16 kwietnia 2018

[Recenzja] Dire Straits - "Dire Straits" (1978)



Dire Straits to jeden z dosłownie kilku klasyków rocka, których twórczości nigdy nie potrafiłem polubić. Nie żebym jakoś szczególnie próbował. Zawsze uważałem, że to zespół w sam raz dla ludzi po czterdziestce, w sumie za bardzo muzyką się nie interesujących, dlatego wybierających takie melodyjne, spokojne i niezbyt absorbujące granie. Zapoznałem się jednak z całą studyjną dyskografią, oraz koncertowym "Alchemy" (z większością tych albumów w ciągu kilku ostatnich miesięcy), ale tylko utwierdziło mnie to w moim przekonaniu. Choć muszę przyznać, że jedno wydawnictwo wyróżnia się in plus na tle pozostałych, a jest nim album debiutancki.

W 1978 roku muzyczny mainstream zdominowany był przez punk rock. Debiut Dire Straits w takim otoczeniu wydawał się czymś z zupełnie innej epoki: bardzo melodyjne, raczej stonowane granie, czerpiące z takich gatunków jak blues, country (np. "Water of Love"), folk ("Wild West End"), czy nawet reggae ("In the Gallery"). To prosta muzyka, choć na tle punku może się wydawać bardzo wyrafinowana. Już tutaj Mark Knopfler prezentuje się jako natychmiast rozpoznawalny wokalista i gitarzysta, a jego solówki nie pozostawiają obojętnym nikogo, kto bardziej ceni wyczucie, niż techniczne sztuczki i szybkość. Muzyka zespołu brzmi tu jeszcze wyjątkowo świeżo i energicznie - vide "Setting Me Up", "Southbound Again", czy przede wszystkim porywające "Down to the Waterline" i "Sultans of Swing". Ten ostatni był zresztą pierwszym wielkim przebojem zespołu. Na kolejnych albumach tego typu granie jest niestety rzadkością, co dodatkowo zwiększa atrakcyjność debiutu.

Choć debiutancki album Dire Straits robi na mnie najlepsze wrażenie z dyskografii zespołu, wciąż nie jest to muzyka budząca we mnie zachwyt, do której chciałbym wracać. Longplay nie mieści się nawet w pierwszej trzydziestce moich ulubionych płyt z 1978 roku.

Ocena: 7/10



Dire Straits - "Dire Straits" (1978)

1. Down to the Waterline; 2. Water of Love; 3. Setting Me Up; 4. Six Blade Knife; 5. Southbound Again; 6. Sultans of Swing; 7. In the Gallery; 8. Wild West End; 9. Lions

Skład: Mark Knopfler - wokal i gitara; David Knopfler - gitara, dodatkowy wokal; John Illsley - bass, dodatkowy wokal; Pick Withers - perkusja
Producent: Muff Winwood


14 komentarzy:

  1. Nigdy ich nie lubiłem. Po prostu. Kompozycja "Sultans of Swing" została zamordowana przez radio, zresztą dziwnym trafem znam ją od 5-6(!) roku życia, więc nawet nie wiem, czy jako świadomy słuchać bym ją polubił. Gitara Knopflera - jest i już. Taka trochę knajpiana ta muzyka i jej wykonanie. Na plus się wyróżnia z kolei wokal, taki dostojny, w pewien sposób aktorski, żadnych wrzasków. Ale jest w nim coś stetryczałego.

    Muzyka dla ludzi po czterdziestce? Brzmi to tak, jakbyś uważał, że nie będą oni w stanie słuchać czegoś z wyższej półki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spójrz jeszcze raz - to zdanie nie kończy się na "po czterdziestce", tylko jest tam jeszcze doprecyzowane o jaki typ ludzi w tym wieku chodzi.

      Usuń
    2. Ale ja przeczytałem od razu całość i w dalszym ciągu obstaję przy swoim, dalsza część zdania sugeruje, że taki 'problem' dotyczy głównie ludzi po czterdziestce. Wg mnie taki muzyczny smak jest niezależny od wieku.

      Usuń
    3. "Problem" dotyczy ludzi w różnym wieku, ale "cierpiący" na niego młodsi słuchają innych rzeczy, niż Dire Straits. Chyba, że u siebie mieście widujesz gimnazjalistów/licealistów/studentów w koszulkach z logo tej grupy - ja nie potrafię sobie tego wyobrazić ;)

      Usuń
  2. Zgadzam się z recenzją. Nigdy nie rozumiałem fenomenu Dire Straits - a zwłaszcza "Brothers in Arms" - to taka łagodna muzyczka na tło. Ta płyta jednak ma całkiem dużo uroku i też bym ją wskazał jako najlepsze Dire Straits.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubie Dire Straits ale raczej zespół nie zmieściłby się w pierwszej 30 moich ulubionych wykonawców. Natomiast jeśli chodzi o ten album to jest najrzadziej słuchany przeze mnie z całej dyskografii, co wcale nie znaczy że jest najgorszy. Wole słuchać kolejnych płyt zespołu a szczególnie koncertowej Alchemy, którą uważam za wyśmienitą. Tam dopiero Sultan of Swing nabiera odpowiedniej mocy i energii. Pawle, czy zdecydujesz sie opisać Alchemy? Bo prawdopodobnie na reszte studyjnej dyskografii nie ma co liczyć? P.S. Nareszcie coś rockowego sie pojawiło i można jakiś komentarz wstawić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, "Alchemy" mnie wynudził, a tamtejsza wersja "Sultans of Swing" rozczarowała wygładzonym brzmieniem i wysilonym wydłużaniem. Jeszcze nie wiem co z resztą dyskografii DS, ale bardziej prawdopodobne są recenzje kolejnych studyjnych albumów, niż "Alchemy".

      Jak to "nareszcie coś rockowego"? A East of Eden, Rage Against the Machine i 13th Floor Elevators to niby nie rock? ;)

      Usuń
  4. Zapomniałem dodać że "coś rockowego w moim guście" ;-) Co do brzmienia Alchemy to owszem jest wygładzone ale nie oczekiwałbym od tego zespołu bardziej szorstkiego i surowego wykonania. Sultan... w tej wersji fajnie się rozwija i jak dla mnie jest to kawał bardzo dobrego gitarowego grania. Nie ma tam według mnie żadnych dłużyzn a stopniowanie "napięcia" raczej zyskuje na wartości. Ale to tylko moja opinia. Dodam, że nie jestem jeszcze słuchaczem po czterdziestce, chociaż mam już blisko;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten East of Eden z 1971 roku może być w Twoim guście, to raczej klasycznie gitarowe granie.

      Usuń
  5. Przeczytałem recenzję ale mnie nie zaciekawiła. Poczekam na coś lepszego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z takim podejściem przegapisz mnóstwo dobrej muzyki. Przecież w dzisiejszych czasach znalezienie danego albumu i pobieżne sprawdzenie czy warto przesłuchać całości, to nie jest nawet 5 minut "roboty".

      Usuń
  6. Powinien być label classic rock,Sutans of Swing to znałem od dawna ,szczególnie wersje live z E.Claptonem która trwa z 8min.; Wild West End to poznałem dopiero w tym roku,świetny utwór country-rock.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez sensu tworzyć takie nic nie znaczące "labele" jak classic rock (nie odnosi się on do wykonywanej muzyki, tylko do popularności).

      Usuń
  7. Przy okazji tej recenzji postanowiłem sobie przypomnieć ten album. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że słusznie jest to najmniej słuchana przeze mnie płyta grupy. Powiem więcej, wynudziłem sie okrutnie. Chyba jednak zaliczę ją do najsłabszych w dyskografii zespołu. Oprócz Sułtana robi wrażenie jeszcze jedynie Down to the Waterline i ewentualnie In the Gallery. Reszta jest bardzo nudna.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.