząć od innej strony, a mianowicie od dobrego poznania rocka psychodelicznego - późni Beatlesi, The Doors, Hendrix, The Byrds, Grateful Dead, 13th Floor Elevators, Quicksilver Messenger Service, Jefferson Airplane, The United States of America, Fifty Foot Hose, Silver Apples i wiele innych, ale to na początek będzie chyba wystarczające.

      Usuń
    2. Ja myślę, że ciężko mierzyć wszystkich "ambitnych wykonawców" jedną miarą, a przede wszystkim nie od razu się ich polubi - osłuchanie znacznie pomaga.

      Warto "poeksperymentować" z pozostałymi zespołami "wielkiej dziewiątki" progrocka i tak jak Paweł wspomniał, wszelaką psychodelą. Nie bez znaczenia jest też to, czego się słucha obecnie, np. będąc fanem elektronicznej muzyki tanecznej, lepiej "weszła" mi klasyczna prog-elektronika i krautrock, niż niektóre z pierwszych płyt King Crimson.

      Usuń
    3. To też racja. Dobrze żebyś napisał, czego już słuchałeś (nie tylko z ambitniejszych rzeczy) i co Ci się podoba.

      Usuń
  5. Mam pytanie bardziej złożone - jakie płyty, wykonawcy czy utwory były przełomem w Twoim rozwoju, kiedy to zacząłeś dostrzegać (uchem) dziadowskość, czy wręcz tandetę takich zespołów jak Socrpions, Dio czy w dalszej kolejności Iron Maiden, Rainbow bądź ACDC?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie pytania lubię - wrzucę to potem do FAQ ;)

      To nie stało się w jednym momencie, był to długotrwały proces, w trakcie którego początkowo nie chciałem dopuszczać do sobie myśli, że to nie jest zbyt dobra muzyka, choć coraz więcej na to wskazywało. Na pewno w otwarciu uszu pomogło mi stopniowe zapoznawanie się z kolejnymi przedstawicielami rocka progresywnego i psychodelicznego. Ale chyba największym przełomem było zagłębienie się w rejony bluesrockowe. Okazało się wtedy, że można grać muzykę bardzo energetyczną i stosunkowo ciężką na znacznie wyższym poziomie artystycznym, czasem naprawdę wyrafinowaną, a w każdym razie całkiem pozbawioną kiczu. Szczególnie istotne były improwizacje (głównie koncertowe), które pomogły mi zainteresować się jazzem i bardziej skomplikowanym prog rockiem. Tak więc chyba najwięcej zawdzięczam grupie Cream, którą powierzchownie znałem od lat, ale dopiero głębsze zapoznanie się z jej dokonaniami w 2014 roku, zwróciło mnie w stronę blues rocka ;)

      Usuń
  6. Jaki jest twój ulubiony album krautrockowy? Ostatnio zafascynowałam się tym nurtem, ale moja wiedza w tych rejonach muzycznych jest jeszcze raczkująca 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno powiedzieć, chyba nie mam ulubionego ;) Najbardziej podobają mi się (wczesne) dokonania Agitation Free, Ash Ra Tempel i Can, a także Popol Vuh (ale tutaj najbardziej te już nie-krautrockowe, jak "Hosianna Mantra" i "Nosferatu"). Cenię także Amon Düül II, Embryo, Faust, Gila, Guru Guru, Kraan, Out of Focus, Tangerine Dream, Xhol Caravan i Yatha Sidhra. Także Kin Ping Meh, Message i Nosferatu, choć w sumie krautrocka w tym niewiele. Mogę też polecić mało znany album "Hyperthalamus" grupy Dennis (muzyka dużo ciekawsza, niż wskazuje nazwa).

      Na pewno będę jeszcze dużo pisał o tym nurcie ;)

      Usuń
    2. a co sądzisz o wczesnych dokonaniach zespołu Kraftwerk ? one też są opisane słowem krautrock

      Usuń
    3. Nie pamiętam ich zawartości, ale pamiętam moje wrażenie. A było takie, że za dużo w tym eksperymentowania, a za mało... muzyki. Dokładnie taki sam problem, jak na debiucie Popol Vuh.

      Usuń
  7. Jak sam podkreślasz - wiele recenzji kasujesz, bo nie podoba Ci się styl w jakim zostały napisane, widać zresztą że słownictwo i język w jakim piszesz ewoluują. Czytasz jakieś książki? Jeżeli tak - to jaką literaturę lubisz najbardziej?

    Przy okazji - pytanie filmowe - na Filmwebie masz w obejrzanych "Judgement Night" - jak trafiłeś na ten film. Ja ten film postanowiłem obejrzeć po usłyszeniu soundtracku gdzie było jakieś 12 kawałków, z których każdy był kolaboracją jakiegoś rapowego kolektywu i zespołu rocka alternatywnego (Cypress Hill&Pearl Jam albo Helmet&House of Pain)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam książki, w ostatnich miesiącach w końcu udaje mi się czytać więcej. Ale głównie kryminały, thrillery, więc nie sądzę, żeby jakoś szczególnie wzbogacało to moje słownictwo i język.

      Soundtrack "Judgement Night" słyszałem lata temu, jak zasłuchiwałem się w twórczości niektórych występujących na nim wykonawców. Ale przystępując do oglądania i w trakcie w ogóle nie skojarzyłem tego filmu z tamtym soundtrackiem, którego już zupełnie nie pamiętałem. Dopiero potem się dowiedziałem, że to ten film. Zdaje się, że znalazłem go na filmwebowym profilu Fana Filmów i po zobaczeniu opisu i wysokiej oceny dodałem go do listy "chcę zobaczyć". Ale mnie się nie podobał. Strasznie to było głupie, nudne i kiepsko zagrane.

      Usuń
    2. Ale ogólnie widzę, ze oglądasz raczej lżejsze filmy - na pewno z większą ilością ludzi porozmawiasz o filmach niż o muzyce której słuchasz.

      Ale - jeszcze zapomniałem powiedzieć, że mailu masz winyle (zdjęcia)

      Usuń
    3. Nie pamiętam czy już o to pytałem, ale skoro o książkach mowa, to czytałeś może powieści Iana Fleminga? A jeśli tak, to co o nich sądzisz? Wiadomo, chodzi o serię przygód 007. Ja przerobiłem 12 wydanych za życia autora i paradoksalnie najbardziej podobała mi się ta pierwsza - "Casino Royale". Piekielnie wciągająca.

      Usuń
    4. @Filip - no raczej tak. Wieczorem wolę sobie puścić coś, przy czym nie muszę nadwyrężać mózgu i zastanawiać się ale o co w tym w ogóle chodzi? Ale mimo to, nie lubię jak film jest zbyt banalny, głupi, nastawiony tylko na efekciarstwo.

      Zdjęcia przejrzę później i wtedy odpiszę na maila.

      @Fan - tak, czytałem. Wszystkie z wyjątkiem właśnie "Casino Royale". Już ich za bardzo nie pamiętam. Tylko tyle, że niektóre byłby bardzo zgodne z książkami, a inne wykorzystywały tylko tytuł i nazwiska postaci, albo jakiś fragment.

      Usuń
  8. Krautrock był niemieckim gatunkiem muzyki, Cantenbury Scene pochodziła z Anglii, czy były inne państwa, które miały swoje lokalne odmiany progresywnej muzyki ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. We Francji był zeuhl, którego głównym reprezentantem jest Magma. Ewentualnie można wspomnieć jeszcze o włoskim rocku symfonicznym, ale to w sumie muzyka bliska dokonań Yes czy ELP.

      Usuń
    2. a poleciłbyś coś od tej Magmy ? tak na początek ;)
      szczerze powiedziawszy nie znam żadnego francuskiego zespołu rockowego ...

      Usuń
    3. No tak, Francja nie słynie z muzyki rockowej, a jak już ktoś ją tam gra, to jest to raczej skomplikowane, niekonwencjonalne granie, które znacznie wykracza poza ramy muzyki rockowej i praktycznie całkiem zrywa z jej korzeniami.

      Najbardziej cenionym albumem Magmy jest "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh", ale tego bym na początek nie polecał. Lepiej słuchać chronologicznie, od debiutu ("Magma", znany też pod tytułem "Kobaïa"). Moim ulubionym albumem zespołu jest natomiast koncertowy "Live" z 1975 roku. W sumie to jedyne wydawnictwo zespołu, które jako tako udało mi się zrozumieć i polubić. Z resztą będę musiał się jeszcze zmierzyć ;)

      Usuń
    4. Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh Magmy to taki Wagner na kwasie...Mocna rzecz! Świetna płyta do auta;)

      Usuń
    5. Znana Francja to już bardziej ekstremalne granie. W latach 80/90 był to Loudblast i Massacra a w czasach dzisiejszych Gojira.

      Usuń
  9. Na jakie nadchodzące premiery filmowe szczególnie czekasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej na "Irlandczyka" Scorsesego i "Pewnego razu w Hollywood" Tarantino (mam nadzieję, że właśnie tak będą brzmiały polskie tytuły). No i na Bonda 25 też.

      Usuń
    2. Heh, ja mam dokładnie tak samo. W przypadku filmu Tarantino nie mam wątpliwości, że będzie co najmniej świetny. Też bardzo na niego czekam, podobnie jak na "Irishman" - niestety chyba jeszcze nie wiadomo, kiedy będzie można go obejrzeć.

      Zaś co do Bonda 25, wyczekuję w mniejszym stopniu, choć niby uwielbiam tę serię...

      Usuń
  10. Jesteś w stanie ułożyć sobie w głowie jakąś, choćby nawet kompletnie pokręconą dziwną i abstrakcyjną, wizję muzyki, jaką chciałbyś tworzyć, gdybyś był muzykiem? Także tego, na jakich instrumentach byś grał, w jaki sposób komponował, czym się inspirował.

    I czy w ogóle jeszcze wydaje Ci się, że kiedyś zostaniesz lub chciałbyś zostać muzykiem? Niekoniecznie zawodowym, jakkolwiek tego nie rozumieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś chciałem być muzykiem (gitarzystą), ale okazało się, że od grania i komponowania wolę słuchanie ;) A jak zacząłem jeszcze pisać o muzyce, to praktycznie w ogóle przestałem grać.

      Myślę, że gdybym miał założyć zespół, to zacząłbym od grania klasycznego blues rocka (z gitarą, basem, perkusją, elektrycznymi organami i okazjonalnie harmonijką), a potem bym szedł w coraz bardziej pokręcone improwizacje na koncertach i ogólnie bardziej progresywno-jazzrockowe granie, dodając czasem nietypowe instrumenty (np. sitar) i uzupełniając skład o muzyka grającego na klarnecie basowym i innych dętych. Czerpałbym ze wszystkiego, co w muzyce wartościowe. A komponowałbym głównie improwizując.

      Usuń
  11. https://www.youtube.com/watch?v=3eCgQu-fo5E

    A co powiesz na ten poziom abstrakcji - na RYM zostało to zakwalifikowane jako "european free jazz" ? To awangarda pełną gębą, chociaż nie wiem czy Ci się to spodoba, bo ja nie wytrzymuję dłużej niż 3-4 minuty. Jakby mi to puścili na odwróconym stołku to przyznałbym się do prawie wszystkiego co by chcieli ze mnie wymusić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, właśnie czegoś takiego teraz potrzebowałem na ochłonięcie ;) Tak, europejski free jazz jest bardzo radykalny, ale jednocześnie słychać, że grający go muzycy mają duże umiejętności i wyobraźnię. Przy okazji chciałbym Ci polecić inny album z tego stylu, który być może bardziej do Ciebie trafi: "Machine Gun" Petera Brötzmanna (który zresztą gra także na zalinkowanym albumie). Facet za pomocą saksofonu imituje tam dźwięki karabinu maszynowego. Jeden z najsłynniejszych europejskich albumów jazzowych, więc wypada znać.

      Usuń
  12. Masz jakieś muzyczne guilty pleasure? I nie pytam o Ghost czy nieurockowiony funk, które zdajesz się lubić, ale o coś, co uważasz za autentycznie złe, ale zdarza Ci się to puścić choć na chwilę dla tego specyficznego uczucia, tzw. cringe'u.

    OdpowiedzUsuń
  13. Odpowiedzi
    1. Pytanie w czym Ghost jest gorszy od np. powszechnie wielbionych wczesnych Beatlesów (z okresu 1962-64), którzy też grali proste, melodyjne piosenki pozbawione czegokolwiek wyrafinowanego i ambitnego? Albo czy muzyka celowo wykorzystująca kicz w celach humorystycznych jest gorsza od - również powszechnie cenionego - heavy metalu, który chcąc być poważnym, zwykle jest nieświadomie kiczowaty?

      Pomijając tę całą infantylną otoczkę z przebierankami (co przecież nie wpływa na jakość muzyki), Ghost jest jednym z ciekawszych przedstawicieli współczesnego mainstreamu rockowego (inna sprawa, że przy jego obecnym poziomie nie jest to wielka pochwała), mający jakiś pomysł na swoją muzykę, co wyróżnia go spośród setek innych retro-rockowych grup, nie posiadających własnego stylu. I w przeciwieństwie do nich, potrafiący tworzyć wyraziste melodie. A cały ten kicz jest wykorzystywany zupełnie świadomie i służy głównie wyśmianiu metalowców w takie sposób, że zwykle nie są oni tego świadomi - dlatego jedni się nimi zachwycają, inni się oburzają, że jak można łączyć metalowe riffy i popowe melodie. Jako czysto rozrywkowa muzyka sprawdza się to dobrze i nie przynosi większej ujmy, niż słuchanie rocka z pierwszej połowy lat 60.

      Usuń
  14. No wczesne The Beatles to obciach więc niczym się nie różnią. A weź pod uwagę że to ty z racji swojego wieku widzisz w Ghost prowokację. Małolaty do których jest kierowana ta muzyka odbierają ją śmiertelnie poważnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to już szerszy problem, że początkujący słuchacze muzyki (ale nie tylko oni, także ci długoletni, niemający potrzeby rozwijania gustu lub po prostu niezdający sobie sprawy z tego, jak wiele jest różnej muzyki) nie potrafią odróżnić wartościowej muzyki od tej czysto użytkowej i za wybitnych wykonawców uważają przeciętniaków w rodzaju Ghost. Tak jednak było od zawsze i ten zespół, ani żaden inny, nie jest temu winien. Pretensje można mieć tylko do osób, które promują muzykę przystępną, zamiast próbować zainteresować ludzi czymś bardziej wartościowym. Ja jestem ofiarą Teraz Rocka, Trójki oraz - w mniejszym stopniu Eski Rock i Anty Radia, i przez długi czas słuchałem wykonawców dużo gorszych od Ghost, bo 1) wmawiano mi, że są tak samo wartościowi, jak różne klasyczne zespoły (których słuchałem już wtedy i wciąż słucham), 2) nie pokazano mi bardziej rozwijającej muzyki.

      Usuń
  15. To ja akurat w latach 80-ych od początku nie lubiłem mainstreamu. Jako 10-letnie dziecko zajarałem się Europe ale oczywiście trudno oczekiwać od 10-latka wysublimowanego gustu. I to tyle. Od razu po tym zacząłem słuchać thrashu który wtedy powstawał a Metallica była podziemnym zespołem i death metalu i brzydziłem się mainstreamem. Miałem to szczęście że zawsze szukałem czegoś z marginesu. Wracając do mojej złośliwości w sprawie Ghosta to zupełnie zrozumiałe i powszechne jest to iż teraz słucham muzyki mojego ojca i wolę King Crimson niż to na czym się wychowałem i bardziej oczekiwałbym aby mój syn zapytał mnie jak to było jak za moich czasów jak powstawał Slayer ale sytuacja odwrotna jest śmieszna. Nigdy by mi do głowy nie przyszło podkradać synowi z półki Ghost. Ja nawet nie wiem jak to brzmi. Wiem że istnieje bo o nich piszą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak w ogóle można wypowiadać się na temat muzyki, której się nie słyszało? Albo ograniczać tylko do muzyki, która powstała najpóźniej, gdy miało się kilkanaście lat? To dopiero śmieszne i ograniczające podejście.

      Usuń
    2. No są pewne rzeczy na świecie które nie przystoi jak np. gdy dorosły właśnie słucha muzyki dla dzieci albo gdy bawi się misiami. tu nie chodzi o muzykę a o przedział wiekowy.

      Usuń
    3. Tylko pozerzy przejmują się tym, co wypada robić w ich wieku.

      Nie słyszałeś nigdy zespołu = nie wiesz do kogo jego muzyka jest kierowana. Ja słyszałem, dostrzegam bardzo w niej silną inspirację muzyką z lat 60., 70. i 80., dzięki czemu zespół może się podobać jej słuchaczom, natomiast młodszych słuchaczy może zainteresować muzyką z tamtych dekad. Nie jest to zespół pokroju Linkin Park czy Green Day, które faktycznie nie mają do zaoferowania nic starszemu/bardziej osłuchanemu słuchaczowi, a pozostałych nie zainteresują bardziej sensowną muzyką, bo w ogóle do niej nie nawiązują (no dobra, może ktoś sięgnie po "Tommy'ego" czy "The Wall" dzięki "American Idiot").

      Usuń
    4. W czym przejawia się inne podejście muzyków Green Day na "American Idiot" w porównaniu do innych ich płyt? Pytam z ciekawości, bo nie znam ich twórczości (nie to, że bardzo chciałbym poznać, ale ciekawość zwyciężyła...).

      Usuń
    5. Po prostu jest to album koncepcyjny - i dlatego w recenzjach pojawiają się porównania do "Tommy'ego" czy "The Wall". Pod względem muzycznym jest to po prostu zbiór prostych, raczej banalnych kawałków. Dwa z nich trwają około 10 minut, ale to po prostu kilka krótszych kawałków ze sobą połączonych (na takiej zasadzie, jak "A Quick One, While He's Away" The Who). Jest to nieco lepsze od wcześniejszych ich płyt, na których znajdują się wyłącznie dziecinne, nieznośnie banalne kawałki pop-punkowe, ale w sumie i tak niewarte uwagi.

      Usuń
    6. Nie trzeba słyszeć. Wystarczy widzieć ich image i już wiadomo do kogo jest kierowana a z resztą widzę 14 latków na ulicach w koszulkach Ghost więc od razu wiadomo do kogo jest kierowana. Jak zobaczę dziecko w koszulce Natalii Kukulskiej z jej Zuzią laka nie dużą to też nie muszę głęboko szukać aby wiedzieć że to dla dzieci.

      Usuń
    7. To świadczy tylko o tym jak bardzo ograniczonym człowiekiem jesteś, wydającym kategoryczne sądy na podstawie mało znaczących przesłanek i tak głęboko wierzącym w swoją rację, że ignorujesz wszelkie racjonalne argumenty i nie chcesz sobie zadać minimum trudu, by sprawdzić, czy rzeczywiście masz rację.

      Nie żeby Ghost był rzeczywiście jakimś wartym poznania zespołem, ale jeśli słuchają go czternastolatkowie, to tym lepiej dla nich - mogą dzięki temu dowiedzieć się o istnieniu ciekawszej muzyki. A komuś bardziej osłuchanemu sporadyczny kontakt z tym zespołem z pewnością nie zaszkodzi - nie cofnie się przecież w swoim muzycznym rozwoju, będzie wiedział, że to nic wybitnego ani ambitnego, ale że w swojej kategorii (mainstreamowego retro rocka) jest to coś wyróżniającego się na plus.

      I tyle ode mnie w tym temacie, bo mam wrażenie, że wszystko co piszę, odbija się od ściany ignorancji.

      Usuń
    8. No rozumiem aby sobie posłuchać z ciekawości czegoś co słuchają teraz gimnazjaliści na youtubie przez chwilę ale aby pisać o tym recenzje to już przesada. A to co napisałeś to porównam do innej dziedziny życia. To tak aby nie być ignorantem poszedłbym do sklepu zabawkowego i kupił sobie lalkę barbie aby nie być ograniczonym tylko do samochodu i pracy zawodowej.

      Usuń
    9. @ Miroslav Zielinsky - ale zdajesz sobie sprawę z tego, że zarówno image jak i w dużej mierze styl muzyczny Ghost to zamierzona parodia, prawda? ;) Mało kto jest w stanie tak świadomie bawić się kiczem, jak ta grupa. A nawet abstrachują od tego, to świetna grupa "pop-metalowa", bawiąca się muzyką, tworząca fantastyczne melodie i dysponująca naprawdę dobrym wokalistą, zwłaszcza, jak na dzisiejsze standardy.

      Usuń
    10. Jesteś bardzo uparty. Przykład z lalką jest zupełnie nietrafiony, bo w przypadku zabawek wszystko masz na dłoni. Jest natomiast takie przysłowie: nie oceniaj książki po okładce. I ono doskonale pasuje do muzyki. Np. z okładek Henry Crow nie sposób wywnioskować, że to jeden z najbardziej wyrafinowanych zespołów rockowych. Okładka "Ptah, the El Daoud" Alice Coltrane sugeruje jakiś tandetny metal, a to bardzo ciekawy album jazzowy. Przykłady można mnożyć. Z imagem jest tak samo, jak z okładkami.

      A recenzje Ghost warto pisać chociażby dlatego, że mogę nimi zachęcić kogoś do słuchania bardziej wartościowej muzyki. Nie twierdzę, że ktoś przejdzie od razu od słuchania Ghost do słuchania Ornette'a Colemana. Ale w ich recenzjach wspominam chociażby o Black Sabbath, Deep Purple, The Beatles czy rocku psychodelicznym - a tym słuchacze Ghost jak najbardziej mogą się zainteresować, a to już pierwszy poważny krok w stronę naprawdę dobrej muzyki. I szczerze mówiąc, wolę pisać właśnie dla młodych ludzi, dla których jest szansa, że zainteresują się tym, co tu polecam, niż tych starszych, którzy są już tak przekonani do swoich poglądów, że chcą czytać o tym, co już znają i żeby było napisane dokładnie tak, jak oni uważają, żeby mogli się utwierdzić w swojej nieomylności i słuszności własnego gustu.

      A poza tym zgadzam się z tym, co napisał drugi Paweł, zresztą już coś podobnego tu napisałem.

      Usuń
    11. Trochę widzę w twoich słowach złośliwość ale chyba nie myślisz że jako ponad 40 letni człowiek czytam twoje komentarze aby utwierdzić się w swojej nieomylności. Nie obraź się bo lubię czytać twoje recenzje ale nie jesteś dla mnie mentorem abym zabiegał o twoją aprobatę wobec mojego gustu bo nie jesteś żadną wyrocznią jak i każdy inny piszący o muzyce. Ja mogę jedynie poznać czyjeś zdanie więc pisanie o mnie że jestem ignorantem bo nie zgadzam się z twoim zdaniem jest twoim wybujałym ego i twoim przekonaniem o własnej nieomylności jakby twoja opinia była punktem wyjścia (choć w jakieś mierza tak jest bo to twój blog). A jest tym bardziej nie na miejscu jeżeli chodzi o bzdury typu Ghost. Co innego gdybym podważał wartościowość King Crimson.

      Usuń
    12. Nie uważam, że jesteś ignorantem dlatego, że się nie zgadzasz z moją opinią, tylko dlatego, że wypowiadasz się na temat zespołu, którego nawet nie słyszałeś.

      A osoby, o których pisałem (nie mając nikogo konkretnego na myśli), nie szukają mentora, bo sami są dla siebie największym autorytetem, jednak identyczne co ich opinie łechtają ich próżność. Za to przez myśl im nie przejdzie, że ktoś może się znać na muzyce lepiej od nich. Nie interesuje ich już muzyczny rozwój, bo myślą, że już dotknęły absolutu i znają wszystko, co najlepsze. Nie wiem, czy się do nich zaliczasz, ale wiem, że wolę pisać dla osób otwartych na nowe muzyczne doznania.

      Usuń
    13. Tyle że młodziaki słuchające Ghosta, przy sięgnięciu po np. Led Zeppelin mogą się zrazić archaicznym - z ich punktu widzenia - brzmieniem.
      A sięgnięcie po "The Wall" czy - jeszcze bardziej - "Tommy" po "American Idiot" może skończyć się tym, że nastolatek ucieknie z krzykiem

      Ale - we wchodzeniu na wyższy poziom rozwoju muzycznego można też łatwo popaść w rygoryzm i gdy tylko pozna się granie ambitne (niech będzie King Crimson albo Gentle Giant) można zacząć odrzucać po kolei wszystko co jest prostsze i bazuje tylko/głównie na riffach i melodiach (DP, Rush, Black Sabbath) jako bezwartościowy chlam - bo wszystko będzie się do niego porównywąło. W zestawieniu ze złożonością tych zespołów blednie nawet Pink Floyd - a nazwanie go chłamem tylko na podstawie porównywania z zespołami, które uznało się za wzorzec jest śmieszne.

      Kolejnym etapem jest pójście w jazz i to ten coraz bardziej awangardowy i eksperymentalny. W jakiejś z ostatnich Twoich recenzji(nie pamiętam której) uderzyło mnie, że słowo "konwencjonalny" miało pejoratywny wydźwięk. Rozwój muzyczny to może być droga w jedną stronę i palenie mostów.

      Muzyka z przyjemności staje się wyzwaniem dla intelektu i zmysłów i tak jak jest w FAQ - zamiast słuchać albumów które się lubi zaczyna się wówczas poświęcać czas na słuchanie nowych coraz bardziej pokręconych rzeczy, w miarę rozwoju odrzucając coraz więcej muzyki, bo w porównaniu z awangardą i eksperymentami, które siłą rzeczy również poznajemy, cały mainstream zaczyna być w uszach słuchacza coraz większym gównem. Zresztą - po części - wspomniałem o tym w mailu.

      Usuń
    14. Może tak być, oczywiście, ale nie musi. Bo jednak widuję młodych ludzi, nastolatków, w koszulkach właśnie Led Zeppelin (a nie Ghost).

      Tak, przy wchodzeniu na wyższy poziom występuje zjawisko zachłyśnięcia się ambitną muzyką i odrzucania wszystkiego, co nie jest zbyt skomplikowane. Sam odrzuciłem to, co uważam za zupełnie nierozwijające i co nie jest już w stanie zapewnić mi żadnych estetycznych przeżyć. A jednak wciąż bardzo cenię i czasem słucham (dla przyjemności) albumów Pink Floyd, The Doors, Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin czy Rush. I pomimo świadomości, że istnieje muzyka znacznie bardziej wybitna, tą także uważam za doskonałą, tylko w innej kategorii, bardziej rozrywkowej. I dlatego wiele ich albumów oceniam na 8 i wyżej.

      Usuń
    15. Filip M. ma sporo racji. Sam u siebie zauważyłem że od kiedy zajarałem się progiem to rzeczywiście nie jestem w stanie słuchać Black Sabbath czy Led Zeppelin. Nie dlatego że odrzucam to formalnie ale nie sprawia mi to przyjemności. Słyszę właśnie proste rifowanie a przede wszystkim ubogość aranżacji i brzmienia. Ale nie uważam tego za chłam. Po prostu po kilku minutach nie jestem w stanie tego słuchać bo mnie to po prostu nudzi.

      Usuń
    16. Mnie do muzyki, którą zacząłem odrzucać zniechęciły głównie takie elementy, jak: kicz, banał i wtórność. U wspomnianych wcześniej wykonawców słyszę je co najwyżej w śladowych ilościach (raczej na późniejszych albumach, do których nie wracam) i dlatego słuchanie ich (ale też wielu innych rockowych i bluesowych kapel) wciąż sprawia mi przyjemność, ale nie wracam do nich często, bo dobrze wszystko pamiętam. Natomiast wspomniane odrzucające elementy wcześniej tak bardzo mnie nie irytowały, bo miałem inne punkty odniesienia i niewystarczające osłuchanie, aby je rozpoznać. Przykładowo, w balladach Scorpions nie słyszałem kiczu (no, w niektórych tak) tylko piękno. Ale to całkiem zrozumiałe. Dzisiaj przez pewien czas byłem zmuszony do biernego słuchania stacji radiowej vox fm i było to naprawdę bolesne doświadczenie, dawno nie słyszałem takiego syfu, właściwie zapomniałem, że coś takiego istnieje. Większość ludzi zna niestety tylko coś takiego i parę popularnych zespołów rockowych. I mając taki punkt odniesienia, faktycznie może się wydawać, że Scorpions jest bardzo dobrym zespołem (dla mnie obecnie jest to jeden z symboli kiczu, banału i wtórności), a Pink Floyd czy te bardziej przystępne albumy King Crimson to muzyczny absolut. Niby zdają sobie sprawę z istnienia tych trudniejszych albumów KC czy jazzu, ale uważają to za muzykę dla snobów i dziwaków, a tak w ogóle to jest słabe, bo nie ma chwytliwych melodii w stylu Marillion.

      Usuń
    17. Co do nazywania muzyki w kategorii rozrywkowej "doskonałą" - nie zgodzę się. Z założenia ta "rozrywkowa" muzyka jest obłupaną z trudniejszych fragmentów muzyką nierozrywkową, ewentualnie przetworzoną w taki sposób żeby przyciągnąć nieobytych słuchaczy bez uczucia, że to kopiowanie starych pomysłów

      Black Sabbath - weźmy stary blues rock, zagrajmy go ciężej. Albo zwiększmy ciężar Zeppelinów, którzy też nie tylko bazowali na bluesie, ale też bez opierniczania się plagiatowali starsze utwory. Podobnie Purple, nawet w chwalebnych czasach "In Rock". Pink Floyd - próba przystępnego podania progresji, późniejsze wydawnictwa sam określiłeś mianem "neoprogresywnych". Rush kopiuje to wszystko - co z tego że miło się słucha tych wszystkich kapel, skoro mają one nikłą wartość edukacyjną? Poznanie jednej - ok, tak wygladał jeden z nurtów w latach 70. Ale więcej? To strata czasu - lepiej pójść w awangardę, jazz, eksperymenty i klasyczny blues. Stąd parę tygodni temu moje wzburzenie, że melodyjność podajesz w recenzjach jako zaletę - przecież melodie były domeną Bitlesów i brytyjskiej inwazji. Dalsze zespoły nieprogresywne, to po prostu to samo, tylko coraz lepiej wyprodukowane, cięzej zagrane, wykrzyczane, odziane w dysonanse i narkotyk.

      Usuń
    18. Dziwne to trochę bo z jednej strony stosunek do muzyki typu Marillion mam taki jak ty a z drugiej strony uwielbiam Genesis który jest chwytliwy jak później Marillion który zżynał z Genesis. Choć Genesis jest oczywiście bardziej skomplikowany ale na pierwszy rzut ucha to podobne granie. Przynajmniej melodycznie.

      Usuń
    19. A z tym już zupełnie się nie zgadzam. Muzyka rozrywkowa nie jest upośledzoną wersją muzyki nierozrywkowej, tylko czymś innym i zarówno w ramach jednej, jak i drugiej można doskonale realizować jej zamierzenia, jak i robić to na niskim poziomie. Można też mieszać w różny sposób jedną z drugą, co moim zdaniem jest najciekawsze.

      Te zespoły niczego nie zakładały. Black Sabbath grał tak ciężko przez przypadek, bo Iommi po wypadku musiał poluzować struny. Pink Floyd na pewno nie planowali grać rocka progresywnego, bo gdy zaczynali jeszcze nie było takiego nurtu, oni sami przyczynili się do jego powstania (a taką "Ummagummę" czy nawet "A Saucerful of Secrets" trudno nazwać przystępnymi). I tak dalej. W tamtych czasach mniej się myślało o tym jak grać (a już na pewno nie w kategorii konkretnych podgatunków), a po prostu grało. Wszystko było naturalniejsze, pozbawione koniunkturalizmu. Większość z tych klasycznych zespołów miała swój charakterystyczny styl, często zawierający elementy u innych nie występujące, dlatego zdecydowanie nie wystarczy znać jednego, by mieć pojęcie o całym podgatunku (paradoksalnie, w jazzie dużo łatwiej jest wskazać albumy definiujące cały styl, niż w rocku). Jak z takim podejściem chcesz poznawać muzykę z tamtych lat, to nie widzę tego dobrze. Zresztą przykładem uprzedzenie do krautrocka na podstawie jednego albumu Can, który nie definiuje całego nurtu.

      Usuń
    20. Marillion nawet gdy próbuje być progresywny, to bliżej mu do poprockowego Genesis z czasów Collinsa, niż progresywnych początków z Gabrielem. Te wczesne albumy, od "Trespass" do "Baranka", są jednak dość ambitne, choć to raczej lżejsza wersja klasycznego proga.

      Usuń
    21. od Fugazi bo Script for a Jeste's Tear jest jednak podobne do starego Genesis bo całkowicie rockowe. Od Fugazi się upopowił a szczyt nastąpił na Childhood. teraz nie lubię Marillion ale muszę im być wdzięczny bo to właśnie Marillion - Script wyrwał mnie z metalowych okowów i skierował w stronę proga ale jak poznałem Genesis i resztę to oczywiście pozbyłem się z półki Marillion.

      Usuń
    22. Powiem w ten sposób. Muzyka rozrywkowa ma "rozrywać", gładzić mózg i nie zmuszać do żadnego wysiłku intelektualnego. A im mniejszego wysiłku wymaga sztuka tym niższa jest jej wartość.

      Czyli gdyby Iommi miał w porządku palce, to Black Sabbath byłby kolejnym hard rockowym zespołem, tylko z demonicznymi wpływami? No ładnie...

      Pink Floyd grały początkowo fajne odjeby (najbardziej podoba mi się debiut - i chyba właśnie nabrałem ochotę do zgłębienia solowego Syda Barretta), ale ich płyty uchodzące za największe osiągnięcia zawierały uproszczony rock progresywny, który czasem niebezpiecznie daleko zapuszczał się w rejony pop. Żeby zachować krytyczny i trzeźwy ogląd można zrobić 2 rzeczy - iść jak najbardziej chronologicznie jako punkt startowy przyjmując jakieś momenty kiedy następował swoisty przełom (np. Kind of Blue w jazzie albo, w wypadku rocka Court of Crimson King czy nawet Revolver który w zeszłym tygodniu - przykro mi to mówić - wmusiłem w siebie, ślepo i głucho wierząc że to osiągnięcie w muzyce). Można też wziąć jakiś w miarę ambitny, ale przystępny zespół na "wejście" (KC, PF, czy nawet Camel) i zagłębiać się w coraz bardziej skomplikowane granie (Ty polecasz niektóre zespoły jako wejście w awangardę, jazz), i w miarę wchodzenia w te nurty z wyższej półki dochodzić do wniosku jak bezwartościowy jest cały hard rock, który jest tylko wąskim wycinkiem tego co już powstąło i stanowiło prawdziwą jakośc - jeżeli Coltranem inspirowało się wielu rockowych wykonawców to znaczy, że wykroili z jazzu pewne elementy i wywalając zarazem w kąt to, czego przeciętny słuchacz nie strawi.

      Jeżeli chodzi o mnie - jestem bliski sytuacji, że zamiast przesłuchać przez weekend 10 nowych albumów, będę 10 razy słuchał np. "A Love Supreme" i próbował sobie wmówić, że to geniusz, tylko ja jeszcze tego nie słyszę i zarazem podejmował kolejne próby usłyszenia tego niekoniecznie już na trzeźwo. Podobnie z Can. Ale że on odrzucił mnie solidnie, to póki co dam sobie z nim spokój, jak i z 2 pozostałymi płytami które autorytety uważają za pomniki.

      Kiedy chce się rozwijać muzycznie, należy bardziej świadomie otworzyć uszy i zachować pewną dyscyplinę: wiedzieć, po jakich wykonawców trzeba sięgnąć, a po jakich nie wolno bo mogą wyrządzić krzywdę. Wyższym poziomem wtajemniczenia jest skupienie się na aspektach teoretycznych - jak słyszę riff do "Bloodsucker" to czuję autentyczny niesmak, gdy sobie uświadomię, że opiera się on na zwykłej pentatonice z trytonem. Przy okazji - tryton w BS nie był niczym nowym, pojawia się on np. (pierwsze co mi przychodzi do głowy) w riffie "Sunshine of Your Love". Mam nadzieję, że nie czujesz się urazony, mówię o swoich odczuciach i podejściu do muzyki w ostatnich tygodniach.

      Usuń
    23. Nie wiem czemu miałbym być urażony, ale ewidentnie widać u Ciebie objaw zachłyśnięcia się ambitną muzyką. A wręcz powiedziałbym, że samym wyobrażeniem o tym, jak powinna ona brzmieć. Bo z tego co piszesz wynika, że nie jesteś jeszcze nawet na starcie, a dopiero przygotowujesz się do rozgrzewki. Jak tak dalej pójdzie, to skończysz jako snob, słuchający wyłącznie dziwnych, amelodycznych rzeczy (a więc odpadnie też zdecydowana większość jazzu), niezdolny do obiektywnej oceny muzyki. Albo nadejdzie moment, że się zreflektujesz i przestaniesz odrzucać wszystko, co jest przystępne. Bo jednak z moich obserwacji wynika, że dobrze osłuchani w różnych gatunkach i znający się na muzyce ludzie cenią i słuchają zarówno tych trudniejszych rzeczy, jak i tych łączących przystępność z ambicjami. Brak/obecność melodii nie jest wyznacznikiem jakości muzyki, a dopóki będziesz twierdził inaczej, to znaczy, że nie jesteś wystarczający osłuchany. A osłuchanie to nie tylko przesłuchanie kilku tysięcy albumów, ale ich zrozumienie.

      Spójrz zresztą na mnie. Dlaczego mimo przesłuchania setek albumów z ambitniejszych gatunków od rocka, zrozumieniu ich i zachwytu nimi, wciąż cenię wielu rockowych wykonawców, choć innych już nie? Na pewno nie z sentymentu, bo wtedy nie odrzucałbym Scorpions, Iron Maiden czy Metalliki, a np. Led Zeppelin, za którym w sumie nie przypadałem kiedyś. Po prostu osłuchanie, przyjęcie szerszej perspektywy pokazało mi jak różnorodna może być muzyka i jak wspaniały jest ten wielki wybór. Nauczyłem się cenić bardzo różne rzeczy, które niekoniecznie od razu mi się podobały ze względu na np. instrumentarium czy poziom skomplikowania. Jednocześnie wyczuliło mnie to na kicz, wtórność i (przesadny) banał, dlatego część słuchanej muzyki musiałem odrzucić. Ale nie widzę celu w odrzucaniu czegoś dla zasady. Wolę cieszyć się różnorodnością muzyki, niż przechodzić z jednej ciasnej niszy do innej.

      Usuń
    24. Na czym więc polega słuchanie ze zrozumieniem? Ja ze swojej strony, poza słuchaniem "słuchaniem" mogę jeszcze wnikać w metrum, mechaniki gry, dosłuchiwać się czy perkusista jedzie tomem czy hi-hatem. Ale to nie jest dobry kierunek, czego ja mam świadomość.

      Usuń
    25. Kurde, tu mnie masz ;) Nie wiem czy potrafię to zrozumiale wyjaśnić, bo u mnie to zrozumienie odbywa się raczej intuicyjnie, niż analitycznie, gdyż mam spore braki w teorii muzyki. Potrafię jednak rozróżnić muzykę czysto rozrywkową, tworzoną z najniższych pobudek, a tą posiadającą jakieś walory artystyczne. Ta druga nie zawsze od razu do mnie trafia, ale daję jej kolejne szansę, starając się znaleźć w niej pozytywy, a nie wady. Odrzucam oczekiwania i uprzedzenia. Szukam profesjonalnych artykułów na jej temat czy wypowiedzi osób znających się na rzeczy, dzięki czemu dostrzegam elementy, które mogły mi umknąć.

      Usuń
    26. A są jakieś gatunki lub style, w których nie dostrzegasz ABSOLUTNIE niczego wartościowego/godnego uwagi/dobrego pod względem czy to artystycznym, czy czysto rozrywkowym?

      Usuń
    27. Nie licząc disco polo, nie mam w ogóle pojęcia, jak się takie style nazywają, ale praktycznie cały mainstreamowy pop z XXI wieku. Poza tym neo-prog, nu metal, pop punk, post-grunge, w sumie też smooth jazz.

      Usuń
    28. Nie mam pojęcia o czym piszesz, ale kojarzy mi się z późnym Rush ;)

      Usuń
    29. Nie, nie, to jest bezmuzyczny koszmar, gdzie chodzi o stylistykę retro (np. dźwięki konsol z lat 90.)

      Usuń
  16. 1. Zastanawiają mnie 10 dla "Pingwinów z Madagaskaru" i 9 dla "Kaczych opowieści". Naprawdę jesteś fanem kreskówek? Też je kiedyś lubiłem (lubię?) - pierwszy za dialogi, drugi za częste poczucie przygody + obydwa za charakterystyczne postacie, ale takie wysokie oceny mnie dziwią.
    2. Nowy sezin Twin Peaks tak Cię wymęczył, że jedynka wleciała? Pewnie uważasz go za robiony dla kasy, ale czy najniższa ocena nie jest z kolei "krzywdząca" dla takich produkcji jak "Klan" albo "Moda na sukces"?
    3. Miało nie być takich pytań, ale nie widziałem nigdzie Twojego zdania na ten temat, poza tym myślę, że jeden z najgorszych przesłuchanych albumów zapada mocno w pamięć - czy ocena 1 dla "Lulu" nie jest podyktowana częściowo tą całą krytyką? Sam napisałeś, że to dość ambitny album, napewno nagrany w lepszych celach niż "Death Magnetic". Nie żebym uważał go za arcydzieło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Nie, nie powiedziałbym, że jestem fanem kreskówek. Pierwszą z nich traktuję po prostu jako komedię, w której rodzaj humoru bardzo mi odpowiada, więc spełnia idealnie swoje zadanie. Natomiast do drugiej mam ogromny sentyment z dzieciństwa.

      2. Nie uważam, że był robiony dla kasy. Lynch ewidentnie chciał realizować w nim jakieś swoje artystyczne ambicje. A przy okazji strollować fanów starego "Twin Peaks". W dwóch pierwszych sezonach były doskonale wyważone proporcje między abstrakcją, a logiczną fabułą, było świetne połączenie przeróżnych filmowych gatunków i bardzo wyraziste postacie, z których właściwie każda miała dużo "antenowego" czasu. W nowym "Twin Peaks" została praktycznie sama abstrakcja i skupienie na losach ledwie kilku postaci, zaś bardzo marginalne potraktowanie innych, o których dalszych losach też chciałbym się czegoś dowiedzieć. Zamiast tego mieliśmy takie smaczki, jak pięciominutowe ujęcie przedstawiające zamiatanie podłogi.

      3. Ocena jest cały czas taka sama, jak po ostatnim przesłuchaniu - w 2011 roku. Mogę cenić ten album bardziej od "Death Magnetic" za odwagę i próbę zaprezentowania czegoś nowego, ale wspomnienie bełkotu Reeda i monotonnej muzyki skutecznie zniechęca mnie przed ponownym odsłuchem.

      Usuń
  17. Masz w swojej szkole stałych Czytelników bloga, ewentualnie osoby, które przyznają się do doceniania muzyki rockowej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy gimnazjaliści (teraz to właściwie 7-, 8-klasiści) słuchają podobnych rzeczy, jak ja w ich wieku, czyli tych najbardziej popularnych rockowych kapel, w tym paru dobrych. Większość słucha, niestety, byle czego. Ale nikogo nie próbuję edukować w tym zakresie. Jeśli naprawdę interesują się muzyką i chcą się rozwijać - sami znajdą tę stronę. W przeciwnym razie tylko traciłbym czas ;)

      Usuń
    2. Jeszcze ciekawi mnie sprawa odnośnie Twojej całkiem fajnej listy "My Favourite Things" na RYM. W jednym kontekście - nie ma na niej debiutu Iron Maiden. Nie chodzi o to że "musi" się pojawić na liście, ale są na niej "Live After Death" i "Seventh Son of Seventh Son", a to debiut nazwałeś swoim ulubionym wydawnictwem kapeli, stąd dziwi mnie jego brak. Jak to wytłumaczyć? :)

      Usuń
    3. Hmm... Jeśli liczyć koncertówki, to moim ulubionym jest "Live After Death". Może nie jest to dobry album na żywo (zbyt wiernie wszystko odgrywają), ale repertuar obejmuje prawie wszystko, co dobrego wcześniej nagrali. Jakby jeszcze zamiast paru tandetnych przebojów dali "Where Eagles Dare" i "Strange World" (wiem, że tego drugiego nie grali z Dickinsonem, a szkoda), to by było super ;) Co do debiutu i "Siódmego Syna", to raczej porównywalny poziom. Na pierwszym jest w sumie dużo bardzo przeciętnych kawałków, ale nie ma czegoś aż tak okropnego, jak "Can I Play with Madness". Wkrótce pewnie i tak nie będzie tam żadnego albumu tego zespołu.

      Usuń
    4. W sumie dobrze, że dali te "tandetne" przeboje, bo wiele z nich (jak "Flght of Icarus" czy nawet ten nieszczęsny "Die With Your Boots On"), dzięki większej ilości energii, brzmi lepiej niż na nagraniach studyjnych.

      A co do oceny debiutu, nadal nie mogę się zgodzić. Przynajmniej z osobistej perspektywy - jak usłyszałem z 15 lat temu riffy "Prowlera", to uznałem to za objawienie (mimo że wcześniej znałem już cały "No Prayer..."). I nadal uważam podobnie. Dla mnie to prawdopodobnie najlepsza płyta z okręgu NWOBHM (czyli heavy metalu pierwszej połowy lat 80.). Choć dla niektórych nie jest to akurat wyznacznik jakości ;)

      Usuń
  18. Skąd tak dokładnie wiesz czego słuchają Twoi uczniowie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po ich ubraniach (koszulki, bluzy z nazwami zespołów), naszywkach na plecakach i - niestety - tym, co puszczają na telefonach.

      Usuń
    2. Za Scorpionsów linijką po łapach, Dream Theater - karna praca domowa, a za Linkin Park wezwanie rodziców do szkoły ;)

      Usuń
    3. Wierz, lub nie, ale DT i LP to nie są najgorsze rzeczy, jakich słuchają dzieciaki. I mówię tylko o rocku.

      Usuń
    4. A podasz jakieś przykłady z tego rockowego obszaru? Nie wiedziałem, że cenisz coś mniej niż LP (to chyba bardziej takie wyjątki) :)

      Usuń
    5. A za Rammstein kara śmierci! Z kolei za Pink Floyd, przeniesienie ucznia do prestiżowej szkoły o wyższym poziomie XDD

      Usuń
    6. @Fan Filmów - np. Hollywood Undead, czy jakoś tak. Słyszałem to w radiu mniej więcej dekadę temu i była to podróbka wczesnego Linkin Park prezentująca jeszcze niższy poziom.

      Albo My Chemical Romance, czyli taki jeszcze bardziej upośledzony Green Day.

      A jeśli chodzi o nie-rocka, to młodsi uczniowie puszczają z komórek jakieś pseudo-techno, disco z pola i pseudo-rapy z pola...

      Usuń
    7. ;) https://rateyourmusic.com/list/pytotheque/stay-away-gimbusie-oto-grozna-setka/

      Usuń
    8. Ja mniej więcej w tym wieku słyszałem w szkole z telefonów innych osób takie "potworki" jak techno przeróbka "Thunderstruck" AC/DC. Pamiętam, że bardzo mnie to wtedy irytowało. Ale AC/DC też ktoś czasem zapuszczał. Generalnie wydaje mi się, że większość preferowała disco polo i techno, choć zdarzyły się ze 2 wyjątki słuchania czegoś bardziej normalnego. Za to kolega z innej klasy słuchał wtedy Linkin Park, ale znałem już to wcześniej, bo sąsiad miał 2 pierwsze płyty.

      Kumpel wspominał po latach, że puszczał mi w czasach gimnazjum "Subdivisions" i "2112" Rushu, ale w ogóle tego nie kojarzę. Pierwszy bardziej świadomy kontakt z ich muzyką nastąpił ze 2-3 lata później, był to "Fly by Night" albo "Tom Sawyer".

      Usuń
    9. Aha, i najgorsze było w tym wszystkim, że w tym okresie kompletnie nie było z kim na poważnie pogadać o muzyce (może z wyjątkiem tego kumpla od Rushu, ale z drugiej strony słuchał też np. jakiegoś popu). Teraz, oprócz nowych znajomości, są także możliwości komentowania na blogach ;)

      Usuń
    10. @Filip - w sumie fajna lista, pod większością bym się podpisał. Ale Steven Wilson? Wiem, tworzy nudną muzykę (choć lepszą od większości wykonawców z tej listy), a słuchanie go może sprowadzić na neo-progowe manowce, ale równie dobrze ktoś może sięgnąć do jego inspiracji, a to już jak wygranie w lotka ;)

      @Fan - Od czasu, kiedy ja chodziłem do gimnazjum/liceum, nic się nie zmieniło - dzieciaki wciąż słuchają dokładnie tego samego, co wtedy. Od dekady nic się w mainstreamie nie zmienia, nawet poszczególni wykonawcy niemal ci sami. Też nie miałem za bardzo z kim rozmawiać o muzyce, a jak już ktoś słuchał czegoś podobnego, to słuchał też różnych okropności, które od nich podpatrywałem i psułem sobie gust.

      Usuń
    11. Crookers? Shit, wiem co oni robili i wiem że przerabiali Thunderstruck, ale samego kawałka nie słyszałem.

      Jak byłem w gimbazie to pamiętam, że jeden koleżka jarał się RHCP (By The Way i Stadium Arcadium, które własnie wyszło) i Pain (projekt Petera Tagtgrena) ale oprócz tego była bieda - albo hip hopowcy, albo słuchanie jakiegoś durnego popu spod znaku ekhm - September czy Basshuntera, którzy wtedy byli na świeczniku

      Usuń
    12. Właśnie sprawdziłem i rzeczywiście była to wersja Crookers. A zapamiętałem, bo ktoś to często zapuszczał. A co do RHCP, to przypomniało mi się, że jeden fumfel rzeczywiście lubił ten zespół. Sam znałem wtedy tylko "Californication" i "Fight Like a Brave" (z soundtracku gry THPS3). I moja wiedza o ich utworach trwa do dziś w takim niezmienionym stanie.

      Usuń
    13. Na mój pobyt w gimnazjum przypadła bodajże największa popularność polskiego rapu. Ja tego w ogóle nie rozumiałem i nienawidziłem, bo miałem jasno sprecyzowane oczekiwania (teksty mają być śpiewane, a nie mówione). Muzyką zacząłem się interesować pod koniec podstawówki, po tym jak na wyjeździe klasowym kolega grał na gitarze jakieś polskie przeboje. Później w gimnazjum podłapałem od niego Metallikę, Iron Maiden i AC/DC - on sam tego chyba nie słuchał, ale grał na gitarze. W międzyczasie sam odkryłem Depeche Mode i Scorpions, dzięki którym przestałem słuchać polskiego rocka ;) Wkrótce potem odkryłem Nirvanę, Black Sabbath i Pink Floyd. W ostatniej klasie gimnazjum okazało się, że podobnych rzeczy słucha jeden koleś, więc zaczęliśmy się wymieniać muzyką. Niestety, on podsuwał mi jakiś badziew typu Linkin Park, System of a Down, Green Day, The Offspring, Korn (tego ostatniego nigdy nie znosiłem). Jednocześnie słuchałem dużo radia, głównie Trójki i zacząłem czytać Teraz Rocka i dawałem się im wszystkim nabrać, że te zespoliki to tak samo dobra muzyka, jak wcześniej wymienione zespoły. W liceum też było mało osób słuchających czegoś innego, niż różne hity na czasie, a jak ktoś już miał podobny do mnie gust, to ze wszystkimi jego wadami. W rezultacie do końca liceum słuchałem na zmianę po prostu dobrej i naprawdę okropnej muzyki. A potem odkryłem King Crimson i The Doors oraz dokładniej zagłębiłem w Pink Floyd, co wszystko odmieniło ;)

      Usuń
    14. A jakich polskich zespołów wtedy słuchałeś (oprócz Lady Pank)?

      Usuń
    15. @Filip - gorzej: jeden osiem el i tego typu dno.

      @Fan - w sumie tych, które mam ocenione na RYM: LP, Perfect, trochę Oddziału Zamkniętego. Jak kumpel grał "Whisky moja żono" to też lubiłem, ale jak usłyszałem oryginał z tym bełkotem Riedla, to przestałem lubić. Ale to był tylko krótki okres pod koniec podstawówki. Jak potem usłyszałem Depeche Mode, to mi właściwie całkiem przeszła ochota na polski rock.

      Usuń
    16. 1-8-L; Pamiętam jak to leciało w kółko w radio w lato 2005, nie podoba mi się to, ale wspomnienia są.

      Do Dżemu się proszę nie czepiać. Szczególnie że czuję, że chodzi Ci głównie o osobę Riedla.

      Usuń
    17. No właśnie odnośnie tych ocen: kiedyś były wyższe, a przecież np. nie wszystkie płyty Lady Pank są aż takie fatalne. Fakt, moim zdaniem w ostatnich 25 latach nie nagrali zbyt wiele dobrego, ale np. debiut czy "Tacy sami" prezentują naprawdę dobry poziom. Mimo podobieństw do zagranicznych kapel. Ale to tylko moje zdanie.

      Usuń
    18. Na-na, najmniej kopiowania i nieporadności.

      Usuń
    19. 2005? Nie wcześniej? Stawiałbym na 2003, najwyżej 2004.

      Był czas, że lubiłem "Wehikuł czasu".

      Niee, w muzyce LP nie ma niczego ambitnego, ich piosenki mogłyby być bez wielkich zmian przerabiane przez disco-polowców.

      Usuń
    20. Ja zdecydowanie kojarzę Jeden Osiem L z lata 2004, bo leciało to wszędzie, gdzie tylko możliwe, na zmianę z "Dragostea Din Tei" :)

      Usuń
    21. A ja pamiętam jak w podstawówce z takim kolegą Radkiem odkrywaliśnmy w latach 80-ych wczesną Metallice, Slayera a nieco później Sepultureę i death metal. Nikt w szkole nie wiedział co to jest bo i nie było wtedy jeszcze internetu ani MTV nie było w polskich telewizorach i nikt nie uważał nas za dziwaków bo i u reszty nie było wtedy świadomości muzycznej. Dzieciaki dzieliły się na tych co lubię Europe i na tych co Modern Talking i tyle. Metale byli postrzegani jako subkultura i nie byli raczej kojarzeni z muzykę. Za długie włosy i koszulkę ze Slayerem można było dostać po mordzie od skinów (ja dostałem raz). To było coś podobnego jak teraz kibole i blokersi. O Led Zeppelin czy King Crimson nikt nie słyszał. Pewnie znali ją tylko nasi rodzice.

      Usuń
    22. A skąd wtedy brało się nagrania Metalliki czy Slayera? Bo podejrzewam, że oryginalnych płyt nie można było kupić w sklepie.

      Usuń
    23. Ja pamiętam '05, i nominację na jakimś festiwalu. Ale wówczas muzykę miałem w dupie, zresztą w wieku 12 lat i tak bym świadomie niczego nie łyknął.

      2004 to Danzel i jego "Ty masz pamper-sa" czy Iwan i Rekin. Ale nie chcę robić wioskowych wtrętów na blogu, więc na tym zamilknę ;)

      Ale mam rozwinięcie innej kwestii - jak rozróżnić, Pawle, melodię banalną od zgrabnej? Dlaczego 3/4 Bitlesów to - Twoim zdaniem - melodie zgrabne, a "Roll The Bones" to już banalna?

      Inna sprawa - patos i pretensjonalność vs podniosłość. O Epitaph i wyczynach KC twierdzisz, że są podniosłe. Niezliczone zespoły - balladowo-progresywne wtręty Iron Maiden, nowsze zespoły próbujace pokomplikować - o tym piszesz, że są pretensjonalni. O co chodzi? O ukrywanie piosenkowej struktury i metrum 4/4 pod rozbudowaną aranżacją? A taki Queen i utwór "Innuendo" z własnie takim patetycznym wstępem i dziesiątkami motywów? Jak spojrzeć na to?

      Jazz moim zdaniem nie jest melodyjny, przynajmniej o dziełach rzekomo łatwych w odbiorze - typu "Love Supreme" - nie można tego powiedzieć. A sądzę, że te pozostałe są trudniejsze, bo jeszcze ciężej wyłapać jakieś znamiona melodii.

      Usuń
    24. Już wiem! Tak bardzo wbiłeś sobie do głowy, że melodie = banał, że niebanalne utwory usilnie traktujesz jako amelodyczne. Tak nie jest. Moim zdaniem melodia występuje zawsze, gdy muzyka jest tonalna. Może być bardziej wyrazista lub mniej, bardziej złożona lub prostsza, bardziej wyrafinowana lub naiwna, ale gdzieś tam jest. A akurat "A Love Supreme" jest bardzo melodyjny - przecież te wszystkie tematy można zanucić, a solówka Trane'a z "Psalm" jest swego rodzaju odpowiednikiem linii wokalnej (do wiersza z okładki). Tylko, że to jest najwyższy, najbardziej wyrafinowany rodzaj melodii. Melodie Beatlesów są natomiast po prostu ładne, przyjemne, choć czasem (a na pierwszych albumach - często) naiwne. Jednak mnie się podobają (nie wszystkie), dlatego uważam je za zgrabne. Zaś melodia "Roll the Bones" wprawiła mnie w zażenowanie. Więc rozróżnienie opiera się głównie na subiektywnych odczuciach. Ale one nie biorą się z przysłowiowej dupy, a zależą od osłuchania.

      I podobnie jest w drugim przypadku. Chodzi o rozróżnienie między kiczem, a pięknem. Nie da się opisać słowami, jak dokonywać takiego rozróżnienia. Ale można się go nauczyć, słuchając właściwej muzyki.

      Usuń
    25. Ale "diagnoza", ale całkiem możliwe, że masz rację, doktorze nauk muzycznych :D

      Mnie bierze zażenowanie ilekroć słyszę (celowo piszę fonetycznie) raaaaaan tuuu deeee hills - to jest dla mnie przykład czegoś banalnego.

      Może moje wmawianie sobie, że coś jest dobre skutkuje, bo dziś słuchałem debiutu GG i w porównaniu do zeszłorocznego uczucia, może nie zażenowania, ale, że panowie robią sobie tylko jaja nawet mi się to podobało.

      Czuję też ogromną chęć do sięgnięcia (po chronologicznym przesłuchaniu wybitnych albumów GG) do tego co rzekomo ma być takie kiepskie.

      Usuń
    26. "Run to the Hills" był dla mnie synonimem muzycznej żenady w czasach, gdy bardzo lubiłem Iron Maiden, więc...

      Usuń
    27. Nie płyt jeszcze nie było. Były kasety oczywiście nieoryginalne między innymi pirackiego wtedy taktu. W Krakowie na Karmelickiej był taki kultowy sklepik Pop Magic gdzie najpierw były kasety z czarnobiałymi okładkami a potem już kolorowe piraty, tylko okładki i tylnie części oczywiście bez książeczek. Schodziły się tam wszystkie małolaty z Krakowa. Wtedy kupowało się kasety po okładkach (więc czym bardziej kiczowata tym lepsza jak to dzieciaki albo po prostu wymieniało się informacjami o zespołach głównie thrashowych i deathowych z kolegami i z klientami i sprzedawcami sklepu. W tym czasie powstały też czasopisma Thrash'em All i Metal Hammer i się czytało ale nie było takiego luksusu jak teraz youtube. Kupowało się w ciemno i się okazywało że na 10 kaset 4 były fajne. Zaraz potem pojawiały się tam sporadycznie jakieś pojedyncze cd ale wtedy patrzyliśmy na nie jak na ikony. Odtwarzacze były wtedy cholernie drogie i był to luksus więc taka oryginalna płyta to było coś. Pojawiły się za to oryginalne kasety z książeczkami ale kosztowały 10 zł a piraty 2 zł więc różnica była. Cd kosztowało 50 zł a ludzie zarabiali wtedy 600 zł. Sam zacząłem kupować cd wiele lat później.

      Usuń
    28. No tak, faktycznie. Kasety Taktu bardziej kojarzą mi się już z latami 90., stąd moje pytanie jak było w poprzedniej dekadzie. U mnie w domu wciąż trochę tych kaset jest (np. "Tubular Bells", w wersji z 1992 roku, ale z okładką oryginału, albo "We Can't Dance" bez jednego utworu), choć sprzętu do odtwarzania już nie ma.

      Usuń
    29. W latach 80-ych w Polsce nie było ochrony praw autorskich. Zachodnie firmy nie wydawały w Polsce płyt i kaset. Niektóre tytuły legalnie wydawały np.Polskie Nagrania. Kasety w sklepach były tylko pirackie (pamiętam firy Takt,MG, Baron...). Były legalnie sprzedawane ale nie były legalnie wydawane i nie miały nic wspólnego z macierzystymi wytwórniami. Na początku lat 90-ych weszło prawo autorskie i pirackie firmy zniknęły. Legalne firmy zaczęły wydawać kasety z książeczkami o 5 razy droższe i pojawiły się płyty cd. Piracki rynek zszedł na giełdy i był już ścigany. Firma Takt jednak pozostała i przebranżowiła się w legalną firmę. Zaczęła tłoczyć płyty cd a teraz jest jedną z największych tłoczni w Europie.

      Usuń
    30. Zapomniałem dodać że Polskie Nagrania wydawały tylko winyle, kasety były tylko pirackie.

      Usuń
    31. Dla mnie naprawdę żenujące - i kiepskie wokalnie są kawałki Bitlesów.

      melodie i niemelodie - z mojego punktu widzenia "melodyjny utwór" - taki, który człowiek o słuchu muzycznym pierwszego stopnia (rozróżnia czy muzyka gra czy nie gra) jest w stanie bez problemu zaśpiewać. Stąd - gdy u Ciebie w recenzji pada jakakolwiek forma słowa "melodia" - ja myślę od razu "o nie, skoro skupia się na melodii, znaczy że to główny (jedyny?) atut utworu, nie mam na to ochoty". Ale czasem zdarza się, że przeczytam coś o "świetnej/czepliwej/chwytliwej melodii" takiego i od razu lecę posłuchać, co Twoim zdaniem jest taką melodią. I wtedy w 90% wypadków po kilkudziesięciu sekundach stwierdzam - "to ma być chwytliwe"? albo nawet "gdzie tu melodia?"

      Usuń
  19. A co do "Teraz Rocka" - wczoraj wpadły mi w ręce prawie kompletne roczniki 1994 i 1995 jego wcześniejszego wcielenia, "Tylko Rocka" - i w każdym numerze jest bardzo fajna, czasem nawet kilkunastrostronicowa wkładka poświęcona jednemu zespołowi - Rush właśnie, Emerson Lake Palmer czy Iron Maiden, z omówieniem całych dotychczas wydanych dyskografii. Gdzieś jeszcze mam numer gdzie jest King Crimson

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam numer z lat 90. z wkładką o Wishbone Ash. A wkładki robią do dzisiaj. Suche fakty w nudnym opisie działalności + skrótowe recenzje całej dyskografii. Żadnych prób ciekawej analizy twórczości.

      Usuń
    2. A o Trance Visionary tam już jest? ;)

      Usuń
    3. Nie, bo numer jest z 1995 roku, a album z 1997. Jest za to ciekawy, pod względem historycznym, wywiad z Martinem Turnerem, w którym mówi o przygotowaniach do nagrania nowego albumu. Jednak zanim zespół wszedł do studia, Martina nie było już w składzie. W tym samym wywiadzie przyznaje, że zespół nigdy nie nagrał wielkiego albumu. Dobrze, że ma tego świadomość ;) Choć debiut i "Argus" dostały komplet gwiazdek w tej wkładce.

      Usuń
    4. Co prawda Wishbone Ah nigdy nie miał takiej pozycji jak wielka trójka ale jednak debiut a zwłaszcza Argus są (przynajmniej obecnie) uważane ze klasykę. Co innego jak to było wtedy na bieżąco.

      Usuń
    5. Na początku działalności byli dość popularni w Wielkiej Brytanii, ale nawet wtedy nie był to zespół z pierwszych stron gazet. Było to związane z brakiem charyzmatycznego wokalisty, przeciętnym (z małymi przebłyskami) kompozytorstwem oraz nierównymi i zbyt eklektycznymi albumami. W sumie był to taki zespół dla nikogo, bo w jego twórczości było wszystkiego po trochu, ale ani wystarczająco hard rocka, ani folku, ani proga, żeby wspomnieć tylko o tych najważniejszych inspiracjach.

      Usuń
    6. Może mam ten nr. Ja przejrzałem ten z Iron Maiden - może Cię zaskoczę ale 5 gwiazdek dostała tylko jedna płyta studyjna ;)

      Usuń
    7. Nie zaskoczyłeś, bo wiedziałem, że w tamtych czasach byli bardziej liberalni z ocenami. Teraz (ok, mam dane sprzed jakiś dwóch lat, ale nie sądzę by coś się zmieniło) praktycznie nie oceniają nic na mniej niż 3/5. A kiedyś nie mieli oporów, żeby dawać niskie oceny nowym wydawnictwom popularnych wykonawców. Jak się ukazał "No More Tears" Ozzy'ego, to podobno dostał jedną lub dwie gwiazdki. Teraz przy okazji jakiejś wkładki miałby z pewnością pięć.

      "The Number of the Beast"? Czy "Seventh Son"?

      Usuń
    8. Eponimiczny 3 gwiazdki
      Killers 4
      Beast 5
      Mind 4,5
      Slave 4
      Live 5
      Somewhere 3,5
      Seventh Son 3,5
      No Prayer 3,75
      Fear of The Dark 3,75
      Real Live One 3
      te 2 ostatnie studyjne w kontekście 7th son mnie zaskoczyły. Szkoda, że ten numer rozminął się z X Factor (ukazał się miesiąc przed tą płyta), bo jestem ciekaw jak by ocenili płytę nagraną bez ich ulubionego Dickinsona.

      Usuń
    9. To pewnie te dwa 3,5 krytykują za syntezatory? Dziwnie to wygląda. Jak w 2008 wyszedł specjalny numer poświęcony tylko Iron Maiden, to oceny dla pierwszych dziewięciu studyjnych albumów były takie: 3,5 / 4 / 5 / 5 / 5 / 4,5 / 5 / 3 / 3,5. Proporcje nieco lepsze, ale debiut wciąż dziwnie nisko oceniony.

      Właśnie przypadkiem znalazłem na kompie kilka numerów Tylko Rocka z 1992 roku w pdf-ach. Chyba nawet nigdy ich dokładnie nie przeglądałem. Jak znajdę chwilę, to zrobię to i podzielę się wrażeniami. Na razie mam jedno spostrzeżenie na temat tego numeru z 1995 - wygląda bardzo tandetnie, jak typowe pismo z lat 90. dla nastolatków, strasznie krzykliwe, bolą oczy od przeglądania.

      Usuń
    10. Też je mam, plus kilka które ukazały się w 1991 (od pierwszego w ogóle) :D

      i to jest słynny Ozzy http://imgurl.pl/img/ozzy_5bb51b2c4b1fc.jpg; żeby nie było tak kolorowo - w tym samym numerze jest Use Your Illusion z 5*

      Usuń
    11. Ocena w sam raz dla tego albumu, ale ten egzaltowany, pretensjonalny styl recenzowania... Czytać się tego nie da!

      Usuń
    12. No właśnie... w tej recenzji nie ma żadnych konkretów. Ale moim zdaniem swój urok to czasopismo ma - i chyba dobrze oddaje ducha tamtych czasów.

      Usuń
    13. Nie no, są tam jakieś porównania, tylko ten styl pisania... Za to w tym "moim" numerze są mini "recenzje" mające więcej wspólnego z komentarzem i to takim niemerytorycznym. Jest np. króciutki tekst o "Stranger Than Fiction" Bad Religion, w którym 2/3 zajęło napisanie, że zespół nie jest tak popularny, jak Green Day czy The Offspring, a resztę stwierdzenie, że "nagrywa tak dobre albumy, jak ten" :D

      Usuń
    14. Ten nr jest z tego co sprawdzałem 1996 (Type O Negative na okładce?), mam wszystkie z 1995 i nie ma tam żadnej wkładki o Wishbone Ash czy wzmianki o Bad Religion

      Usuń
    15. No to 1996.

      Przejrzałem te pdf-y i raczej nic ciekawego tam nie było. Najwyżej oceny z wkładki o Metallice - komplet gwiazdek dostały debiut (to mnie zdziwiło), majster i eponimiczny, na cztery i pół wyceniono błyskawicę, a sprawiedliwość na cztery.

      Usuń
  20. Taka ciekawostka. Znam takiego starszego pana przed 70-ką. Gość jest muzykiem (tzn. był). W latach 70-ych grywał w różnych składach z gośćmi z Budki Suflera. Już nie gra. Ma w domu pełno płyt. Pełno sprzetu, piece, różne przetworniki itp. Jest zapaleńcem swoich czasów. Uwielbiam z nim rozmawiać bo opowiada mi o tamtych czasach. Zna wszystko (choć nie wszystko lubi). Cały rock, prog, jazz rock itp. Opowiada różne anegdoty o zespołach i to o takich co ja nigdy nie słyszałem. I co ciekawe. Nigdy nie słyszał o Van Der Graaf Generator i Gentle Giant.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zespoły nigdy nie były w Polsce promowane. O ile nazwa VdGG gdzieś tam się obijała czasem o uszy (czy też raczej oczy), bo zespół wciąż jest aktywny, tak o GG dowiedziałem się przypadkiem, gdy jakiś ich album wyświetlił mi się w polecanych filmach an YouTube. To było w czasach, gdy jeszcze nie wiedziałem o różnych forach, gdzie dyskutuje się o mniej znanej muzyce, ani o Lizardzie, ani nawet o RYM-ie. Teraz Rock przez 15 lat istnienia o Gentle Giant napisał jeden raz - parę lakonicznych, zniechęcających zdań w takiej jakby encyklopedii (przez wiele numerów omawiano w ten sposób kilka kolejnych wykonawców według porządku alfabetycznego). I w tych kilku zdaniach wyraźnie było widać, że autor tekstu praktycznie nie zna, nie rozumie i nie lubi tego zespołu. I praktycznie cała redakcja ma taki stosunek do ambitniejszych przedstawicieli rocka (czy muzyki w ogóle), dlatego o krautrocku czy scenie Canterbury też się tam nie pisze. Za to za wybitnych przedstawicieli rocka progresywnego uznają Marillion, Dream Theater, Stevena Wilsona, Riverside, czy działających solowo Gilmoura i Watersa.

      Usuń
  21. No tak ale on jednak działał w latach 70-ych i wychodzi na to że nawet wtedy na bieżąco GG i VDGG nie były znane w Polsce jeżeli on nigdy o nich nie słyszał a siedział głęboko jako muzyk w tych klimatach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego, co słyszałem i czytałem, to w latach 70. i 80. tego typu muzyka również była całkowicie ignorowana przez polskich redaktorów muzycznych. Prezentowali jedynie te przystępniej grające zespoły progresywne.

      Usuń
    2. W Polsce po prostu były znane tylko te najpopularniejsze/najlepiej się sprzedające zespoły w ogóle - Genesis, Yes (po wydaniu 'cyferek'), Pink Floyd, Marillion... takie Gentle Giant w ogóle nie zostało odnotowane na listach sprzedaży w ojczyźnie (można więc założyć, że i tam byli słabo znani), także nie dziw, że w Polsce umknęli oni uwadze. Za to ignorowanie tego zespołu przez Teraz Rocka jest już niewybaczalne.

      Usuń
    3. Trudno mieć pretensje o to, że w latach 70. i 80. redaktorzy rzadko rozpisywali się na temat takich grup. Dostęp do muzyki był dość utrudniony, a Gentle Giant nigdzie nie było na tyle popularne, by wieści o niej rozchodziły się jakąś "pocztą pantoflową" czy czymś takim.

      Usuń
    4. Ale to nie tylko Gentle Giant był ignorowany. Identyczny los spotkał mnóstwo innych wykonawców, bardziej cenionych i popularnych za granicą, których łączyło jedno - grali mniej przystępnie. Ewidentnie widać, że polscy redaktorzy wykorzystywali swoją władzę (bo przecież mieli możliwość wpływania na gusty tysięcy ludzi) do promowania swoich własnych faworytów (stąd np. tak duża u nas popularność Marillion), a muzykę której nie rozumieli - kompletnie pomijali.

      Usuń
    5. Cóż, nie od dziś wielu dziennikarzy zapomina (i chyba to się nie zmieni), że ich rolą nie jest wpływać na gusta odbiorców, tylko informować o całym spektrum i dawać im materiał do czerpania i odkrywania (No ok, nie dotyczy to sfery publicystycznej)

      Usuń
    6. Uważam wręcz przeciwnie - rolą dziennikarzy muzycznych powinno być rozwijanie gustów swoich odbiorców, poprzez prezentowanie im muzyki poszerzającej horyzonty. Nie powinni natomiast na siłę promować wyłącznie swoich ulubieńców ani jakiś beztalenci, o których piszą/mówią ze wyłącznie ze względu na układy z firmami fonograficznymi.

      Usuń
    7. W świecie idealnym byłoby to świetne. Ale, niestety, no właśnie za dużo tu "ale" - kto miałby decydować, co polecać a co nie? Kto miałby decydować kto jest czyim ulubieńcem, kto jest beztalenciem a kto nie jest, co rozwija gusta i poszerza horyzonty? Skąd miałoby być wiadome, z jakich niskich lub wysokich pobudek ktoś poleca dany album? Moim zdaniem najlepiej spotkać się pośrodku - dziennikarze powinni przedstawiać pełne spektrum i BARDZO ZACHĘCAĆ do muzycznej otwartości (rzecz absolutnie najważniejsza), dzielić się opinią i zdobytą wiedzą, ale rozwijanie swojego gustu i poszerzanie horyzontów to już "zadanie" każdego z osobna. W przeciwnym wypadku niewiele to jest warte.

      Usuń
    8. Uważam, że dziennikarze muzyczni powinni być bardzo dobrze osłuchani - przynajmniej w swojej niszy - i świadomi wszystkiego, co się wiąże z promowaną przez nich muzyką. Nie wymagam, żeby prezenter audycji o rocku progresywnym był specjalistą w dziedzinie jazzu (choć mógłby czasem zaprezentować jakiś jazz rock czy nawet fusion, bo to się ze sobą wiąże), ale jeśli chce w niej grać głównie neo-prog i okazjonalnie jakiś Floydów, Genesis, Yes czy ELP, to niech nazwie to audycją o neo-progu i uświadamia słuchaczy, że to tylko część znacznie szerszego i bogatszego zjawiska. Część jemu najbardziej odpowiadająca, ale jeśli słuchacze są bardziej otwarci na nowe doznania muzyczne, to niech sprawdzą to, to i tamto.

      Prezentowanie pełnego spektrum to też nie jest dobre rozwiązanie, bo wtedy wszystko zostanie potraktowane bardzo powierzchownie (a na niektóre rzeczy zabraknie czasu), zaś ludzie postawieni przed wyborem: słuchać czegoś przyjemnego, ale nierozwijającego, a czegoś rozwijającego, ale trudniejszego, w zdecydowanej większości wypadków i tak wybiorą to pierwsze. Więc ktoś powinien nimi pokierować. A solidnie osłuchany dziennikarz nie powinien mieć problemu w rozróżnieniu mniej i bardziej wartościowej muzyki. I powinien dążyć do prezentowania tej drugiej, nawet jeśli sam preferuje pierwszą. W Polsce takich dziennikarzy nie ma.

      Ci pracujący w latach 70. i 80. faktycznie mieli ograniczone możliwości, ale nie całkiem, bo o ile mi wiadomo, niektórzy wyjeżdżali za granicę specjalnie po płyty. I zamiast wykorzystać to, że mogą poszerzyć swoje horyzonty (a tym samym swoich odbiorców), całkowicie zignorowali ambitniejsze odmiany rocka.

      Usuń
    9. Co do pierwszego akapitu zgadzam się w zupełności, ale próby wartościowania muzyki, nawet w oparciu o rzetelną, obiektywną wiedzę i kierowania z tej racji odbiorcami w różnych kierunkach zalatuje już świadomym lub nieświadomym decydowaniem, co jest dobre a co niedobre (tym bardziej, że jakby podzielić ludzi według tego, czego szukają w muzyce, to powstałyby setki różnych grup. Każdy powinien mieć jak najszerszy obraz tego, co się działo i dzieje w muzyce, a co z tego wybierze dla siebie, w którą stronę podąży, jego sprawa. Jeśli nie poczuje chęci do otwartości na bogactwo całej muzyki (co, znów podkreślam, uważam za pierwszorzędne), to nawet kierowanie jego gustem nie będzie miało sensu. Sam nie byłbym zadowolonym, będąc świadom, że ktoś mną "pokierował", a nie po prostu odkryłem strony takie, jak ta, co zainspirowało mnie do odkrywania, jak wiele tego jest. Nie uważam jednak, że nie da się pogodzić np. słuchania metalu, nawet tego mocno sztampowego i kiczowatego, z jazzem.

      A jak dziennikarz zacznie się kierować wyłącznie osłuchaniem i zacznie wartościować to, co poleca, to siłą rzeczy zacznie bezpośrednio wpływać na gusta, a nie na ich rozwój. Poza tym taka osoba także może się mylić - powiem więcej, tylko ktoś operujący głównie kryteriami obiektywnymi może się mylić. Nawet Einstein w swojej pracy doktorskiej napisał sporo matematycznych baboli i nie wszystkie wynikały ze stanu ówczesnej wiedzy na ten temat - to już tak drogą dygresji :D

      Nawet ze złą muzyką czasem trzeba mieć styczność, bo pozwala lepiej docenić tę dobrą. Im więcej masz punktów odniesienia, słuchając kolejnych rzeczy, tym lepiej.

      Mówiąc o "pełnym spektrum" miałem na myśli pokazywanie, jak bardzo muzyka jest bogata i różnorodna. Nie trzeba pisać o każdym wydanym kiedykolwiek albumie, żeby to wiedzieć. :D Ktoś, kto chce się wkręcić w lata 50. niech wie, że tworzyli wtedy i Bo Didley i Fats Domino i Chuck Berry i wszyscy świetni (Fats wiele osób nie zna, przynajmniej takie odnoszę wrażenie), ale też, że pod koniec dekady powstało sporo zajebistego jazzu, więc warto ruszyć też w tę stronę. Kto załapie lata 60., niech wie, że to nie tylko Beatlesi, ale też np. Byrdsi (i że Beach Boysi nigdy nie szli łeb w łeb z Beatlesami, bo do dziś często spotykam takie opinie i strasznie mnie one śmieszą :D). Kogo zaciekawi progresywa, niech wie, że jest kilka nurtów, a w nich mnóstwo wykonawców, po których można sięgnąć. Kogo kręci metal, niech zna jego najdawniejsze korzenie. Itd.

      Usuń
    10. Tylko problem polega na tym, że dziennikarze tak czy inaczej mają wpływ na to, czego słuchają ich odbiorcy. Bez względu na to, czy faktycznie chcą kreować ich gusta, czy nie mają żadnych intencji. Więc byłoby lepiej, gdyby jednak byli świadomi swojego wpływu (teraz już nie tak wielkiego, jak w poprzednim wieku) i dążyli do jakiegoś wyższego celu. Wystarczy, jak będą rzetelni i nie będą ignorować pewnych zjawisk, któe może ich samych nie interesują, ale mogą zainteresować ich odbiorców.

      Usuń
    11. O, i to jest stanowisko, które w stu procentach popieram ;)

      Usuń
  22. a jak z popularnością GG w innych krajach ? czy oni zdołali w ogóle "zaistnieć" poza GB ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byli dość popularni w Stanach. Ich albumy zwykle lądowały w drugiej setce listy Billboardu, ale mieli też dwa w pierwszej - "The Power and the Glory" (#78) i "Free Hand" (#48). Ale, co ciekawe, "In a Glass House" w ogóle nie został tam wydany, choć to najbardziej amerykańsko brzmiący longplay zespołu. Wydawca uznał jednak, że jest niekomercyjny.

      Usuń
    2. Co to znaczy "najbardziej amerykańsko"? Poza tym, że w co drugiej linijce rzucają tam soczystym madafaka?

      Usuń
    3. Amerykańsko nie w obecnym stylu, tylko ówczesnym. Najwięcej tam wpływów funku (uwypuklenie i zagęszczenie rytmu) i fusion (dużo elektrycznego pianina, wibrafonu, itd.).

      Usuń
  23. Pytanie dotyczące strony, więc mam nadzieję, że opublikujesz :D czemu nazwałeś się pablosreviews skoro piszesz po polsku? Nie jest to jedyne "pablosreviews" w internecie przez co sporo wejść może być po prostu nietrafionych, zmniejsza to także unikatowość Twojej strony.

    Pablo to Escobar zresztą ;D

    Mógłby być np. "Muzyczny Paw" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To brzmi jak nazwa strony o muzyce wywołującej wymioty :D

      A odpowiedź na pytanie częściowo znajduje się na samej górze strony FAQ. A skąd taka nazwa wzięła się w adresie? Po prostu to była pierwsza dostępna nazwa, jaka przyszła mi do głowy. I tak wtedy nie sądziłem, że ktoś będzie tu w ogóle wchodził i będę to kontynuował przez tyle lat ;) A później już nie było sensu zmieniać, bo trudniej byłoby znaleźć tę stronę. Mnie zresztą ta nazwa podoba się bardziej od poprzedniej. A jeśli ktoś tu przypadkiem zabłądzi to tym lepiej dla niego - może czegoś przy okazji się dowie o muzyce (przetłumaczenie tekstu na swój język to dwa kliknięcia, choć fakt, że te tłumaczenia często nie mają sensu).

      Usuń
    2. Złapałem się na tym wymiotnym skojarzeniu i w komentarzu sprzed kilkunastu minut doprecyzowałem o co mi chodziło xD

      Spoko, Pablo brzmi bardzo południowoamerykańsko, stąd moje rozkminy :D

      Usuń
  24. ...Paw jest różnorodny i wielokolorowy - a tu pojawia się różnorodna muzyka i bogactwo gatunków, barw dźwięków

    Przy okazji mam pytanie. Skoro nie wiesz jak wyjaśnić czym jest "słuchanie ze zrozumieniem" to może umiesz powiedzieć mi jakie powinno być nastawienie do płyty do której się siada, żeby się do niej nie zrazić i nie uznać za gówno - mimo że jest to coś wartościowego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyzbyć się oczekiwań, starać znaleźć pozytywy, zastanowić się, dlaczego u innych wywołuje to zachwyt.

      Usuń
    2. Inni to inni - ja to ja. Oczekuję zajebistości, czegoś co sprawi że bedę chodził po ścianach i chciał do tego wracać. Ale teraz słucham "Acquiring The Tyłek" i jestem prawie zachwycony

      Usuń
    3. Ale zawsze jest szansa, że ktoś inny zwróci uwagę na jakiś element, którego się samemu nie dostrzegło, a jego dostrzeżenie znacząco zmienia odbiór.

      Usuń
    4. A to dziwne że jesteś prawie zachwysony bo widzę że pod recenzjami Gentle Giant a zwłaszcza Acquiring the Taste obrzucasz gównem ile się da.

      Usuń
    5. Ale to było pisane zanim znowu dałem temu szanse - to były moje odczucia które pamiętałem na podstawie słuchania we wrześniu 2017.

      A dzisiaj stwierdzam znowu że są fajnie różnorodni w większości kawałków, a wokale - przestały mi przeszkadzać.

      Ale ostatni kawałek na ATT mógłby być krótszy-mniej powtarzalny. Dlatego "prawie".

      Usuń
    6. ale jeszcze tydzień temu z tego co widzę po dacie jeszcze ci przeszkadzało. Ja też co prawda w ELP Trilogy czy Wind & Wuthering zmieniłem zdanie kilka dni po komentarzu ale nie tak radykalnie od skrajnej krytyki do zachwytu

      Usuń
  25. Wiem, że nie lubisz tego rodzaju pytań, ale raz pozwolę sobie zrobić wyjątek (najwyżej nie opublikujesz). Było Ci dane słyszeć nagrania Pink Floyd z koncertu w Wembley w 1974 roku? Jeśli tak to co o nich sądzisz? Pytam głównie o pierwowzory "Sheep" i "Dogs" oraz jednolitą jeszcze wersję "Shine On You Crazy Diamond". Pytanie stąd, że są one porozwalane po kilku kosztownych boksach dla megafanów, stąd raczej nie ma szansy na recenzję. A ciekaw jestem opini.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry koncert. To chyba ostatnia znana rejestracja koncertu, na którym zespół nie próbuje grać swoich utworów dokładnie tak, jak na albumach, tylko coś zmienia. Saksofon w "Echoes" to chybiony pomysł, ale jest tam za to chyba najlepsza wersja "Any Colour You Like" ;) "Shine On" jest całkiem ciekawy w takim wykonaniu, ale "Sheep" i "Dogs" w sumie nie różnią się pod względem muzycznym od ostatecznych wersji. W przypadku tego drugiego zdecydowanie wolę albumowe zakończenie. Byłoby fajnie, gdyby kiedyś wydali ten materiał jako oddzielną całość.

      Usuń
    2. Nieeeeeee no, "Raving And Drooling" jednak jest mocno odmienne od "Sheep" - mniej atakujące, bardzie wciągające w otchłań, mroczne, nieco oddalone. No i nie ma tego pierwiastka jazzowego, bo nie słychać tu pianina. Powiem szczerze, zwariowałem na punkcie tej wersji, zwłaszcza dziwacznej solówki na syntezatorze :D

      Usuń
    3. Więc muszę słabo pamiętać, bo dawno tego nie słuchałem. A kupiłem sobie nawet kompaktowe wydanie "Wish You Were Here" z trzema kawałkami z tego występu (w tym właśnie "Raving And Drooling"), choć już wcześniej miałem winyla.

      A słuchałeś boksu "The Early Years"? Tam jest mnóstwo ciekawych nagrań studyjnych, koncertowych i z sesji radiowych. Miałem to recenzować, ale obszerność mnie przeraża :D I ogólnie nie podoba mi się takie wyłudzanie kasy pod tytułem dorzućmy jeszcze pełno płyt DVD i powielających ten sam materiał Blue-rayów, żeby potroić cenę.

      Usuń
    4. Zasadzam się na niego od dawna - gotów byłbym poświęcić cała sobotę, żeby to obadać, ale nie wiem, gdzie go dorwać w pełnej lub częściowo pełnej wersji do sprawdzenia, a koszta choćby wydania cyfrowego są poza moim zasięgiem. Chyba że pytasz o tę skondensowaną wersję 2CD, ale do niej nie zasiądę, bo pewnie tylko narobi mi chrapki na więcej.

      Usuń
  26. A co sądzisz o SBB bo ja uważam że pod względem technicznym ten zespół jest rewelacyjny i to z resztą udowodnili jako zespół akompaniujący Niemenowi ale już jako samo SBB to mieli (mają) niestety problem w tworzeniu samych kompozycji. Na zachodzie jako jeden z nielicznych Polskich wykonawców robili duże wrażenie zwłaszcza w Niemczech. I jeszcze pytanie o Urbaniaka. Słyszałeś może płytę Fusion z 1974 roku. Płyta bardzo ale to bardzo przypomina Mahavishnu Orchestra a nawet niektóre utwory brzmią tak że można byłoby się pomylić. Jeszcze nagrał znaną płytę Atma ale ona jest łatwo rozpoznawalna przez typowo polskie folkowe zabarwienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. SBB znam z ich współpracy z Niemenem i z własnego "Karlstad Live" - to są bardzo dobre rzeczy - ale także z dwóch eponimicznych albumów i to już mi się w ogóle nie podoba, taka zaściankowa wersja prog rocka z okropnym wokalem. Urbaniaka słuchałem, ale innych albumów i nie zachęciły mnie do sięgania po kolejne. Były tam takie drażniące mnie bardzo wokalizy, a sama muzyka nie wynagradzała ich słuchania.

      Usuń
    2. Trafiłeś na nieodopwiednie płyty. Z tego co wiem lubisz Mahavishnu. Polecam posłuchać Fusion. Płyta dla mnie nie ma sensu bo jest tak strasznie podobna do MO że po co jej słuchać jak można oryginału ale warto ją poznać bo pomijając plagiat to muzycznie jest tego samego kalibru.

      Usuń
    3. Słuchałem tego Karstad Live i rzeczywiście bardzo dobre ale potwierdza to co pisałem. Niestety wtórne w stosunku do zachodu. Tak grających dobrze technicznie zespołów jest i było pełno, wystarczy pójść do klubów i posłuchać gitarzystów grających jak Hendrix. Jeżeli chodzi o kompozycje i twórczość to Karlstad oprócz świetnego grania nie wnosi żadnej wartości dodanej. Poprostu świetny koncert.

      Usuń
  27. tak dla uściślenia płyta ma tytuł Fuion III z niebieską okładką (jakieś nogi sa na okładce)

    OdpowiedzUsuń
  28. Myślałeś kiedyś o zrecenzowaniu tej płytki z demami Soft Machine, "At the Beginning"? Sam zespół zalicza to do oficjalnych wydawnictw, a rzecz w sumie ciekawa, bo to są nagrania z czasów jak jeszcze mieli u siebie Aellena. Co prawda niektóre piosenki to są po prostu wczesne wersje tych z debiutu albo i później (w jednej pojawia się na przykład melodia wokalna z Moon In June), ale i tak myślę, że warto na to spojrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  29. Jak będziesz miał czas i chęć, polecam sprawdzić "Early Water" w wykonaniu Manuela Gottschinga i Michael Hoeninga. Świetna rzecz, trochę w klimacie "E2-E4", ale mniej dyskotekowo-taneczna, a bardziej kosmiczna. Więcej tu też gitary, ciągle prowadzącej dialog z elektroniką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie słucham. Bardzo to jest ładne i wciągające. Muszę przyznać, że coraz bardziej podobają mi się takie elektroniczne klimaty ;)

      Usuń
    2. Polecam puścić, patrząc na ciemne, gwieździste niebo w nocy, za miastem, albo w ciemnym pokoju z zamkniętymi oczami. Nie ma możliwości, żeby w głowie nie ukazał Ci się jakiś pejzaż do tej muzyki ;)

      A poza tym jak Manuel weźmie do ręki gitarę to nie ma..... myślę że wszyscy się domyślą czego :D

      Usuń
    3. Aha i jeszcze - gdybyś był w stanie polecić mi z kilka (im więcej, tym lepiej) rzeczy w takich klimatach, które Ci bardzo podeszły, byłoby miło, bo sam dostaję świra na punkcie takiej muzyki ;) Chyba że na RYMie jest gdzieś opcja, by podpatrzeć czyjeś wystawione oceny z podziałem na style, ale nie zauważyłem czegoś takiego.

      Usuń
    4. Oczywiście, jest taka opcja. Na głównej stronie profilu, nad ostatnimi ocenami jest wyszukiwarka i tam możesz zmienić opcję "wykonawca" na "gatunki". Wpisujesz "berlin school" lub "progressive electronic" i masz listę ;)

      Niestety, mam tam słaby wybór. Polecić mogę z tego przede wszystkim "Moondown" Klausa Schulze'a i oba albumy Heldon.

      Usuń
    5. Early Water świetna! Przypomina mi wczesne płyty Tangerine Dream. I tutaj pytanie do autora blogu: czy "Mandarynki" pojawią się w recenzjach?:)

      Usuń
  30. Wiem, że na razie nie obracasz się w takich klimatach, ale polecam ci New History Warfare Vol. 2 Colina Stetsona. Według RYM jest to post minimalizm. Sama płyta to po prostu solo na różnych saksofonach, ale instrumenty te zostały wykorzystane w totalnie niekonwencjonalny sposób. Coś świetnego.

    OdpowiedzUsuń
  31. Jesteś zaciekłym wrogiem Kansas, ale ich 2 najbardziej znane albumy oceniłeś odpowiednio na "niezły" i "przebłyski talentu" - czyli jednak coś w nich słyszysz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starałem się ocenić je w miarę obiektywnie, znaleźć jakieś plusy, mimo że subiektywnie w ogóle mi się nie podobają. Ale to podobno dwa najlepsze albumy zespołu, a oceniłem je tak sobie, co w sumie wiele mówi o ogólnym poziomie tego zespołu. Nie jest to kompletne dno w rodzaju "Trance Visionary", Ramones czy nu metalu, jest to też trochę lepsze od późniejszych naśladowców Kansas (którzy mają oceny w okolicach 4/10). Możliwe jednak, że obecnie miałbym mniejszą tolerancję dla czegoś takiego i dałbym niższe oceny. Nie pamiętam jednak tych albumów na tyle, żeby zmieniać ocenę bez słuchania. A tego robić nie chcę.

      Usuń
    2. Czyli w przypadku takich grup jak np. Kansas, Def Leppard, Aerosmith itp, za którymi subiektywnie nie przepadasz, dostrzegasz pewne obiektywne walory (warunkujące to, że niektóre płyty są wyżej oceniane od tych z ocenami 1-3) - np. to, że muzycy potrafią grać (w przeciwieństwie, Twoim zdaniem, do Ramones czy Linkin Park), ale i tak jako całość nie wychodzi z tego nic szczególnie udanego?

      Mam nadzieję, że zbytnio nie pogmatwałem swojej myśli ;)

      Usuń
    3. Ech... Pomyślałem, że jednak sprawdzę ten oceniony na "niezły", czyli "Point of Know Return", bo może sobie robię obciach taką oceną. I faktycznie, te dwa lata temu musiałem mieć znacznie większą tolerancję tandety. Przecież to jest tragedia. Nawet jak pojawia się jakiś słuchalny fragment (a jest takich parę) to trwa parę sekund zanim zostaje spieprzony jakąś gównianą melodyjką lub pretensjonalnymi popisami muzyków. Ogólnie brzmiało to jak jakieś szanty czy ogniskowe przyśpiewki, tylko przeładowane pełnymi patosu aranżacjami. A słynny "Dust in the Wind"? Jakie to jest smętne i żałosne... (Scorpiony grały to znacznie fajnej, z życiem). Jak takie coś jest nazywane rockiem progresywnym, to ja się nie dziwie wszelkim negatywnym opiniom na temat tego stylu. I słuchacze tego czegoś mają czelność marudzić na disco polo? A czym to się niby różni, poza wykorzystanym instrumentarium?

      Usuń
    4. Fanie Filmów... Hm, u Kansas jednak nie jestem już w stanie usłyszeć żadnych obiektywnych walorów. I, jak sądzę, u Def Leppard też nie. A Aerosmith w sumie nie jest taki zły... Bardzo typowy, przewidywalny, pozbawiony artystycznych ambicji zespół, ale na pierwszych albumach, na których słychać jeszcze bluesowe korzenie hard rocka, jest całkiem znośny. Nie żebym chciał tego jeszcze słuchać, ale w porównaniu do innych zespołów, jakie tu krytykuje, to ten w sumie wyróżnia się na plus.

      Za to w przypadku ambitniejszej muzyki bardzo często słyszę mnóstwo obiektywnych walorów, ale jakoś nie bardzo to do mnie trafia. Zwykle jednak jest tak tylko przy pierwszych przesłuchaniach, a potem coraz bardziej mi się podoba.

      Usuń
    5. Heh no nie spodziewałem się jakichś nawet minimalnych pochwał dla Aerosmith ;)

      No i ogólnie nie można powiedzieć, że wszystkie oceny na RYM są w pełni aktualne, bo to praktycznie niemożliwe - niektórych albumów nie słyszałeś od lat ;) Np. od dawna zastanawia mnie ta ósemka dla "Don't Break the Oath" Mercyful Fate. To chyba jedyna płyta heavymetalowa, która ma tam tak wysoką ocenę (chyba, że jeszcze wliczyć do heavy metalu Motörhead, u których są mocno słyszalne takie naleciałości).

      Usuń
    6. Wiele ocen mogłoby się zmienić po przypomnieniu sobie tych albumów, ale w większości różnice byłby minimalne, jak sądzę.

      Ten Mercyful Fate oceniłem tak wysoko w momencie, gdy już praktycznie nie słuchałem takiej muzyki i zacząłem uważać ją za kicz, więc musi być dobry. Włączyłem sobie teraz początek, w sumie fajne to. Kiczu w tym tylko tyle, ile wymaga konwencja, bez przesady.

      Usuń
    7. Lubię te pierwsze dwa wydawnictwa MF. Wokal Kinga Diamonda może czasami drażnić (choć mi aż tak nie przeszkadza), ale instrumentalnie wysoka półka. Pozostałych jeszcze nie znam.

      Jeszcze wracając na chwilę do Aerosmith (ostatni raz), to z tych krytykowanych przez Ciebie zespołów, ten prawdopodobnie ma najlepszego wokalistę. Steven Tyler jest po prostu niemożliwy. Nawet obecnie, będąc w okolicach 70-tki, potrafi "przywołać" swoją barwę głosu (która, jak sam uznał, jest bardziej w bluesowym stylu) z nagranego ponad 40 lat temu debiutanckiego albumu - https://www.youtube.com/watch?v=VnYBnCXkAH4#t=1m37s. Wraz z Meine'em, Hughesem i może jeszcze Jaggerem najlepiej się trzyma z tej "starej" gwardii.

      Usuń
    8. Akurat do "Dust in The Wind" nic nie mam - a już na pewno nie określiłbym tego mianem "smętne" czy "żałosne" - jeżeli już to "banalne". Słucham za to wersji Scorpionsów i ona jest taka... schamiona. Zagrana w siłowy sposób, Meine robi tam swoje teatralne zawycia, sekcja smyczkowa też się słyszę pojawia. Nie, to ja już wolę anemiczny styl Kansas. Przy okazji - ostatnio trafiłem na "Big City Nights" z Wilsonem. Czy oni wszędzie muszą wwalać tę orkiestrę? Akurat do tego utworu pasuje to jak pięść do nosa.

      Dla mnie prawdziwym koszmarem i traumą związaną z Kansas jest "Carry on Wayward Son" , który składa się z 50 nijak nie wynikających z siebie motywów, powsadzanych po to by udawać, złożoną kompozycję. A to po prostu męczacy chaos.

      Zresztą obydwa albumy, które oceniłeś pewnie jadą na tym, że na każdym z nich znajduje się jeden z dwóch najbardziej znanych kawałków Kans.

      A co sądzisz Pawle o Blue Oyster Cult, który również rości sobie prawa do bycia zespołem (neo)progresywnym?

      na koniec: https://www.youtube.com/watch?v=_JLkhO38Fu8 - wygląda na to, że w swoich kawałkach zaczęli sięgać po motywy z flagowych kawałków Zeppelinów. Ostatnio usłyszałem to w radio i od razu na myśl przyszedł mi pierwszy utwór z led zeppelin II

      Usuń
    9. A ja właśnie tak nazywam takie nudzenie i jęczenie. Anemiczny to też dobre określenie.

      "Big City Nights" z Rayem Wilsonem akurat pochodzi z albumu, który Skorpiony nagrały z orkiestrą, więc trudno żeby jej tam nie było. A poza albumem "Moment of Glory" nie ma tego wiele. W "Lady Starlight" są jakieś smyczki i dęte, poza tym w kilku kawałkach z nowszych albumów (tak od "Pure Instinct") są orkiestracje z syntezatora. Więcej nie kojarzę.

      BOC to typowy amerykański hard rock. Nic specjalnego. A GVF przecież już od początku kopiowali motywy z kawałków LZ, nieznacznie je zmieniając, żeby uniknąć oskarżeń o plagiat. W recenzji wskazałem parę przykładów jeszcze bardziej ewidentnych od tego. Ten wokalista jest coraz bardziej drażniący.

      Usuń
    10. Jak sądzisz - jaka będzie przyszłość GVF? Przez kolejne lata będą jedynie kreować się na nowe Led Zeppelin, czy może spróbują czegoś innego?

      Przy okazji - https://www.youtube.com/watch?v=DIFydn5LG_8 :)

      Usuń
    11. Będą nagrywać w kółko ten sam album, aż ludzie przestaną to kupować, wtedy się rozpadną. Typowy scenariusz kariery retro-rockowej grupy.

      To nie żaden nowy Led Zeppelin tylko nędzna podróbka starego.

      Usuń
    12. Dlatego napisałem "kreować", wiadomo, że zawsze będą podróbką tamtego zespołu.

      Usuń
    13. Jednak sądząc po różnych opiniach, jakie widziałem, niektórzy naprawdę zdają się uważać, że to zespół wręcz na poziomie Led Zeppelin i muzyczne objawienie. Dlatego czuję obowiązek przy każdej okazji podkreślać jego marność ;)

      Usuń
    14. Czyli rozumiem, że można spodziewać się recenzji ? ;) Ja już czekam i się zasadzam na tekścik. Nie słucham singli, bo nie robię tego z reguły, ale czuję, że dalej będą brzmieć jak odrzuty z Physical Graffiti i przy każdej okazji zaprzeczać tej oczywistej "inspiracji" ;) A album już w piątek

      Usuń
    15. W sumie nie mam w planach tego słuchać.

      Usuń
  32. Znasz i możesz polecić coś fajnego w klimatach "Bitches Brew", pomijając to, co już tutaj opisałeś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, praktycznie całe fusion to rozwinięcie pomysłów z "Bitches Brew" lub "In a Silent Way" albo z obu. Jednak jazzmani zwykle byli kreatywni, więc trudno wskazać coś zupełnie podobnego. Nie bez znaczenia jest też nietypowy sposób tworzenia "BB" - Teo Macero tak mocno ingerował w nagrania, że sami muzycy nie mogli rozpoznać, że to materiał z tej sesji ;)

      Zawsze jednak można liczyć na Japończyków. Taki np. Masabumi Kikuchi był dość dokładny w podrabianiu Davisa.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.